25-lecie Behemotha- Kulturka też tam była

/ 21 zdjęć
Zdjęcia i foto: 25-lecie Behemotha- Kulturka też tam była Koncerty i muzyka sochaczew
+16

Merry Christless- Wszystkie odcienie Czerni

Behemoth + Masters Hammer + Mgła + Infernal War + In Twilight's Embrace (14.12.2017, Warszawa, Klub Progresja)

Tegoroczna edycja Merry Christless przybrała formę minifestiwalu. Każda z zapowiedzianych kapel, mając już na koncie nie mały dorobek, dawała pewność, że warszawska Progresja zostanie wypełniona po brzegi. Choć wszystkie zespoły można mniej lub bardziej zakwalifikować do nurtu black metalu to każdy z nich odmiennie definiuje ten styl. Jedne inspirując się innymi odmianami metalu, porzucają klasyczne brzmienie na rzecz eksperymentów (In Twilights Embrance), inne sieją spustoszenie bezkompromisowym klasycznym podejściem do tego gatunku (Infernal War). W samym sposobie przedstawiania muzyki też mieliśmy kontrasty. Od statycznej skupionej Mgły po rewię kończącego wieczór Behemotha, ale przyjrzyjmy się chronologicznie:



In Twilights Embrace

Ekipa Kulturki dotarła do Progresji w chwili gdy „otwieracze” właśnie kończyli swój set.  Ten poznański band od prawie 15 lat stoi okrakiem między melodic death, a black metalem, ostatnio robiąc na scenie trochę zamieszania, a to coverem „Opowieści Zimowej” (Armia), a to świetnymi recenzjami najnowszej płyty „Vanitas”. Nie przypadkiem otwierali ten wieczór pełen niespodzianek. Po koncercie jednak próżno było szukać jakichś zachwytów w ustach publiczności. Byli tacy, co zarzucali zespołowi zbytnią „cukierkowatość” w postaci melodyjnych gitarowych solówek, inni bronili poznaniaków za słuszne tempo utworów, bo trzeba przyznać lubią przyspieszać, czy raczej zapie*dalać. ☺

Infernal War

Tu nie ma wątpliwości spójny tekstowo i muzycznie pokaz nienawiści. Od pierwszych blastów weterani rodzimego podziemia wywołali młyn pod sceną, który rozpędzał się z każdym kolejnym kawałkiem niczym tornado. Tu nie było miejsca na litość, a muzyka częstochowian podgrzewała tylko emocje. W przeciwieństwie do poprzedników tu nie było kompromisów. Najwyższe obroty od początku do końca. Rozgoryczenie i nienawiść skierowane do kościoła i ludzkości raczej nie pozostawiają wątpliwości - tu nie ma dystansu, tu mamy jednoznaczną spójną, bezkompromisową postawę. Wyróżnić należy kawałek „Paradygmat” śpiewany po polsku wraz z rozpaloną publiką. Muzycznie miazga, ale te ogolone głowy 3/5 członków zespołu dają do myślenia i dlatego warto napisać, że muzyka to jedno, ale uczciwie jest zaznaczyć, że to nie wszystko, co powinno kojarzyć się z tym bandem. Wiele kontrowersji budzą też pozasceniczne konotacje personalne ze środowiskiem nie tyle nacjonalistycznym, co wręcz nazistowskim. Chłopaki wspomagali „legendarny” Honor, a ich wypowiedzi dotyczące polityki raczej nie pozostawiają złudzeń,  to nie tylko maska/postawa sceniczna. Jednego nie można im odmówić, utożsamiają się z tym, co głoszą. Czy to dobrze, czy źle?... Black metal lubujący się w bieli, honorze… ale na pewno nie w Bogu.

Mgła

Po spustoszeniu jakie pozostawił Infernal War, bardziej gorąco już być nie mogło. Jak każdy z nas wie ze szkoły po osiągnięciu temperatury wrzenia mamy do czynienia z parowaniem. Powiało chłodem. Para ta natychmiast zawisła w powietrzu tworząc MGŁĘ. Ten początkowo studyjny projekt jest obecnie najlepszym ambasadorem black metalu w mainstreamie (bo jeśli już gdzieś piszą, mówią, to najczęściej Mgła jest wymieniana wśród najambitniejszych i najciekawszych reprezentantów czarnej części sceny). Warszawska publiczność miała możliwość wysłuchać w całości album „Exercises in Futility” (ostatnia jak do tej pory płyta z 2015r.). Ściana gitar przeplatana typowymi dla Mgły solówkami, do tego poetyka tekstów pełnych symboliki wypluwana przez wokalistę to mieszanka, której absolutnym dopełnieniem jest to, co dzieje się w warstwie rytmicznej. Bębny obsługiwane przez Macieja „Darsidea” Kowalskiego to maszyna, która napędza Mgłę od ponad 10 lat.  Muzycy podczas zarówno tego, jak i innych występów na żywo świadomie zrezygnowali z festiwalu osobliwości, przyjmując wizerunek zamaskowanych i zakapturzonych postaci okrytych ramoneskami, zmuszając widownię do skupienia się na muzyce, a nie na nich samych. Połamana, klimatyczna i przestrzenna odmiana balck metalu - z jednej strony klasycznie, z drugiej zaś bardzo świeżo (głównie dzięki perfekcyjnemu brzmieniu). W występie tej kapeli trudno też szukać jakiejś dynamiki scenicznej. Wszyscy stoją na swoich stanowiskach, dając sobie spokój  z bieganiną i machaniem gitarami czy głowami. Od początku do końca ze sceny zionie muzyka, skupienie trans i mgła (tym razem chodzi o tę suchą z wytwornicy - nie wiem czy tak jest zawsze na koncertach tego krakowskiego projektu, ale w Progresji poczuliśmy, że te hektolitry dymu płynącego w stronę publiczności skutecznie utrudniają oddychanie). Po zakończeniu koncertu została chmura wisząca nad sceną, publicznością, a przestrzeń wypełniła cisza. Lepiej być nie mogło, żadnych okrzyków, nawoływań… Cisza, grobowa cisza. Pokusiłbym się o stwierdzenie, że to „najczarniejszy” (bo przecież nie najjaśniejszy ☺ ) punkt  tego całego wieczoru.

Masters Hammer

Czeski Masters Hammer, mimo iż to legenda, co do inspiracji, którą przyznają się największe tuzy   sceny black metalowej, mieli cholernie trudne zadanie.  Zupełnie inna bajka, a do tego mam wrażenie, że lata świetlne dzielą mentalność i sposób kreowania przestrzeni muzycznej. Nasi południowi sąsiedzi grają, jakby przełom lat 80-tych i 90-tych nastąpił dopiero przed chwilą. Dla starych fanów uczta (jeśli ktoś lubi odgrzewanie sentymentalnych kotletów). Dla młodszej publiki spotkanie z historią, ale szczerze mówiąc, dziś już mało inspirujące (sporo lepszych rzeczy powstało przez te nomen omen już 30 lat, kiedy to Masters Hammer opatentowali swój black metalowy patent na groteskę). Rogate towarzystwo skupiło się na swoich klasycznych utworach, takich jak „Géniové” czy finałowe „Jama Pekel”, który ponownie rozgrzał publikę, przygotowując na finał wieczoru. Nowsze utwory zabrzmiały jak stare (odarte z jakiejkolwiek elektroniki towarzyszącej ostatnimi laty czeskim weteranom). Szkoda tylko gościa grającego na kotłach - akustycy mieli go… w poważaniu, bo efekt jaki dają na studyjnych płytach dodaje charakteru i pogłębia brzmienie… a tu lipa.

Behemoth

Chwila przerwy dzieliła nas od niekwestionowanego headlinera tego wieczoru. Liczna ekipa techniczna uwijała się jak mrówki, przygotowując scenę, którą odgrodzono od zgromadzonych białą kurtyną. Po kilku minutach oczekiwania wystartowali (miałem pewne obawy, że widząc już w tym roku Nergala i spółkę, raczej nie zobaczę nic, czego już nie widziałem).

Pierwsze dźwięki „Demigod” i kurtyna opadła, zaraz potem „Ora Pro Nobis Lucifer”… Darski w swoim żywiole biegał po scenie i zapraszał do wspólnego wykrzykiwania tekstów utworów (powiedzmy sobie prawdę - to nie jest śpiewanie ;-) ). Niemniej Behemoth rozpoczął właśnie swój show. Rogi w górę i do przodu. Krótkie przywitanie i „Conquer All”, po którym pierwsza niespodzianka: Siekiera i ich „Ludzie wschodu”. Utwór pozbawiony został dadaistycznych wyliczanek, zaprezentowany na black metalową modłę i nie ukrywam wzbudził entuzjazm piszącego te słowa. Potem tempo trochę padło, by wrócić w „Blow Your Trumpets Gabriel” i zakończyć pierwszą część setu Pomorzan kawałkiem „Lucifer” (gdzie na płycie „Evangelion” głosu użyczył Maciej Maleńczuk). Zgasły światła, po chwili tło sceny zostało oświetlone. Na nim - jak za dawnych czasów - jedynie nazwa Behemoth w rozpoznawalnym foncie. Nergal włączył maszynę czasu i przeniósł zebranych do lat 90-tych. Za bębnami usiadł Baal, z basem wyszedł Les, a z gitarą kolejna niespodzianka Inferno…. I nie jest to żart, to stało się naprawdę. Porozumienie ponad podziałami. Kilka kawałków z zamierzchłej przeszłości i starzy wyjadacze z bananami na twarzach wspominali dawne czasy, a młodsi edukowani kolejną lekcją historii tego wieczoru. Gdy koncert powoli dobiegał końca usłyszeliśmy jeszcze najzabawniejszy (jeśli nie najbardziej znany ludziom niezwiązanym z metalem), mowa o „Dekade of Therion” z frazą „kaka demona” ☺ z kolejnym gościem, którym tym razem był Havoc (grający na gitarze  w latach 1999-2002). Finał nie mógł być inny - monumentalne „Chant for Eschaton 2000” zagrane z wymienianymi już gośćmi. Behemoth osiągnął w muzyce już bardzo wiele i choć ma zarówno tak wielu zwolenników, jak i przeciwników to jego sukcesy są niepodważalne. 14 grudnia 2017 wyprzedał Progresję na pniu, a zainteresowanie było tak wielkie, że zaplanowano kolejny koncert na następny wieczór i ten też został wyprzedany. Nie wspomniałem jeszcze o pirotechnice i konfetti użytych podczas koncertu, bo ogólnie kapela już przyzwyczaiła wszystkich do perfekcyjnej oprawy swojego show, czym przyciąga nie tylko metalową brać, ale zdecydowanie szersze grono słuchaczy. Poza tym Behemoth od dawna nie jest zespołem podziemia…. więc kto bogatemu zabroni ;-)



Sukces Tegorocznego Merry Christless daje pewność tego, że organizatorzy już teraz myślą o kolejnej edycji. Z kolei wieść ludowa niesie, że Behemoth pracuje nad nowym albumem. Reasumując, przyszłoroczne metalowe święta w Progresji mogą być równie ciekawe.


Relacja: Mariusz Molenda

Zdjęcia: Łukasz „Ch-Fu” Szewczyk oprócz Infernal War i Behemoth (czarno-białe): Mariusz Molenda



Gdybyście chcieli zobaczyć jak to mniej więcej wyglądało KULTURKA PREZENTUJE:

BEHEMOTH:

https://www.youtube.com/watch?v=qEHBt8EGjDM&feature=youtu.be


https://www.youtube.com/watch?v=Atv5mFL2Ki0&feature=youtu.be



MGŁA:

https://www.youtube.com/watch?v=YM_-RvXinDk&feature=youtu.be



 



0
Oceń
(0 głosów)

 

Opinie i komentarze użytkowników (0)

skomentuj ten artykuł

e-Sochaczew.pl poleca filmy