Coś się kończy, coś się zaczyna...

Zdjęcia i foto: Coś się kończy, coś się zaczyna... Życzenia, podziękowania, kondolencje sochaczew

Do przyjaciół dziennikarzy…

Myślę, że są zawody, w których już się rodzimy i nie możemy być kimś innym, bo coś nam na to nie pozwala. Czegoś mamy za mało, czegoś za dużo, czegoś nie mamy wcale, a w mikropęknięciach odnajdujemy siebie. Znacie tę zabawę, w której dziecku na pierwsze urodziny podkłada się różne przedmioty, a wybór któregoś z nich determinuje jego późniejsze życie zawodowe? Co za ponury absurd żeby o życiu decydować za młodu kiedy jest się kretynem powiedziałby Adaś Miauczyński.  Moja babcia do tej pory wspomina, że wybrałam długopis. A ja do tej pory mam za złe, że nie urodziłam się jako chłopiec i nie wybrałam różańca, a później nowego merola. Parafrazując słowa Piotra Fronczewskiego pieszczotliwie nazywanego też Frankiem Kimono: człowiek rodzi się dziennikarzem, tak jak rodzi się księciem. I ma przejebane do końca życia.

Zanim opowiem o swych planach…

Pamiętam jak w klasie maturalnej ktoś mnie zapytał czego najbardziej nie chciałabym robić. Odpowiedziałam krótko: pisać. Męczyło mnie to. Nikt mi nie powiedział, że pisanie ma być jak zakupy w Ikei. Ma męczyć, ale w efekcie powinnam być zadowolona. Nie zawsze byłam. A nawet, odwrotnie niż Bóg w Księdze Rodzaju, nie wiedziałam, że to, co tworzę jest dobre. Do tej pory nie wiem, ale wiem, że bez pisania nie wyobrażam sobie życia – czy tutaj, czy w innym miejscu. Pamiętam jak napisałam swój pierwszy felieton w liceum, który wymyśliłam w drodze do szkoły, a spisałam w szatni. Okazało się, że był dobry, ale nie był felietonem. Dlatego, jako osoba, która niepokornie była w większości mniejszości jakie istnieją, postanowiłam pisać dla Was takie nie-felietony do teraz. Kiedy zaczynałam pracę miałam kilka celów, które zrealizowałam na 500 plus. A teraz chęci mam dużo, ale skończyły mi się cele.

Odejdę cicho, bo tak chcę…

Po pierwsze – Giler nigdy nic niegrzecznego nie robił, żeby sprawić komuś przykrość. Tak brzmi pierwsze zdanie z nowej  książki Agnieszki Chylińskiej. Pierwsze zdanie, po którym wylałam morze łez. Nie dlatego, że jest literacko wybitne. Nie dlatego, że wzrusza każdego przeciętnego czytelnika. To był pierwszy przystanek, kiedy poczułam, że ktoś mnie rozbił, poskładał i zrozumiał. Że ja siebie sama zrozumiałam. Że zrozumiałam Was, kiedy pisaliście do mnie, że coś Was poruszyło tak mocno, że dotknęło najdelikatniejszego miejsca w duszy i zabolało. Rozumiem, bo jestem człowiekiem. I nigdy nie zamierzam tego zmieniać.

Czy warto było szaleć tak?

Są takie miejsca, w których przestajemy czuć się dobrze z różnych względów. Powietrze jest lepkie, gęste i tak toksyczne, że hejta idzie dostać, więc najlepszym, co możemy zrobić to albo przeczekać sztorm albo wskoczyć w fale i odpłynąć na własne Wyspy Szczęśliwe. To skaczę. Wcześniej wydawało mi się, że oszukać przeznaczenie to napisać lekki felieton, za który większość się pozabija, a ja zamknę laptopa, włączę film i poczekam aż hajs spłynie na moje konto jak miód i mleko. Myślałam, że polot i charyzma wystarczą. Nie wystarczą. Żeby być dobrym dziennikarzem, dobrym felietonistą trzeba lubić ludzi, bo – jak powiedział ostatnio Kuba Wojewódzki – ironista nie gardzi, ale wyraża swoje zniesmaczenie. Jestem permanentnie zniesmaczona tym, co tu się odjaniepawla, ale kocham Was wszystkich. Kochajmy się.

Widzimy się tu czy tam, kiedyś, gdzieś, po drugiej stronie lustra, siema!

 Z.

 



1
Oceń
(5 głosów)

 

Opinie i komentarze użytkowników (0)

skomentuj ten artykuł

e-Sochaczew.pl poleca filmy