Daniel Chądzyński (1977) – znany jest lepiej w peletonie kolarskim niż w naszym mieście. Jest przykładem człowieka, który jednakowo dobrze radzi sobie w sporcie jak i w biznesie. Lubi pomagać innym, z tego powodu udziela się społecznie w różnego rodzaju imprezach kolarskich, zwłaszcza tych skierowanych do dzieci lub absolutnych amatorów. Swoją karierę rozpoczął w Mazowszu Teresin (1991-1993), następnie był zawodnikiem Legii Bazyliszka Warszawa (1993-2000) i Atlasa Lukullus (2000-2002). Pięć lat temu powołał do życia swoją grupę – Team Danielo.pl. W peletonie amatorskim i zawodowym odniósł ponad 50 zwycięstw. Jego specjalnością są wyścigi górskie. Właśnie w takim ściganiu, w Pucharze Świata Amatorów, wywalczył srebrny medal (St. Johan, Austria, 2004 rok) oraz medale Mistrzostw Polski „Masters”. Jako działacz sprawdza się (od 2004 roku pomaga merytorycznie) w klubie LUKS Pacyna Danielo. Zawodnik tego klubu – Mariusz Woźnicki – w tym roku zdobył srebrny medal Ogólnopolskiej Olimpiady Młodzieży „Ziemia Łódzka 2006”. Daniel w 2001 roku założył firmę produkującą odzież i akcesoria kolarskie. W jego sprzęcie jeżdżą prawie wszystkie zawodowe polskie grupy kolarskie, a dwa lata temu ubrana przez Daniela została olimpijska reprezentacja Polski. Z usług firmy Danielo korzystają również grupy startujące m.in. w Tour de France (np.: Cofidis). Podczas relacji z tego wyścigu przekazywanej przez Eurosport, firma Danielo sponsoruje nagrody dla uczestników konkursów związanych z kolarstwem. We wrześniu tego roku Daniel Chądzyński uczestniczył w wyścigu Le Tour du Senegal. Udanym występem w tej imprezie nasz kolarz pożegnał się z profesjonalnym peletonem. Poniżej wspomnienia Daniela z pobytu na „Czarnym Lądzie”, które spisał Tomasz Ertman. Jak tam trafiłem Głównym organizatorem imprezy był senegalski oddział Credit Lyonnais. Firma ta jest głównym sponsorem Tour de France. Zostaliśmy zaproszeni do Afryki dzięki byłemu masażyście grupy Cofidis – Bogdanowi Madejakowi. On dostał zaproszenie i przekazał je Polskiemu Związkowi Kolarskiemu. Do Senegalu pojechaliśmy jako narodowa reprezentacja Polski. Drużyna złożona była z zawodników, którzy nie mogli wystartować w naszym narodowym wyścigu – Tour de Pologne. Impreza ta jest w cyklu pro-tour i mogą się w niej ścigać tylko najlepsze grupy zawodowe. Niestety z Polski prawo takie ma tylko Intel-Action. Obok mnie w Afryce ścigali się: Tomasz Kłoczko, Łukasz Podolski, Maciej Maciejewski (wszyscy Weltour), Dariusz Śliwiak i Krzysztof Ławniczak (obaj ACBB Paris). Z Polski do Paryża dotarłem samolotem. W stolicy Francji spotkałem się z innymi uczestnikami touru. Kolejny lot, tym razem 6-godzinny. Szczęśliwie wylądowaliśmy w Dakarze, stolicy Senegalu. Przygotowania Do wyścigu przygotowywałem się praktycznie przez cały sezon, a ostatnie 2-3 miesiące myślałem już tylko o nim. Chciałem, żeby moje pożegnanie ze ściganiem wypadło jak najlepiej. Oprócz treningu musiałem się zabezpieczyć przed afrykańskimi chorobami. Szereg szczepionek wykonano mi w Instytucie Chorób Tropikalnych. Ich koszt wraz z tabletkami przeciw malarii to wydatek około 1000 zł. Jednak bez takiego zabezpieczenia nie ma co ruszać się do Afryki. Tam warunki życia dla białego człowieka są ekstremalne. Pierwsze wrażenia Po wyjściu z budynku lotniska doznałem strasznego szoku. Chyba zbyt szybko znalazłem się w zupełnie innym, nieprzyjaznym dla Europejczyka świecie. Nie byłem na to przygotowany. To inny świat, inni ludzie i klimat. Temperatura przez cały czas jest bardzo wysoka. Codziennie po południu pada ulewny deszcz. Dosyć szybko staje się sucho, niestety wilgoć unosi się w powietrzu. Ta ilość pary wodnej była dla nas nie do zniesienia. Dla tubylczej ludności biały jest wielką ciekawostką i kimś bardzo majętnym, a taki musi się dzielić. Senegalczycy niemal wprost dopominali się pieniędzy lub prezentów. Są oni nastawieni przede wszystkim na branie, do pracy mają raczej negatywne podejście.. Bardzo często musieliśmy się od nich opędzać, żeby wszystko było w porządku. Poza tym przeraził mnie straszny nieład i wszechobecny brud i bałagan. Wśród tych odpadów siedzą ludzie, którzy zajmują każdy wolny kawałek terenu. Są jeszcze dwie rzeczy, na które zwróciłem uwagę. Zauważyłem, że w Senegalu bardzo dużo ludzi biega. Kto ma buty – to w obuwiu, a reszta po prostu na bosaka. Czynią tak, gdyż wiedzą, że jest to jeden z niewielu sposobów na wyrwanie się z biedy. Dla tych ludzi uprawianie sportu bardzo często jest jedyną szansą na poprawę swojego bytu. Zwróciłem także uwagę na murzyńskie dzieci. Są one jakby wyrwane z innego świata - bardzo ładne, słodkie i wesołe. Są na swój sposób szczęśliwe, gdyż nie zdają sobie jeszcze sprawy z życia, które jest przed nimi. Taki smutny obraz jest w miastach, poza nimi dominuje przyroda – jest cicho i zupełnie pusto. Dominuje soczysta zieleń, a w miastach szarość i bieda, którą widać gołym okiem. Jest jeszcze jedna ważna sprawa, o której jako człowiek jeżdżący na rowerze muszę wspomnieć – to zupełny brak kultury poruszania się po drogach. Senegalczycy jeżdżą na zasadzie „który mocniejszy” – około 90 proc. poruszających się pojazdów jest mniej lub bardziej poobijanych. Kolejne utrudnienie to obecność na drogach bardzo dużej ilości zwierząt. Rozpoczął się wyścig W Le Tour du Senegal wystartowało ponad 100 kolarzy, którzy mieli do pokonania około 1500 kilometrów. Trasa została podzielona na 9 etapów oraz prolog. Oprócz Polaków zaprezentowało się 5 zespołów z Francji, 2 z Belgii, 2 z Holandii oraz drużyny z Maroka, Egiptu, Kamerunu, Burkina Faso i Senegalu. Jechaliśmy niemalże cały czas po płaskim terenie, który z rzadka był urozmaicony niewielkimi pagórkami. Wielkim utrudnieniem był dosyć silny, boczny wiatr wiejący od strony oceanu. Wbrew pozorom słońce świeciło niezbyt często, a niebo pokrywały ciemne, ciężkie chmury. Wszyscy Europejczycy marzyli o deszczu. Padał on od czasu do czasu i przyjemnie się wtedy jechało. Pierwsze dni pobytu w Afryce były dla nas bardzo ciężkie. Mieliśmy poważne problemy aklimatyzacyjne, ciężko nam było oddychać bardzo wilgotnym powietrzem. Siadała nam również psychika, gdyż organizatorzy nie zapewnili nam odpowiednich warunków snu i wypoczynku, zwłaszcza podczas pierwszych dni pobytu. Po prologu i pierwszym etapie wyklarowali się liderzy polskiej ekipy, naszym zadaniem było pomaganie im. Kolarstwo już od dawna nie jest sportem indywidualnym. Bez pomocy drużyny obecnie nikt nie wygra wyścigu wieloetapowego. Od czasu do czasu w peletonie było bardzo nerwowo, jednak potrafiliśmy nad tym zapanować. Naszym atutem było to, że każdy z nas bardzo mocno atakował. Dzięki temu gubiliśmy rywali i już po pierwszym etapie byliśmy liderami. W środkowej części wyścigu, taktycznie oddaliśmy na dwa etapy koszulkę lidera. Manewr się udał. Łukasz Podolski wygrał indywidualnie, Polska była najlepsza w klasyfikacji drużynowej, a ja ostatecznie ukończyłem wyścig na XVIII miejscu. Z naszych rywali najgroźniejsi byli Francuzi, niewiele ustępowali im Marokańczycy i Egipcjanie. Moja rola Moim zadaniem były częste ataki, duża praca w ucieczkach oraz zdobywanie punktów na lotnych finiszach. Wywiązywałem się z niej dobrze, co w efekcie dało mi przed ostatnim etapem różową koszulkę najaktywniejszego kolarza. Udało mi się także 3 razy „załapać” do pierwszej etapowej dziesiątki. Najbardziej cenię sobie V miejsce w ostatnim „królewskim” etapie, który kończył się na bieżni Stadionu Narodowego w Dakarze. Cechą charakterystyczną tego wyścigu była niesamowita walka na każdym etapie. Po raz pierwszy w tym roku tak walczyłem, gdyż ostatnie 2-3 miesiące poświęciłem na przygotowania do Le Tour du Senegal. Niektóre etapy kończyłem krańcowo zmęczony – raz nie miałem siły, żeby zsiąść z roweru. Atrakcje Organizatorzy nam ich nie zapewnili, zaserwowało - samo życie. Dosyć sporym zaskoczeniem był bardzo dobry stan głównych dróg w Senegalu, o wiele lepszy niż w Polsce. Jazda po nich była przyjemnością. Niestety to co piękne szybko się kończy. Spore odcinki wyścigu wiodły po drogach niższej rangi. Są one w opłakanym stanie. Trzeba było non stop uważać, by nie urwać koła nie tylko w rowerze, ale również w samochodzie. Nasza drużyna miała nieco łatwiejsze zadanie, gdyż niemal przez cały wyścig jechaliśmy w szpicy i nikt nie przesłaniał nam trasy. Jednak i tam nie było bezpiecznie. Było sporo kraks. Sam leżałem dwa razy, na szczęście obyło się bez poważnych obrażeń. Jednak jeden z kolarzy miał większego pecha ode mnie. Jechał on z tyłu peletonu i nie zauważył jamy na środku drogi. Wpadł w nią tak, że nie było go w ogóle widać. Drugą dosyć przykrą „atrakcją” był atak sępów na kolumnę wyścigu. Doszło do niego, gdyż na poboczu drogi leżał martwy bawół. Stado sępów leciało do padliny, na drodze pojawił się peleton. Nastąpił konflikt. Jeden z ptaków uderzył w wóz techniczny i padł martwy. Na szczęście nikt prócz pechowego sępa nie ucierpiał. Wszyscy w peletonie mocno się ożywili i chcieli jak najszybciej po tym incydencie dotrzeć do mety. Dodam, że „atrakcja” ta przydarzyła się nam na 190-tym kilometrze najdłuższego, ponad 200-kilometrowego etapu. Jednak największą dla mnie atrakcją były równiny porośnięte bujną i bardzo zieloną trawą, wśród której wyrastały majestatyczne baobaby. Organizacja, a co to jest? Organizatorzy tego touru nie popisali się. Dla nich poza walką na trasie nic innego się nie liczyło. Byłem tym bardzo niemile zaskoczony. W kolarskim życiu przeżyłem wiele i wiem, jak może być ciężko. Nie myślałem, że może być jeszcze ciężej. Cieszę się, że przeżyłem, że wróciłem wreszcie do Polski. Już pierwszy nocleg był małym horrorem. Wokół multum owadów, po podłodze biegały karaluchy wielkości małych myszy, a za nimi przemieszczały się duże jaszczurki. W całym „hotelu” był obecny duszący i niezbyt przyjemny zapach. W pokoju za klimę miał robić zdezelowany, stary wentylator. Szybko go wyłączyliśmy, gdyż mieliśmy wrażenie, że zaraz się urwie i obetnie nam głowy. Na transport nie narzekaliśmy. Woziły nas autokary całkiem niezłej klasy. Jedzenie nie było zbyt urozmaicone. Jedliśmy głównie ryż i ryby, na deser były banany lub melony. Największy problem stanowiła woda. Piliśmy jej 6-7 litrów na dobę, była to wyłącznie woda mineralna – myłem w niej nawet zęby. Woda w Senegalu jest bardzo niskiej jakości, ze względów zdrowotnych nie można nawet parzyć w niej herbaty. Pożegnanie z wyścigami Przed wyjazdem do Senegalu postanowiłem, że będzie to mój ostatni w karierze wielki wyścig zawodowy. Chcę zmienić swoje życie i poświęcić się całkowicie najbliższej memu sercu osobie – Ani oraz rodzinie, wierzę w to, że jeszcze nie jest za późno. Na pewno od razu nie zsiądę z roweru, ale jazdę ograniczę do czerpania przyjemności, utrzymania kondycji oraz ogólnej sprawności – nie będzie to przygotowanie do wyczynu sportowego. Miałem atrakcyjne propozycje wyjazdu za granicę i uczestniczenia w wyścigach profi w Europie Zachodniej. Zostaję w Polsce! Moim zdaniem z naszej ojczyzny wyjeżdżają ci, którzy nie potrafią odnaleźć swojego miejsca tutaj. Szkoda, że młodzi ludzie – często wykształceni i bardzo wartościowi – potrafią ciężko pracować za granicą, a u nas w kraju nie. Wielu z nich żyje poza Polską na bardzo niskim poziomie. Afryka mnie bardzo zmieniła. Zacząłem doceniać to, co jest najważniejsze w życiu. Zacząłem myśleć poważnie o przyszłości, jednak nie przez pryzmat osiągnięć sportowych. Obecnie dostrzegam, jak piękny jest nasz kraj i jakie daje nam możliwości rozwoju. Myślę, że każdy Polak powinien spędzić choćby jeden dzień na „Czarnym Lądzie”. Wtedy zmieniłby zdanie o Polsce i więcej nie narzekał. Małe co nieco na zakończenie Każdemu młodemu człowiekowi życzę, żeby pokochał sport. Jest to dziedzina, która, jak żadna inna, hartuje charakter, uczy systematyczności i pokory. Nie można zapominać, że sport to pot, ból i łzy. Doświadczenia te pomagają później w życiu, które obecnie jest ciężkie. Sport otwiera przed wami niemal nieograniczone możliwości rozwoju oraz poznania świata i ciekawych ludzi. Pamiętajcie jednak, że wszystko to osiągnąć można tylko naprawdę ciężką pracą. Wszystkim, niezależnie od wieku, polecam sport jako fantastyczną formę relaksu i wypoczynku.
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze