Czy sochaczewskim lekarzom należą się podwyżki?

/ 3 komentarzy / 2 zdjęć
Zdjęcia i foto: Czy sochaczewskim lekarzom należą się podwyżki? Radni i rady samorządowe sochaczew

1 stycznia weszły w życie przepisy o 48-godzinnym czasie pracy lekarzy. W większości szpitali w Polsce medycy na razie zgodzili się na dodatkowe dyżury i będą pracować nawet 72 godz. tygodniowo. Podobno mają dostać za to ekstra wynagrodzenie, tyle że minister zdrowia zapowiada, iż zadbać o to muszą dyrektorzy szpitali, a ci nie mają pieniędzy. Szpitale liczą więc, na to że rząd znajdzie jednak fundusze, a lekarze zapowiadają, że podwyżek nie odpuszczą, bo teraz będą mogli pracować nie więcej niż 48 godzin, gdy dotychczas zdarzało się nawet do 90. Lekarze chcą pracować więcej, ale za większe pieniądze, a dyrektorów szpitali na to nie stać, mówi się więc o podwójnym zatrudnianiu. Oliwy do ognia dolał ostatnio Premier Donald Tusk, który stwierdził, że jedni lekarze zarabiają 4 tys. zł, a inni 25 tys. zł, „to komu ja mam podwyższać pensje” – powiedział.
O co w tym wszystkim chodzi, zapytaliśmy dr Bożenę Nowak-Papierowską ordynatora oddziału ginekologiczno-położniczego w sochaczewskim szpitalu.
„Prawo mówi, że od nowego roku dyrektor nie może zatrudniać nas jednocześnie na etacie i dodatkowo na kontrakcie za dyżury. Obecnie więc jest w szpitalu jedna forma zatrudnienia – mówi dr Papierowska – Jeśli chodzi zaś o dyżury, to są różne możliwości albo podpisujemy z dyrekcją tzw. opt-out, czyli zobowiązujemy się do 78 godzin na tydzień i to byłoby wypełnieniem zapotrzebowania mojego oddziału, albo podpisujemy umowę kontraktową, tyle, że kontrakt ten nie może być zawarty z dyrekcją tylko z pośrednikiem. W naszym przypadku jest to jakiś niepubliczny zakład zarejestrowany w Łodzi. On oczywiście pobiera za to pieniądze, 1,50 zł za każdą lekarską godzinę, a oferuje się w tej formie 40 zł za godzinę dodatkową, dla specjalisty, 35 zł dla lekarza z pierwszym stopniem specjalizacji, a 32 zł dla tych bez specjalizacji.
Część lekarzy zgadza się na takie rozwiązanie, inni się zastanawiają, ale generalnie lekarze domagają się podniesienia stawki opt-outu, bo jeżeli dzisiaj lekarz specjalista zarabia średnio 2200 zł pensji, zasadniczej to wszystkie pochodne, łącznie ze stawkami za dyżury nie są wysokie. Jeśli lekarze pracować będą, według tej normy unijnej, do 48 godzin na dobę, wtedy w ramach etatu wypracowuje się 37,55 godz. pozostałe godziny do owych granicznych 48, pozwalają na wzięcie w miesiącu dwóch dyżurów. Mając pięciu lekarzy na oddziale tym systemem zabezpieczę 10 dyżurów, a w pozostałe 20 dni nie będzie komu dyżurować. Oddział wówczas nie funkcjonuje. Z tej formy musimy więc zrezygnować.
Jest jednak w klauzuli opt-outu inna forma, tzw. dyżur fakultatywny. W tym przypadku dopuszcza się do pracy lekarzy na 78 godzin w tygodniu. W tej wersji każdy z nas może wziąć w miesiącu 5-6 dyżurów, i wtedy mam na oddziale zabezpieczoną pracę ciągłą. Dlatego chcemy przejść na tę formę. Sprawą sporną jest jednak wysokość wynagrodzenia zasadniczego, bo ustawa mówi, że co prawda skraca się nam czas pracy, ale za nadgodziny powinniśmy godziwie zarabiać. Przecież, tak, jak już mówiłam wysokość podstawowej pensji przekłada się bezpośrednio na wycenę godziny dyżurowej. Teraz od tych 2200 zł plus dodatek stażowy w formie opt-outu, nadgodzina wychodzi ok. 24 zł, i na to się nie chcemy zgodzić. Ale pracujemy i czekamy na dalszy rozwój wypadków.
Ludzie u nas nie chcą przechodzić na kontrakty, bo wolą pracować w jednym zakładzie pracy. Zgadzają się na to, aby pracować więcej, ale za więcej. Dyrekcja nie ma jednak pieniędzy aby podwyższyć pensję, bo bazuje na tym samym kontrakcie z Narodowym Funduszem Zdrowia, który był w ubiegłym roku. Co prawda minister dodała teraz do każdego punktu, w których rozliczane są zabiegi, po złotówce, ale to moim zdaniem, za mało. Obiecywano nam dwa złote, i to już byłoby coś.
Jest jeszcze inna możliwość, bo każdy kto ma swoją firmę, a przecież wszyscy na ogół mamy prywatne gabinety, mógłby zerwać umowę o pracę ze szpitalem i jako firma zawrzeć umowę na dyżury i na pracę tu w ogóle, wtedy opłaca sam składki w ZUS-ie, a dyrektor może dać mu 40 złotych za godzinę! Czyli znacznie więcej niż wtedy, gdy lekarz zatrudniony jest na umowę o pracę. Czy to jest normalne?
Wielu naszych lekarzy zastanawia się więc poważnie, czy tak nie zrobić. Tylko, że wówczas mogą być kłopoty z ciągłością pracy na oddziałach, bo każdy będzie brał godziny tylko wtedy, gdy mu to będzie pasowało. Na przykład na moim oddziale jest pięcioosobowy zespół, więc jeśli jedna osoba zejdzie do poradni, bo też tam musimy przyjmować, to zostaje czterech lekarzy na górze. Jeśli dwóch z nich się umyje, czyli mają zabieg, bo musi być asystent, to tylko dwóch zostaje na oddziale. A nie ma dnia, żeby nie było operacji, albo cesarskiego cięcia. Jeśli jeszcze jeden z lekarzy musi robić USG to zostaje na oddziale jeden, a tu przecież ciągle są porody i inne potrzeby, więc biega się, jak w ukropie.
Na dodatek ustawa mówi, że po przepracowanym dyżurze w tym opt-oucie lekarz powinien iść do domu i 11 godzin wypoczywać i obowiązkowo odpoczywać 35 godzin tygodniowo. Jest to kompletnie w naszych warunkach nierealne. Natomiast, jak ma kontrakt z obcą firmą to musi po dyżurze iść do roboty, bo ma obowiązek wypracować jutrzejszą dniówkę - 7,35 godziny, kontrakt zawarty z tymi z Łodzi. To gdzie tu jest przestrzeganie wypoczynku?! A w opt-oucie, owszem może lekarz po dyżurze iść do domu, tylko że godzina płatna jest tu znacznie niżej. Więc jeśli ja po 30 latach pracy mam tak naprawdę, 22 złote za godzinę a inny lekarz podpisze kontrakt i będzie miał 40 zł, to czemu to służy? Wyłącznie skłóceniu ludzi.
Aby zatrzymać lekarzy w szpitalu, konieczne są podwyżki pensji zasadniczej, a dyrektor nie ma na to środków i trudno mieć do niego o to pretensję. Jeśli jednak większość lekarzy podpisze kontrakty to pójdą tam gdzie jest za godzinę więcej płatne, a u nas już jest problem z lekarzami. Szpital ogłasza się ciągle, ale nikt nie przychodzi. Może więc dojść do sytuacji, że niektóre oddziały po prostu z braku lekarzy zamkną się same.
Problem jest w tym, że mamy przepaść pokoleniową. Najmłodszy lekarz ma u mnie 40-lat. Natomiast nie wolno nam specjalizować, nikt młody nie wejdzie teraz na oddział. Specjalizacje dzisiaj może robić tylko klinika. A oni mają określoną moc przerobową, więc przyjmują niewielu młodych lekarzy. A ci, którzy robią specjalizację przez pięć lat na przykład w szpitalu warszawskim, już nie chcą iść do powiatowego, gdzie gorzej płacą. Nie ma więc nowego napływu pokoleniowego.
Przecież na dziecięcym jest czwórka lekarzy u nas piątka i jeśli tylko jedna osoba z nich by odeszła byłby problem z ciągłością pracy. Załóżmy, że ginekologię można by zamknąć, ale położnictwa nie, bo mamy około 820 porodów rocznie. Nie każda ciężarna dojedzie do Warszawy. Jak przyjdzie kobieta z krwotokiem to trzeba ją wyłyżeczkować, musi być więc jakiś gabinet zabiegowy i wolne łóżko, bo przecież od razu po znieczuleniu nie wypuścimy jej do domu. Mamy tu również porodówkę septyczną dla ciężarnych z HBS-em, które nie mogą leżeć na ogólnej sali, bo są zakaźne. Gdzie byśmy dziecko odbierali? Na izbie przyjęć?
Szpital budowany był tak, aby to wszystko funkcjonowało, a teraz zamknąć niektóre oddziały będzie bardzo trudno, nawet ze względów architektonicznych. Przecież na każde piętro jest tylko jedno wejście. Trzeba by dodatkową windę gdzieś montować, a to są duże koszty, zaś kontrakt zawarty jest na pół roku, to co można w takiej sytuacji planować? Trzeba by zamknąć cały szpital, bo oddziałami się nie da. Wszystko tu ze sobą się łączy. Na przykład, bywa, że kobieta z chirurgii z wykrytym torbielem czy mięśniakiem przekazywana jest do nas. Albo odwrotnie, kobieta jest w ciąży i leży u nas a okazuje się, że ma jeszcze wyrostek do wycięcia i trzeba ją przekazać na chirurgię. Więc oddziały muszą ze sobą współpracować, bo co będzie jeśli jeden wypadnie? Najpierw pacjenta przyjmiemy a potem po nocy będziemy go wozić do Warszawy? Cztery podstawowe oddziały muszą być, żeby istniał szpital: interna, pediatria, chirurgia, ginekologia. I jeszcze do tego anestezjolodzy. Bez tego nie ma szpitala”.
Sławomir Burzyński

 



0
Oceń
(0 głosów)

 

Opinie i komentarze użytkowników (3)

alphjetalphjet
0
Może i lekarze są pokrzywdzeni ale jak praca taka płaca 1.01.08r. byłe w szpitalu w Sochaczewie z dzieckiem na oddziale dziecięcym dyżur miała pani, która nie dość, że przebywała "gdzieś" na pewno nie w miejscu pracy a jak się zjawiła potraktowała nas jak paranoików poczym syn wylądował w szpitalu w Warszawie. Moja sugestia jest taka do roboty a potem po podwyżki. Oni po studiach muszą w budżecie zarabiać ok. 10 tys, ja również jestem po studiach a zarabiam 2,5 tys w tym samym budżecie i nie płaczę trzeba żyć trochę oszczędnie a wszystko się da pogodzić ( nie trzeba mieć od razu willi w sochaczewie i min. dwóch samochodów). Prawdą też jest, że skończyły się gifty od "wdzięcznych pacjentów"; to strach je brać więc trzeba sobie jakoś zrekompensować straty! Zejdźcie na ziemie społeczeństwo nie składa się z wykształconych i niezastąpionych lekarzy i pozostałej gawiedzi. (2008-01-18 18:32)
erkalerkal
0
Dlaczego dzieci lekarzy tak często zostają lekarzami?
1. Żeby narzekać na niskie płace i strajkować.
2. Uwarunkowania genetyczne.
3. Uwarunkowania mentalne i społeczne.
4. Żeby zarabiać sporo kasy.
5. Nie wiem.

Ja wybieram odp. nr 5. (2008-01-19 16:10)
BfPBfP
0
Zgadzam się alphjet w całej rozciągłości. (2008-01-20 16:13)

skomentuj ten artykuł

e-Sochaczew.pl poleca filmy