Fu Manchu- Jazda bez trzymanki z Królami Szos

/ 7 zdjęć
+2

Fu Manchu (Klub Hybrydy, 13.03.18, Warszawa)


Wtorkowy koncert Fu Manchu był moim trzecim spotkaniem z muzą Kalifornijczyków na żywo.

Poprzednim razem widziałem ich we wrocławskim Firleju (19.03.11), gdy kwartet odgrywał cały album „In Search Of” i w warszawskiej Proximie (7.10.2014) na trasie promującej „Gigantoid”.

Poprzednie koncerty były prawdziwymi petardami a moja miłość do Fu Manchu płonie od ponad 20 lat nadal tym samym mocnym ogniem. Stąd też, gdy tylko dowiedziałem się, że „Kings Of the Road” zagrają ponownie w naszym kraju od razu wiedziałem, że muszę ich znów zobaczyć. Wybór okazał się być strzałem w dychę, bo Fu Manchu...roz-je-ba-ło. 

Tutaj w zasadzie mógłbym zakończyć swoją relację, ale jednak pomęczę was jeszcze trochę.

O tym, że dla Stoner Rocka jest to band tak kultowy i legendarny jak Kyuss nikomu nie trzeba mówić. 

Z tą jednak różnicą, że ekipa dowodzona przez Scotta Hilla gra nieprzerwanie od 1985 roku (pod nazwą Fu Manchu od 1990) i wydaje wciąż genialne płyty będąc najbardziej długowiecznym bandem całego gatunku. Promowany podczas tegorocznej trasy koncertowej „Clone Of The Universe” to już dziś poważny kandydat na album roku. O pozycji Fu Manchu może chociażby świadczyć fakt, że w utworze kończącym ich ostatni album zagrał gościnnie sam Alex Lifeson z RUSH. 

Bardzo dobrze się stało, że tym razem kwartet z Kalifornii zagrał sam, bez żadnego supportu. Obyło się więc bez zbędnego przedłużania, a danie główne mogliśmy skonsumować praktycznie o czasie. 

Zaczęli od „Eatin' Dust” i już wówczas było wiadomo, że będzie to znakomity i mega energetyczny koncert. Sala „Hybryd” wypełniona po brzegi. Wszyscy stłoczeni, spoceni, ale też szczęśliwi, tańczyli we wspólnej ekstazie. Na pewno dobrym posunięciem ze strony organizatora było przeniesienie imprezy z „Pogłosu”, który skądinąd bardzo fajny (pozdro dla ziomków i ziomalek z Pogłosu) jednak ze względu na niewielki metraż trochę za mały na taką imprezę, do większego klubu. Mówiąc szczerze nieco obawiałem się czy „Hybrydy” znany swego czasu raczej z jazzowych koncertów, a od jakiegoś czasu gdzieś tam zagubiony na mapie koncertowej stolicy, podoła zadaniu. Okazało się, że zdecydowanie udźwignął kaliber wydarzenia. Przede wszystkim ochroniarze nie przeszkadzali w odbiorze koncertu, a barierki oddzielające scenę od publiki pomagały dodatkowo w stage divingu, który tej nocy uskuteczniany był dosyć chętnie. Samo nagłośnienie też bez zarzutu.

Fu Manchu rozpędzali się z każdym kolejnym utworem, przeplatając swoje największe hity utworami z najnowszej płyty, które na żywo zyskały dodatkową moc. 

Otrzymaliśmy „California Crossing”, a więc tytułowy utwór z ostatniej płyty nagranej z Brantem Bjorkiem. Mknęliśmy sobie po amerykańskich szosach „Boogie Vanem”, by za chwilę dryfować na desce po oceanie sfuzzowanych dźwięków „Evil Eye”. „Mongoose” i „Laserblast” wypadły jak zwykle potężnie i wywołały dodatkowy uśmiech na zjaranych twarzach stonerowych wyjadaczy. A tych było tego wieczoru naprawdę sporo. Byli muzycy takich załóg, które stoner rocka wprowadzały na polskie salony jak: Elvis Deluxe, Natural High, czy Luna Negra. A także przedstawiciele obecnych zacnych składów: Sunnata, czy Spirit. Wracając do samego koncertu...

Przy „King Of the Road” już wszyscy mimo zmęczenia fruwali pod sam sufit. Dodatkowym smaczkiem było odegranie „Squash That Fly”, a więc utworu, którego chyba nigdy wcześniej w Polsce nie usłyszeliśmy. Podstawowy set został zakończony potężnym i epickim walcem „Il Mostro Atomico”. Przyznam się szczerze, że bardzo czekałem na to jak zabrzmi ten kolos na żywo. I...się nie zawiodłem. To była fantastyczna podróż: od doomowego ciężaru przez space rockowy odlot ku przestworzom aż po hippisowskim jammom. Mimo wszystko słychać było tutaj, że gra nikt inny jak Fu Manchu. Jeszcze tylko fenomenalna „Godzilla” z repertuaru Blue Oyster Cult i można powiedzieć jedno: Oni znowu skopali nasze tyłki! Nie wiem czy nie był to najlepszy koncert Fu Manchu, który widziałem, ale z pewnością Ci goście mogą uczyć wszystkie te nowe wymuskane stoner rockowe kapele jak to się powinno robić. Trochę brudu i punk rocka nikomu nie zaszkodzi. Można narzekać, że zabrakło „Blue Tile Fever”, „Hell On Wheels”, „Ojo Rojo”, „Regal Begal”, czy „Saturn III”, ale jeszcze się taki nie urodził, który by każdemu dogodził. I może też właśnie dlatego warto czekać na kolejny koncert Fu w naszym kraju.

Fu Manchu to maszyna, z jednej strony dostojna niczym piękna bryka na okładce „California Crossing”, z drugiej szybka jak wyścigówki z „In Search Of”, potężna jak wan z „King Of The Road”. A przy tym zapewniająca szaloną i ostrą jazdę bez trzymanki rodem z okładki „The Action is Goo”. Ma być ponoć coraz cieplej więc bierzmy deskorolki w dłoń i mknijmy do przodu bo:

„King of the road says you move too slow!” 


Łukasz „Ch-Fu” Szewczyk

 

0
Oceń
(0 głosów)

 

Opinie i komentarze użytkowników (0)

skomentuj ten artykuł

e-Sochaczew.pl poleca filmy