Historia i ja

/ 6 komentarzy / 3 zdjęć
Zdjęcia i foto: Historia i ja Sochaczewianie - sylwetki sochaczew

Dom w którym się wychowałem jest chyba jednym z najbrzydszych, jakie dane mi było kiedykolwiek widzieć.

Przysadzista, nadmiernie szeroka i długa bryła z rzędem nisko osadzonych, krzywo wymurowanych okien wychodzących prosto na chodnik,  nieustannie ochlapywanych wodą i błotem przez przejeżdżające zaraz obok autobusy. Absurdalnie wysoki dach kryty nierówną papą z rzędem mansardowych okien do ciemnych, dusznych mieszkanek czynszowych na poddaszu. Przebita na przestrzał sień, wiecznie pachnąca przypaloną zupą i kotami.

Dom, który uczyniła właśnie takim historia. Po raz drugi okaleczony mimochodem, poniekąd przypadkiem zaczepiony podczas walk nad Bzurą. Po raz pierwszy zamieniony w dymiące pogorzelisko pod ogniem moździerzy, które przeorały cały ogród w trakcie Wielkiej Wojny…

Ten sam dom, który podobno wybrał na swą osobistą kwaterę wizytujący wojska na froncie zachodnim książę Nikołaj Nikołajewicz.

Oczywiście – nie wiem, ile w tym prawdy a ile bajania. Faktem natomiast jest to, że w początkach XX wieku nasz dom rodzinny musiał być najładniejszy w okolicy, więc korzystali z niego chętnie rosyjscy oficerowie. Ba, mało tego! Wybudowali nawet w ogrodzie banię, której ostatnie ślady – kilkumetrowe, zakuwane żeliwne rury biegnące w pustkę – wyciągaliśmy z ziemi jeszcze kilka lat temu.

Pewnego dnia Dziadek wykopał z ziemi monetę. Nie pierwszą i nie ostatnią, ale tę pamiętam doskonale: mały, cienki krążek z niemalże nieczytelnym napisem. Nie wiem, jak Dziadek dawał radę to robić. Przewalał tej ziemi setki kilogramów dzień w dzień, szpadlem, motyką, widłami, łopatą, w chłodzi i skwarze… A mimo to jakimś cudem wypatrywał pośród buroczarnej masy pełnej wijących się robaków takie cuda.

Wyczyściliśmy monetę, wymoczyliśmy w occie. Okazało się, że z jednej strony ma jeźdźca na koniu w skok, a z drugiej trzy zaplatające się litery: SAP. Stanisław August Poniatowski. Oczywiście, zgubiłem ją. Miałem wtedy – no ile? Osiem lat? Dziewięć? A mimo to pamiętam doskonale kształt, wagę i fakturę. Wtedy też po raz pierwszy dotarło do mnie, że dosłownie żyjemy na historii minionych wieków.

Kolejne wspomnienie: mieliśmy znajomych w Skierniewicach, więc często tam jeździliśmy. Jechało się przez Bolimów, i za każdym razem Tata pokazywał mi przez okno naszej żółtej Zastavy wiszącą na placu połówkę przeciętej butli. Tłumaczył mi, że to po ataku gazowym, bo tutaj, na tych polach właśnie… Słuchałem, kiwałem główką i zapominałem. Ale coś odkładało się w duszy.

Potem przyszedł czas na albumy z rodzinnymi fotografiami. Poważne, wąsate oblicza mężczyzn we frakach i surdutach, ufryzowane kobiety zapatrzone w punkt. Woskowe, blade twarzyczki pięcioletnich dzieci w obłożonych kwiatami trumienkach. I pradziadek Michał… w zasadzie Michaił Jakowlewicz Kozłowskij w mundurze carskiej armii. Czy mój pradziadek był Rosjaninem? Nie, ale walczył w rosyjskiej armii. Ale jak to, dlaczego „w”, a nie „z”?

Pierwszy swój rysunek jaki pamiętam wyglądał tak: wysoki, czerwony mur (rzut oczywiście w przekroju poprzecznym), po krzywej drabinie na górę gramoli się ludzik z mieczem. Naturalnie uśmiechnięty. Drugi podobny ludzik, ale w czymś w rodzaju żółtego nocnika na głowie (pokłosie kreskówki o Don Quijote) stoi na szczycie muru i trzyma kamień, żeby na tamtego zrzucić. Obrazek wisiał przypięty szpilkami do zasłon w dużym pokoju i byłem z niego bardzo dumny… Bo to przecież była ilustracja do oblężenia Troi! Szturm na mury miasta, może ten sam, w którym zginął Patrokles. Nie wiem, myliły mi się wtedy te wszystkie dziwnie brzmiące imiona, ale strasznie mi się podobała opowieść.

No i Okinawa. Mój wujek-przyrodni-dziadek (skomplikowana sytuacja rodzinna dwa pokolenia wstecz) opowiedział mi kiedyś nieopatrznie, jak to Amerykanie na wyspie o egzotycznej nazwie Okinawa zasypywali żywcem Japończyków w bunkrach. Nie miałem pojęcia ani kim byli Amerykanie, ale Japończycy, ale za to od tamtej pory cały czas zbierałem grosiki, żeby pojechać na Okinawę (oczywiście z Wujkiem) i te bunkry odkopać. No i tych Japończyków, bo oni przecież tam siedzą. I żyją, no bo ich żywcem zakopali, nie?

Całe moje dzieciństwo upłynęło w cieniu historii. Do wtóru szelestu zakurzonych książek z regału, pomiędzy kolejnymi wyprawami na skarpę działki sąsiada (tam się po łuski chodziło!), od opowieści do opowieści. W ciągłym ruchu, na nieustannych spacerach po ulicach biegnących wzdłuż dawnych murów miejskich i wycieczkach na ruiny zamku… Ale zaczęło się wszystko od tego domu, od sieni pachnącej zupą i kotami. Od niegdysiejszej kwatery dowódców podczas Wielkiej Wojny.

Od tego się zaczęło i tam wraca.

 



4.3
Oceń
(6 głosów)

 

Opinie i komentarze użytkowników (6)

figafiga
0
Panie Michale, piękny tekst, mam wielki sentyment do tego domu na Staszica, bo, jak sądzę, o nim mowa. Przeczytałam tę opowieść rodzinie, włącznie z małymi córeczkami. Słuchały w skupieniu. Piąteczka od nas. (2015-01-19 12:40)
gajgaj
0
Ciekawy tekst. Ma tylko jedną wadę - jak każde opowiadanie zbyt szybko się kończy. :) (2015-01-19 16:39)
fiołkafiołka
0
Ja też ten dom bardzo lubię. A ta historia to perełka. (2015-01-20 10:53)
wbienkowbienko
0
Lubię czytać takie historie. Życie podpowiada czasami ciekawe scenariusze, warto je opisywać. Panie Michale, dziękuję i proszę o więcej :) (2015-01-22 09:50)
SafoSafo
0
Piękna opowieść. Okruszki historii kształtujące człowieka
(2015-03-01 10:56)
marysia50marysia50
0
Panie Michale, historia piękna. Pytanie, ile dla Pana Ona znaczy(ła)? Panią Marię znałam osobiście, i bardzo przykro mi się zrobiło, że Jej kochany wnuczek, o którym mi opowiadała, zostawił Ją w ostatniej pożegnalnej drodze...(+) Tak Pan Pięknie wspomina o swoich korzeniach. Co dla Pana miało większą wartość od pożegnania naszego Przyjaciela Sochaczewianina, a Pana Babci z ulicy Staszica 31 ? (2017-02-21 22:12)

skomentuj ten artykuł

e-Sochaczew.pl poleca filmy