Bądźmy siewcami entuzjazmu.

Zdjęcia i foto: Bądźmy siewcami entuzjazmu.  Słowo pisane sochaczew

Bohater filmu „Alfabet”, Andre Stern, o którym pisałam poprzednio, wydał książkę „…I nigdy nie chodziłem do szkoły”.  Zakupiłam, przeczytałam i jestem w szoku. Coś, co intuicyjnie wprowadzam w życie, wychowując swojego syna, jest możliwe i na dłuższą metę daje spektakularne efekty. Przykładem jest właśnie sam Andre. Zero rywalizacji, zero przymusu, zero oceniania. Coś fantastycznego. Zachęcam do zapoznania się z tą publikacją. Otwiera oczy na rodzicielstwo, ale także umiejętności i zdolności naszych pociech. NATURALNE ZDOLNOŚCI. Andre napisał także  krótki esej pt.:  „Siewcy entuzjazmu – Manifest ekologii dzieciństwa”. Z tej maleńkiej książeczki zacytuję pewien fragment, który niech będzie wstępem do mojego dzisiejszego obiecanego wpisu o festiwalach:

 „Dzieci noszą w sobie poczucie wszelkich korzyści wynikających z różnorodności, ale są dzielone na kategorie, porównywane pod względem wszystkiego, co porównywalne i w najbardziej wrażliwym wieku poddawane największemu zabójcy potencjału – RYWALIZACJI!!!”

Festiwale, przeglądy czy konkursy to czysta rywalizacja. Nie jestem przeciwna tej idei pod warunkiem, że mówimy o Festiwalu Filmów w Cannes na przykład albo Festiwalu Piosenki w Opolu (choć ten ostatni woła o pomstę do nieba… ). Jestem przeciwna rywalizacji wśród dzieci i młodzieży. Dlatego też nie uczestniczę ze swoimi podopiecznymi w żadnych tego typu imprezach już od wielu lat. Oczywiście każdy na własną rękę może to zrobić i nawet pomogę w przygotowaniach ale zawsze mówię jakie jest moje stanowisko w tej kwestii. Co zrobią rodzice to ich prywatny interes. Szkoda, że z reguły dają się w to wciągnąć. No właśnie. Gdyby sami się wciągali  to pół biedy, ale wciągają w to dzieciaki. Ich własne pociechy, dla których rzekomo chcą dobrze. Przykre… Podejrzewam tylko jedno. Nie mają świadomości jak działa to na psychikę, nie wiedzą co w zamian, nie znają innych metod motywacji. Ręce opadają. Jeśli jeszcze słyszę, że przecież dziecko samo chce to już nie wiem co odpowiedzieć. Dziecko chce wiele rzeczy. Cukierków, zejść z kanapy na głowie, wejść na drzewo czy dotknąć ognika, bo tak ładnie fruwa. I nie należy zabraniać, ale jest pewna różnica czy damy cukierka półrocznemu maluchowi czy 5-6 latkowi. Jest różnica czy dziecko schodząc z kanapy wyląduje na twardej podłodze czy w ramionach rodzica. Dotknąć ognia nie pozwalamy i już. Nie ma dyskusji. Kiedyś sam się przekona dlaczego, a póki co, mamy oko na małego zdobywcę przygód. Tak samo jest z konkursami. Skupię się na tych wokalnych, bo są mi najbliższe. Dziecko chce. I my się zgadzamy. Ba, nawet jesteśmy przeszczęśliwi. Wkręcamy się w to sami. Opłacamy lekcje, często dość drogie, kupujemy kreacje, zawozimy, choćby na koniec Polski, płacimy kolosalne wpisowe, dajemy porady niczym eksperci, klepiemy w tyłek na szczęście przed wejściem na scenę, a potem albo skaczemy z radości i chwalimy się na facebook’u, albo ochrzaniamy, że to źle, to nie tak (bo przecież się na tym znamy), ale w sumie nic się nie stało. Następnym razem na pewno się uda. A ja pytam po co? Po co to wszystko? Dlaczego nie wystarczy, że dziecko po prostu chce śpiewać? Jest wiele okazji do zaprezentowania swoich umiejętności jeśli już tak bardzo dziecko chce. Ale pamiętajmy, że każdy występ choćby w szkole jest przypłacany stresem i nie ważne, że dziecko mówi, że się wcale nie boi. Boi się. Bo każdy występ to ocena. Dziecko wie, że jest na każdym kroku oceniane przez choćby kolegów z klasy. Bo taka jest scena. Wychodząc na nią godzimy się, że jesteśmy oceniani. I musimy mieć świadomość, że wśród publiczności zawsze znajdzie się osoba, której nie podoba się to, co i jak robimy. Bo ma inny gust, bo nie lubi takiego głosu, bo nie podnieca się tym, że dziecko nauczyło się piosenki na pamięć, bo nas nie lubi itp. ZAWSZE ktoś taki się znajdzie. Dzieci to czują. Śpiewanie jest fantastyczną sprawą, szczególnie, kiedy robimy to w zespole. Śpiewając czy grając na instrumencie tworzą się nowe wiązania nerwowe. Rozwija się mózg, umiejętności kreatywne, społeczne. Dla mnie śpiewanie w grupie ma nieocenione korzyści. Jednak każdy chce się uczyć indywidualnie. Co roku, we wrześniu, odbieram dziesiątki telefonów i maili z pytaniem o lekcje śpiewu. Gdy rodzic słyszy, że uczę indywidualnie dopiero od gimnazjum albo jeszcze później, rezygnują. Wydaje im się, że w grupie to takie tam pitolenie i dziecko się niewiele nauczy. Błąd. Pracy w zespole nigdy się dziecko samo nie nauczy. A jak ktoś ma dar i predyspozycje to i tak będzie w życiu śpiewał. Tylko trochę później. I dobrze. Wtedy jego psychika będzie gotowa. Braków z dzieciństwa już się nie nadrobi. Z jednej strony rodzice posyłają dzieci do przedszkola w obawie o jego życie społeczne a z drugiej nie chcą aby dziecko śpiewało w zespole, a nie zaśpiewanie solo traktują jako ujmę na honorze. No błagam….

Zapytacie skąd to się właściwie bierze w takim razie? Ano między innymi z telewizorni. Wszelkiego rodzaju talentszoły, którymi zachwycają się dorośli, a potem wpadają na genialny pomysł, że jego dziecko też jest zdolne, bo potrafi zaśpiewać „Mam tę moc” mimo, że ma 5 lat, i w sumie to jest piękne, rozkoszne, bystre i śmiałe więc czemu nie??? Ci z rozbuchaną ambicją wpadają od razu na genialny pomysł udziału w SUPERDZIECIAKU czy innym tego typu gównie, a Ci mniej odważni jeżdżą po Polsce po wszelakich konkursikach, ciągną w upał przez 300 kilometrów dzieciaka na festiwal piosenki francuskiej, choć ten język jest w sumie wszystkim jak najbardziej obcy, ale co tam. A potem cieszą się, bo dziecko wygrało. Mina lekko rzednie, kiedy okazuję się, że nagrodą jest jakiś tak chiński tablet, piętnasty już w dorobku młodego artysty. Liczyliśmy przecież na kaskę, co by się koszty zwróciły. Myślicie, że wymyślam? Nic z tych rzeczy. Tak naprawdę wygląda „rynek” piosenki dziecięcej i młodzieżowej. Od 2001 roku organizujemy Festiwal Kolęd i Pastorałek w Niepokalanowie. Taka robota ;) Ale do rzeczy. Przez 16 lat przez nasz festiwal „przewinęły” się dziesiątki solistów i zespołów. Dzieciaki te mają za sobą kilkadziesiąt festiwali w roku. Od kolęd i pastorałek przez piosenki o zdrowiu, sporcie, jesieni, babci, po festiwale piosenki rosyjskiej, francuskiej, niemieckiej o angielskiej nie wspomnę. Jeżdżą wszędzie. Każda z tych imprez rzekomo ma otworzyć im drzwi do kariery. Wiele z tych osób widziałam później w telewizji w The Voice of Poland czy Must Be The Music. I nic. Nic spektakularnego nikt nie osiągnął. NIKT!!! Jakieś filmiki owszem umieszczają na youtubie czy innych muzycznych portalach. Ale to nic nigdy nie będzie znaczyło. Dlaczego? Bo na wyższą półkę trafiają TWÓRCY, a my nie pozwoliliśmy dzieciom tworzyć tylko cały czas uczyliśmy jak ODTWARZAĆ. Ile razy mi się zdarzyło spotkać z pytaniem: Ale nauczy mnie Pani tak śpiewać jak Adele? Albo Jassie J? Owszem, to dobre przykłady ale jako wzór TWÓRCÓW. A te dzieciaki, wygrywając w swoim życiu dziesiątki festiwali po prostu czują się lepsze niż inni. Tego ich nauczyliśmy. A potem zderzają się z rzeczywistością i okazuje się, że tak jak one śpiewają wszyscy w tej samej kolejce do sławy. Czyja to wina? Nas dorosłych, bo pozwoliliśmy dzieciakowi uwierzyć, że jest pępkiem świata, a innych trzeba pokonywać.

Sama w festiwalach brałam udział. Ale zaczęłam, jak miałam lat 16 i śpiewałam w zespole wokalnym. Pierwszą swoją „solówkę” dostałam po 2 latach śpiewania i to tylko dlatego, że koleżanka się rozchorowała. Potem trafiłam do zespołu jako chórek i byłam szczęśliwa, że mogę się uczyć, podpatrywać, brać udział z tworzeniu muzyki i aranżacjach, jeździć na koncerty.  Wszystko, co dziś umiem zawdzięczam właśnie tym, dużo starszym ode mnie muzykom. Obserwowałam, nabierałam doświadczenia, uczyłam się. Gdy po kilku latach założyłam własny zespół wiedziałam czego chcę. Jeździliśmy na festiwale ale nie po to, aby wygrywać. W tym wieku ma się inne cele. Zawsze chodziło o to, żeby poznać innych ludzi, podpatrzeć co i jak robią, pokazać się, napić, pośpiewać… ot takie festiwalowe życie od kuchni. To jest coś fantastycznego. Do dziś, będąc w Starym Porcie w Krakowie (taka knajpa), można posłuchać piosenek, które nagrałam na warsztatach muzycznych na jednym z festiwali.  To buduje. To było fajne. To jest najważniejsze…

Podam przykłady ludzi, którzy zaczęli festiwalowe przygody dość późno ale dzięki temu sami wiedzieli czego chcą i dobrze na tym wyszli. Taki LESKI. Chłopak, którego znam od 20 lat, zawsze miał głowę pełną pomysłów. Wszędzie się wkręcał, wszystko chciał wiedzieć, podpatrywał grę innych, pisał teksty, i nawet te nieudolne nagrywał. Chętnie grał w różnych składach, pomagał innym za zwykłe dziękuję. I nie jest CUDOWNYM DZIECKIEM. A jest KIMŚ.

Z naszego podwórka? Agata Fijewska. Uczyła się u mnie śpiewać będąc w gimnazjum. Pojechałyśmy na kilka konkursów. Kilka z nich można zaliczyć do sukcesów. Ale obie wiemy, że nie o to nam chodziło. Wreszcie Agata znalazła ludzi, którzy coś chcą zrobić wartościowego w polskiej muzyce. I udało im się. Powstał zespół NOCNY SUPERSAM. Jestem z niej dumna, bo kroczy własną drogą. Kiedyś sama nie wiedziała o co jej chodzi. I ktoś mógłby się wkurzać, ale taka jest kolej rzeczy. Do wszystkiego trzeba dorosnąć. Zrozumieć samego siebie. Rywalizacja na wczesnym etapie nie pozwala poznać siebie. Bo zawsze się będziemy z kimś ścigać, za czymś gonić, z kimś się porównywać. A tak być nie powinno.

Na koniec zacytuję pewnego duchownego:

„…Człowieka, który patrzy w oczy dziecka, uderza przede wszystkim ich niewinność: owa przejmująca niezdolność do kłamstwa, do zakładania maski czy chęci bycia kimś innym, niż jest. W tym sensie dziecko zachowuje się dokładnie tak jak cała przyroda. Pies jest psem; róża jest różą; gwiazda jest gwiazdą; każda istota jest po prostu tym, czym jest (…)Dzieci tracą swoją niewinność jeszcze w inny, bardziej subtelny sposób: kiedy dziecko zostaje zarażone pragnieniem stania się kimś znanym. Przypatrz się. Tej masie ludzi, którzy za wszelką cenę chcą stać się kimś znanym, nie kimś wyznaczonym niejako przez Naturę — muzykiem, kucharzem, mechanikiem, stolarzem, ogrodnikiem czy wynalazcą — ale kimś znanym; chcą osiągnąć sukces, stać się sławnymi, chcą osiągnąć władzę; stać się kimś nie po to, by siebie w pełni zrealizować, ale by osiągnąć chwałę i znaczenie. Przypatrz się ludziom, którzy stracili swoją niewinność, gdyż wybrali nie bycie sobą, ale życie na pokaz, nawet jeśli mieliby się pokazywać tylko przed sobą….”

A więc kto jest głodny sukcesu i za jaką cenę? Dzieci nie mają takiej potrzeby. To  dorośli. Nie idźmy tą drogą drodzy rodzice. Bądźmy raczej SIEWCAMI ENTUZJAZMU. :)

PS. Kilka osób zapewne mi zarzuci hipokryzję, gdyż pochwaliłam się ostatnio nagrodą dziecka mego pierworodnego w konkursie malarskim (sic!). Otóż: Córka moja jest pełnoletnia, konkursy plastyczne są wymogiem w szkole, do której uczęszcza (przykro mi z tego powodu bardzo), wszystko, co robi to jej indywidualne decyzje. Nagroda ta, otwiera przed nią wiele drzwi... Kurtyna. :)

Pozdrawiam Was gorąco. Asia.

 



5
Oceń
(3 głosów)

 

Opinie i komentarze użytkowników (0)

skomentuj ten artykuł

e-Sochaczew.pl poleca filmy