Michał Gołkowski – pierwszy polski S.T.A.L.K.E.R. rodem z Sochaczewa

/ 1 komentarzy / 3 zdjęć
Zdjęcia i foto: Michał Gołkowski – pierwszy polski S.T.A.L.K.E.R. rodem z Sochaczewa Słowo pisane sochaczew

Kiedy pytam Michała Gołkowskiego, jak to się stało, że został pisarzem, zdecydowanie się obrusza. – „Na razie jestem autorem, pisarzem będę po trzeciej książce”. Więc, ważąc słowa, proszę go o wyjawienie przyczyn, które doprowadziły do wydania jego pierwszej książki „Ołowiany świt”, do narodzin polskiego S.T.A.L.K.E.R.a. Podczas oficjalnej premiery publikacji w Empiku chętnych do jej nabycia było tak wielu, że zabrakło egzemplarzy (rzecz niebywała), mimo zaledwie kilkudniowej bytności na rynku „Ołowiany świt” jest już empikowym bestsellerem, a na prasę branżową spadł deszcz recenzji – przeważnie bardzo pochlebnych.


Michał zapytany o początek drogi, która doprowadziła go do literackiego debiutu, dość długo się zastanawia. – To tak, jakby kazała mi pani rzeczywistość analogową podzielić na cyfrowe kawałki. Może zacznę od tego, że wychowałem się w bałwochwalczym uwielbieniu do książek. W moim domu książki nigdy nie leżały na podłodze, nie można ich było wyrzucić, a oddanie tych z pozoru niepotrzebnych do biblioteki było równoznaczne z oddaniem własnego psa do schroniska. I tak jest do dziś. O zostaniu pisarzem marzyłem, odkąd dotarło do mnie, że książki to nie tylko zapisane kartki na półce, że wcześniej musiały być w księgarni, że ktoś je musiał tam przywieźć, jeszcze wcześniej wydać, a na samym początku napisać.

- Pierwszą książkę zacząłem pisać mając 11 lat, kolejną 16, a następną 18. Żadnej nie skończyłem. Tej ostatniej mam 80 stron. 2,5 roku temu w październiku wracaliśmy z żoną z Wola Parku, córeczka spała z tyłu w foteliku, a my sobie gadaliśmy. W którymś momencie Asia mówi, słuchaj, a może być coś napisał, coś nowego. Nie, nie, nie chce mi się, odpowiedziałem, ale żona zaczęła mnie przekonywać. A ja odkryłem, że mam tytuł i pierwsze zdanie nowej książki.

- To był „Ołowiany świt”?

- Nie. To była zupełnie inna książka, w klimatach średniowiecznych, bo jeszcze nie mówiłem, że z zamiłowania jestem również mediewistą. Nie skończyłem jej jeszcze… Dokładnie pół roku temu w październiku wracamy z żoną z zakupów w Wola Parku. Córeczka śpi z tyłu w foteliku, a my sobie gadamy. I w końcu Asia mówi, słuchaj Michał, a może byś napisał coś zupełnie nowego, innego. Nie, nie, odpowiedziałam, żona nalegała… a ja odkryłem, że mam tytuł: „Ołowiany świt” i pierwsze zdanie „Naciskam włącznik latarki. Żarnik LED zalewa stusiedemdziesięciolumenowym snopem trupio sinego światła fasadę budynku …”. Wróciłem do domu i napisałem 3 strony. W ciągu 3-4 dni napisałem pierwsze opowiadanie, pisząc kolejne, uświadomiłem sobie, że z tego będzie książka.

Choć trudno w to uwierzyć, w chwili „uświadomienia sobie tworzenia książki” – mimo że ta nie była jeszcze skończona - Michał zaczął szukać wydawcy. – Większość powinna była spuścić mnie ze schodów. I część tak uczyniła. A jednak kilka wydawnictw całkiem grzecznie odpowiedziało - w tym znajdująca się na szczycie pułapu wydawniczego, najlepsza w tej materii w kraju Fabryka Słów.

W tym samym czasie Michał Gołkowski zwrócił się też do ukraińskich wydawców i posiadaczy praw do marki S.T.A.L.K.E.R., chcąc mieć pewność, że może jej używać, powołując do życia polską serię. Odpowiedzi były obiecujące, dostał zielone światło, a przecież książki jeszcze nie było.

- Dlaczego tak szanowane wydawnictwo jak Fabryka Słów postanowiło wydać nieistniejącą książkę kompletnie nieznanego autora?

- Tak, to również dla mnie absurd, którego do dziś nie mogę pojąć. To, co powiedział mi wówczas Robert Łakuta, współwłaściciel Fabryki, pamiętam bardzo dokładnie: „Od dawna myśleliśmy o stworzeniu w Polsce takiej biblioteczki S.T.A.L.K.E.R.a i byłoby świetnie, gdyby to pan został spiritus movens całego przedsięwzięcia”. To był dla mnie szok.

Wszystko, co wydarzyło się potem, również było dość szalone. Mimo że Fabryka Słów plan wydawniczy miała ustalony do połowy 2015 roku, udało się wydać „Ołowiany świt” dokładnie w rocznicę czarnobylskiej katastrofy, 26 kwietnia br., i to z pełną, oficjalną zgodą na używanie marki S.T.A.L.K.E.R. od ukraińskich właścicieli praw. Zdążyli redaktorzy, zdążył doskonały ilustrator książki Szymon Radomski (to również jego graficzny debiut). Obłąkańcze było również tempo samego autora. – Skończyłem „Ołowiany świt” dokładnie 21 grudnia, czyli półtora miesiąca po rozpoczęciu.

Czy pierwsza książka Michała Gołkowskiego zainicjuje, jak wszyscy oczekują, całą serię publikacji polskiego, stalkerowskiego uniwersum? Nasz bohater jest gotowy do kolejnej powieści (ma już tytuł, pierwsze i ostatnie zdanie), ale jego marzeniem jest, by w ramach serii polscy czytelnicy otrzymali najlepsze ukraińskie książki tego gatunku. Czy podejmie się tłumaczenia?: - Jestem tłumaczem i jeżeli ktoś złoży mi taką propozycję, podejmę się tego z dziką przyjemnością.

 

Trzymamy kciuki, a już dziś gratulujemy naszemu sochaczewianinowi nietuzinkowego sukcesu. Brawo!

 

rozm. Monika Figut


 

Michał Gołkowski: sochaczewianin. Zodiakalnie - patologiczny Wodnik z roku Stanu Wojennego. Wbrew pozorom samotnik, mizantrop i introwertyk. Z wykształcenia lingwista, z zamiłowania historyk wojskowości, z zawodu na co dzień tłumacz kabinowy ang-pol-ros. Obecnie stalker.

Czarnobylem zafascynowany, odkąd tylko dowiedział się, po co brał wiosną ’86 ten niedobry proszek w kapsułkach z opłatka. Swoje związki ze Wschodem i stosunek do słowiańskości określa jako typowy love-hate relationship.

 

Z recenzji:

Zona - wymagająca kochanka, ale kto raz do niej trafił nie potrafi odejść. Zona nie wybacza słabości, kłamstwo toleruje tylko do pewnych granic, pozwala przeżyć tylko pokornym i świadomym jej władzy. Zona pełna mutantów, tajemniczych artefaktów, licznych anomalii, eksplorowana przez stalkerów - osobników jak dla mnie nie całkiem normalnych, skoro dobrowolnie weszli w jej granice.  Do tego niewątpliwie barwnego zestawu Michał Gołkowski dokłada jeszcze tajemnicę. Udało mu się stworzyć książkę pełną wspaniałego post-radzieckiego klimatu, ze sporą dawką specyficznego humoru. Napisana jest z niewątpliwą znajomością realiów Zony, świetnym, lekkim językiem. Doskonale się czyta, zarówno jako pojedyncze opowiadania, ale również jako powieść. Gorąco polecam nie tylko fanom serii. Znakomity debiut!

B. Wilczura

 

 

 



0
Oceń
(0 głosów)

 

Opinie i komentarze użytkowników (1)

KyleKyle
0
Michał, gratulacje!!! (2013-05-13 00:41)

skomentuj ten artykuł

e-Sochaczew.pl poleca filmy