Muzyczny exodus Komendarka

/ 2 komentarzy
Zdjęcia i foto: Muzyczny exodus Komendarka Koncerty i muzyka sochaczew

Krótka historia sochaczewskiego rocka
Urodził się w Sochaczewie jako starszy o dwa lata brat bliźniaczek Ewy i Elżbiety, w bardzo muzykalnej rodzinie. Ojciec Władysława grał na akordeonie w znanej swego czasu orkiestrze Dzierżanowskiego. Mama, też muzycznie uzdolniona, była pierwszą nauczycielką małego Władka. Na domowym pianinie wyciskała z niego siódme poty, co początkowo bardzo go męczyło, ale ona postawiła na swoim i dzieci pokończyły szkoły muzyczne. Także bowiem obie siostry Władka zdobyły wykształcenie muzyczne w Warszawie. Jedna z nich występowała dwa lata w zespole „Mazowsze” i zwiedziła z nim pół świata.

Ale na tym nie kończą się jego koneksje muzyczne, bo również dziadek, Mieczysław Gudonis, który pochodził z Litwy, był bardzo cenionym organistą na Ziemiach Odzyskanych. Grał właściwie, jak mówi Władek Komendarek, w całej Polsce. Od jego to nazwiska przyjął później pseudonim artystyczny.

Muzykująca na co dzień w domu rodzina sprawiła, że Władek nie miał wyjścia, musiał iść tą samą drogą. „Chciałem zboczyć, bo bardzo interesowały mnie samoloty – wspomina – ale mama tak pilnowała, żebym poprawnie grał, że nie było na nic innego czasu”.

Władek muzykant
Mając dziewięć lat Władek wyszedł spod skrzydeł mamy i zaczął naukę muzyki w ognisku w sochaczewskim klubie, mieszczącym się w budynku dzisiejszego banku PeKaO S.A. przy 1 Maja. Chodził tam siedem lat. Pamięta swych pierwszych nauczycieli, pana Miklasa i panią Stankowską. Jak mówi, nie traktował jednak tego klasycznego wykształcenia zbyt poważnie, gdy podczas występu zapomniał jakiejś frazy, improwizował. Dziś uważa, że były to pierwsze sygnały wskazujące, czym będzie się w przyszłości zajmował. Po podstawówce przyszła szkoła średnia w „osiemdziesiątce”. Wtedy też zaczął się okres pierwszych zespołów rockowych. Z kolegami tworzył „Kormorany”, „Pelikany” i inne grające muzykę inspirowaną głównie Beatlesami i Rollingstonsami.

„Na początku gitary robiliśmy sami – wspomina Władysław Komendarek. – Wycinaliśmy je z drewna i malowaliśmy. Elementy elektryczne pochodziły z radia. Nigdy to jednak dobrze nie stroiło. Za wzmacniacze też służyły radia. Chłopaki dawali na tym sprzęcie takiego czadu, że głośniki rzęziły, a potem się paliły. Wymagaliśmy od nich zbyt wiele.

To były Borysy
„Pod koniec lat 60-tych – kontynuuje Władek Komendarek – przyszedł czas na trochę poważniejsze granie i wtedy właśnie powstała grupa Borysy. Na gitarze basowej grał Stanisław Frankowski, na solowej-Waldemar Szymański, perkusja to Ziutek Gołębiowski i ja na klawiszach. Śpiewały Jadwiga Bakurewicz i moja siostra Ewa. Później skład się zwiększył o trzy instrumenty dęte: Witold Krysiak i Kubiszewski – trąbki oraz Janek Okraska – saksofon. Sekcja dęta w rockowej grupie była wtedy rzadkością, bo wymagała specjalnych aranżów i muzycznej dyscypliny w zespole. W tym składzie graliśmy kilka lat i wystąpiliśmy na paru festiwalach, nawet z pewnymi sukcesami. Graliśmy wtedy już własne kompozycje, do których Ziutek Gołębiowski pisał taksty”.
Już wcześniej Władek „chorował” na organy Hammonda, ostatecznie kupił sobie Yamahę, ale zanim to nastąpiło, musiał grać w zespole rockowym na pianinie. Jak wspomina, aby nie zagłuszyły go gitary, tłukł w klawisze palcami ile sił, aż czasem struny pękały. Po takich występach dłonie miał zakrwawione. Wymyślił więc coś innego. Kupił czeską harmonijkę z klawiaturą i ustnikiem i podłączył ją do odkurzacza. Tak powstały jego pierwsze organy napędzane silnikiem odkurzacza. Silnik jednak hałasował i w końcu od tego dmuchania coś się w instrumencie popsuło. Ostatecznie harmonijkę wykorzystywał jedynie do efektownego rzucania nią w czasie występu o scenę.

Ale to nie koniec wynalazków. „W czasie gdy graliśmy w Klubie Garnizonowym – opowiada – przychodziłem godzinę wcześniej i kiedy nikt nie widział, wbijałem w młotki pianina pinezki. Potem szef klubu zachwycał się, jaki ja potrafię wydobyć z tego pudła soczysty, mocny dźwięk. A ja mówię:- Wie pan, taką przystawkę kupiłem. Po występie pinezki wyjmowałem. Jak by się oni wtedy dowiedzieli...

Granie ambitne i do kotleta
Gdy w końcówce lat 60-tych Borysy się rozpadły, razem z Jankiem Czubackim, który grał w Demonach na perkusji, założyliśmy równolegle zespół, w którym grali też: Jarek Kruk na basie (zastąpił go później Marek Kacprzak) i Irys Traczyk – świetnie się wówczas zapowiadający gitarzysta solowy. Wystąpiliśmy nawet w tym składzie na Mazowieckim Przeglądzie Zespołów Rockowych, gdzie grała cała masa zespołów, również grupa z Mławy, z której powstał potem zespół Kombi. Dostaliśmy nagrodę, choć dziś już nie pamiętam którą. To było naprawdę twórcze, jak na tamte czasy, granie”.

Trzeba dodać, że w tym okresie Władysław Komendarek pracował jednocześnie w Zakładach Chemicznych Boryszew. Spędził tam siedem lat w kontroli technicznej, badając wyroby pod względem udarności, twardości czy odporności na temperaturę. Przy 60 o C płytki podłogowe nie mogły zbytnio się rozszerzać, bo przekraczało to normy” – wspomina. Ale przyszedł czas, gdy Władek z zakładem się rozstał. Nastąpiło to, kiedy ktoś ze znanej wtedy w Polsce warszawskiej Grupy Dominika zaproponował mu wspólne granie latem na wybrzeżu. Zostawił wtedy Sochaczew i wyruszył w świat, bo ciągnęło go na większe sceny.

Epizod letni nad morzem do takich się nie zaliczał, grał po prostu znane kawałki do tańca w nadmorskich knajpkach, ale w towarzystwie tzw. ludzi z branży. Zaowocowało to późniejszą współpracą właśnie z Grupą Dominika i w konsekwencji stworzeniem Exodusu.

Grało się Pod Łosiem
Zanim to jednak nastąpiło, Władek, po muzycznych wakacjach, wrócił do Sochaczewa i , by mieć z czego żyć, stworzył wraz z dwoma muzykami z Żyrardowa małą grupkę do grania na dancingach. Najczęściej grali w kampinoskiej knajpie „Pod Łosiem”.

„W Łosiu graliśmy do tańca standardy – wspomina – ale czasem dostawałem obrotów i wtedy grałem na przykład 40 minut jeden utwór. Improwizowałem w różnych klimatach. Gdy kończyłem, na sali wszyscy byli przeciwko mnie. A pani kierowniczka po zabawie mówiła: - Panie Władysławie, mnie się zdaje, że ostatni raz pan tutaj grał. Ale mnie specjalnie nie zależało, bo miejsc do grania było wtedy w okolicy wiele. Któregoś dnia przyjechał samochód, zabrał z „Łosia” mój instrument i... znalazłem się w Warszawie”.

Przyszedł czas na... Exodus
„Warszawa to był inny muzyczny świat, tam grało wtedy około 50 zespołów na poziomie – mówi Władysław Komendarek. – Miałem więc możliwość bywania w klubach i podpatrywania innych. W tym czasie kończyłem też naukę w średniej szkole muzycznej. Zupełna zmiana życia. Na dodatek sam grałem w znanej Grupie Dominika. Po zmianach personalnych trafili też do niej bracia Wojtek i Andrzej Puczyńscy. I z nimi po pół roku odszedłem od Dominika, by założyć nowy zespół. Nie od razu nazywał się on jednak „Exodus”. W pierwszym okresie nazwy się zmieniały. Zmieniali się też muzycy, ale pozostawał trzon przyszłej grupy, dwóch Puczyńskich oraz ja, którzy chcieliśmy tworzyć muzykę ambitną, tak zwanego wówczas art rocka.

Nie ze wszystkimi było nam więc po drodze. Ostatecznie uformował się kwartet (my z perkusistą), który przez rok ciężko pracował nad repertuarem i nowym stylem, jaki chcieliśmy zaproponować słuchaczom. Wtedy Riwiera Remont to był nasz drugi dom. Tam ćwiczyliśmy, a często mieszkaliśmy i nocowaliśmy. Byliśmy grupą samowystarczalną, nie wypożyczaliśmy kolumn, reflektorów, mikrofonów. Wszystko staraliśmy się mieć własne. Różnej to było jakości, ale swoje. Na przykład światła robione były z reflektorów z małego fiata. Znajomi elektrycy zrobili nam do tych reflektorów główny mikser”.

Po pierwszym singlu, nagranym dla firmy „Tompress”, zespół zaczął zdobywać popularność. Singla nagrali już w piątkę, z Pawłem Birulą, wokalistą o bardzo oryginalnym głosie oraz nowym perkusistą Zbyszkiem Fykiem. Z miesiąca na miesiąc rosła popularność grupy. Późniejsze siedem lat jej działalności to pasmo sukcesów. Wiele koncertów, również w największych salach i na stadionach, które przyciągały tłumy fanów. Były także koncerty zagraniczne: w Stuttgarcie, Budapeszcie, Berlinie czy Moskwie. „Zwłaszcza w Rosji, wtedy Związku Radzieckim, przyjmowani byliśmy z entuzjazmem, jak jakaś bardzo znana zachodnia grupa. Pamiętam, że na jednym z rosyjskich koncertów dziewczyna przedarła się przez ochronę, co nie było tam łatwe i rzuciła mi się na szyję. Trzymała na sznurku kolorowy balonik.

Było to bardzo romantyczne. Największe jednak koncerty graliśmy w katowickim „Spodku”. Szalało tam kilka tysięcy ludzi. Najbardziej znane przeboje? Najczęściej publiczność domagała się utworu „Jeszcze czekam”, który długo okupował czołowe miejsca na radiowej liście Niedźwiedzkiego. Oczekiwany też był „Ten najpiękniejszy dzień” czy „Ostatni teatrzyk objazdowy”. Zawsze graliśmy też przy aplauzie „Dotyk szczęścia”. Fachowcy z zachodnich pism muzycznych pisali o nas „polski Yes” ze względu na rozbudowane formy utworów, określane często mianem symfonicznego rocka”.

Mimo wielkiej sławy i sukcesów Exodus po siedmiu latach działalności, rozpadł się. Jak mówi Władysław Komendarek, główną przyczyną był tworzący się wtedy w zespole kult jednostki jednego z braci Puczyńskich. „On zaczął decydować, co i jak mamy grać i to mi nie pasowało. Poszło też trochę o pieniądze, bo to on wpychał do naszego repertuaru swoje kompozycje i teksty i zagarniał z ZAiKSu największą kasę. Odszedłem więc, a tuż przede mną wokalista Piotrek Birula. I to był faktyczny koniec Exodusu. Zostawiłem ich po ostatnim koncercie w Olsztynie 14 maja 1984 roku. Zresztą wtedy zaczął się w zespole coraz częściej pojawiać alkohol. Wcześniej były to przypadki epizodyczne. Exodus był pod tym względem grzeczną grupą. Nie to, co na przykład Lady Pank, którzy w hotelu, późną nocą, oblewali kogo popadło gaśnicami. Tak się zabawiali. A potem ja dostałem z krakowskiego hotelu rachunek za gaśnicę, której nie dotknąłem. I nawet go dla świętego spokoju zapłaciłem”.

Samotny jeździec
Po odejściu z Exodusu Władysław Komendarek rozpoczął karierę solową, która trwa do dzisiaj. W latach 1985 i 86 wystąpił w Jarocinie, tam nagrano kasetę z dwoma suitami „Powrót z materii międzygwiazdowej” oraz „Zabawa kosmicznych dzieci”. W 1987 wydany został pierwszy longplay solowy Władka, „Dotyk chmur”, i tak dalej, i tak dalej, wiele koncertów i płyt, również muzyki teatralnej.

Właśnie niedawno dowiedzieliśmy się, że brytyjska firma wydawnicza Noecho Records z Londynu zainteresowała się jego muzyką i zaproponowała Władkowi wydanie płyty z najnowszymi utworami. Po płytach wydanych niedawno w USA i Niemczech, to kolejna zagraniczna propozycja artysty z Sochaczewa. Szkoda tylko, że w naszym kraju jego twórczość z ostatnich lat nie może doczekać się zarejestrowania. „Cudze chwalicie, swego nie znacie” – chciałoby się powiedzieć. Jednak muzyczny exodus Komendarka trwa nadal.
Sławomir Burzyński

 



0
Oceń
(0 głosów)

 

Opinie i komentarze użytkowników (2)

zenzen
0
Brawo Panie Sławku, za ciekawy tekst o twórczości Władka Komendarka. Nasz wielki artysta wciąż chyba nie jest doceniany przez swoich współplemieńców tak jak na to zasługuje. Tym cenniejsza jest Pana inicjatywa.
(2010-09-04 20:47)
AutomnalAutomnal
0
Pamietam wieczor w innym swiecie. Zimno i ksiegarnia i plyta Exodus supernova. Wiec potm lampka nocna i slucham, zdumiony. To piekne i takie mi bliskie... Potem w podstawowcw pani od muzyki poprosila, przyniescie ulubiona plyte, madra juz niezyjaca kobieta bo dobrzy umieraja mlodo a skurwiele zyja w nieskonczonosc. Byly rozne albumy a ja mialem Exodus. Podobala sie. A mnie chwytala za serce. Wiec warto byc i tworzyc.... Dziekuje za czesc mojej odleglej mlodosci. Nie stac mnie juz na pana plyty ale wspomnien mi nikt nie zabierze. Dziekuje. (2020-06-25 21:04)

skomentuj ten artykuł

e-Sochaczew.pl poleca filmy