Kamil Więckiewicz – mechanik

/ 2 komentarzy / 4 zdjęć
Zdjęcia i foto: Kamil Więckiewicz – mechanik Ludzie Sochaczewa sochaczew

Nie ma dnia, by nie wspominał tego momentu. Nie ma dnia, by nie odczuwał żalu, pragnienia cofnięcia czasu. Ale goryczy ubywa. Coraz bardziej wie, że ten żal nie ma sensu. Myślał, że świat mu się zawalił. Ale się nie zawalił.


Koniec wakacji. Cudowna pogoda. Wszystko układa się zgodnie z planem. Dotacja na założenie działalności gospodarczej wydana jak należy. Lada dzień Kamil otworzy swój własny warsztat. To ważne. Dotąd pracował u ojca, to pod jego okiem wszystkiego się nauczył. Klienci go chwalą, większość z nich nie da żadnemu innemu mechanikowi swojego auta do naprawy. Kamil jest zdolny, porządny i uczciwy. Jedzie nad jezioro Białe z uczuciem spełnienia, pewności realizacji marzeń o zawodowej niezależności. Wchodzi na molo. Skacze radośnie. Cichy trzask, który słyszy tylko woda. Kręgosłup pęka.

Czarna dziura. Czterokończynowy paraliż. Trzydziestoletni, silny mężczyzna leży pół roku w szpitalu jak kłoda. Dotychczasowe życie już do niego nie należy. Przyszłego nie zna. Wszystko wydaje się niemożliwe. Przeraźliwie beznadziejne.

Jest koniec 2011 roku. Kamil nadal leży, ale w domu u matki. Głowa, serce, dusza zaczynają widzieć w ruinach zawalonego świata – świat rzeczywisty, ten obiektywny, ten wokół nas. Tego ostatniego jest coraz więcej, ten ostatni prosi Kamila o opiekę, o powrót. Dzwonią przyjaciele, dzwonią klienci. Wszyscy chcą mieć Kamila sprzed feralnej wakacyjnej wycieczki nad jezioro Białe. Młody mężczyzna zaczyna rozumieć, że poza tym, że już nigdy nie będzie chodził, nadal jest dobrym człowiekiem i zdolnym mechanikiem. I nadal chce żyć. Możliwie jak najpełniej.

Dzięki przyjaciołom nowy warsztat poczekał na swojego właściciela w stanie otwartym. Udało się go utrzymać przez rok, dotacja nie została zmarnowana. Ktoś opuścił z czynszu, ktoś zarobione przez nowy sprzęt pieniądze oddawał Kamilowi, by ten mógł uregulować wszystkie opłaty. A Kamil ćwiczył, z rękoma mógł zrobić coraz więcej.

Jest 2012 rok. Próg warsztatu na Kusocińskiego przekracza mężczyzna na wózku. Uśpione serce zakładu zaczyna bić. W martwe ściany i sprzęt wraca życie. Twórca miejsca jest w pracy.

Klienci wrócili, pojawili się nowi. Dziś Kamil ma dwóch pracowników, w tym ucznia, jest mózgiem, mówi, co mają zrobić, przecież nie wjedzie na wózku do kanału, marzy o podnośnikach, wtedy sam mógłby zobaczyć ukochane auta od spodu. Na razie to tylko marzenia, poza zasięgiem finansowym. Ale elektroniką zajmuje się sam, potrafi skupić niesforne dłonie, by usunąć usterkę, naprawić zepsutą część. Zna się.

Po swoim własnym warsztacie przyszedł czas na własny dom. Normalna potrzeba dorosłego człowieka. Łatwe? Jesteś sparaliżowany, bez wózka nie istniejesz. Jakiego wysiłku trzeba, by otworzyć drzwi, by zapalić światło, by sięgnąć po potrzebne rzeczy. Ile razy trzeba się wtarabanić na swoje cholerne dwa kółka zamiast nóg, by ogarnąć prozę życia? A nie ma nikogo, kto by podał, podsunął, zgasił, zapalił, otworzył. Łatwe?

I tak trzy lata temu pojawił się w życiu Kamila Marlej (oryginalna pisownia jak u Boba: Marley), cudowny, przeszkolony labrador z Fundacji Pomocy Osobom Niepełnosprawnym AMI. Kamil pokazuje mu światełkiem wskaźnika, co podać, gdzie zanieść. Marlej otwiera mu furtkę, zapala, gasi światło, przynosi spodnie, telefon, odnosi, kładzie na miejsce. Kamil może odetchnąć.

Marlej zmienił jego życie. Nic to, że jest dziś gwiazdą mediów ogólnopolskich dorównującą swojemu panu. Nic to, że jest wizytówką warsztatu i wszyscy klienci go kochają i, niestety, nie mogą zwalczyć pokusy przynoszenia psu przysmaków, w związku z czym Marlej, mówiąc delikatnie, ma zbyt szerokie boczki. To wszystko nic, nawet to, że Kamilowi jest łatwiej.

- Hej, Marlej, jesteś moim przyjacielem? – patrzą sobie w smutne oczy, pies kładzie głowę na ukochanych, sparaliżowanych nogach jedynego pana.

- Wszyscy cię podziwiają, wiesz, dlaczego? – pytam.

- Nie wiem – śmieje się Kamil.

- Oj, chyba wiesz…

- No wiem. Że radzę sobie lepiej niż niektórzy zdrowsi ode mnie…

Dokładnie tak. Dlatego podziwiamy naszego sochaczewskiego mechanika. Za jego silną osobowość, za hart ducha, ale także dlatego, i to nie ma nic wspólnego z jego niepełnosprawnością, że jest dobrym, uczciwym człowiekiem, który z zaangażowaniem i porządnie wykonuje swoją pracę.

Ale obraz Kamila byłby niepełny, gdyby nie jego pasje, które nadal realizuje, pokonując wszelkie możliwe bariery: loty na paralotniach i jazdy na quadach. Plany? Udział w wędkarskim ogólnopolskim konkursie spinningowym oraz wyścig samochodem rajdowym, bo Kamil zawsze lubił szybką jazdę. Plany w trakcie realizacji…


Tekst: Monika Figut

Foto: Wiktor Wachowski

 



5
Oceń
(9 głosów)

 

Opinie i komentarze użytkowników (2)

rodzic1985rodzic1985
+1
Dobry fachowiec, chyba najlepszy w Sochaczewie. (2017-03-27 12:34)
mariuszbmariuszb
+1
Kamila poznałem jeszcze z przed wypadku.Super gość.Nie zamienił bym na innego fachowca. Pies Marlej niesamowity tak samo jak jego Pan. Dodam tylko do tego artykułu . Kamil pływa również kajakiem co oznacza ,że nie ma rzeczy niemożliwych.Pozdrawiam Kamila i całą ekipę z warsztatu. (2019-08-12 13:12)

skomentuj ten artykuł

e-Sochaczew.pl poleca filmy