Zaloguj się do konta

Nasi grali u Hoffmana

Tygodnik Ziemia Sochaczewska
2010-11-02
Film, fotografia
W sierpniu na łamach „Ziemi Sochaczewskiej” zamieściliśmy wywiad z asystentem muzealnym Jakubem Wojewodą, który pracował jako asystent scenografa ds. militariów i koni w filmie Jerzego Hoffmana „Bitwa Warszawska 1920”. Na planie filmowym wystąpiła również działająca przy Muzeum Ziemi Sochaczewskiej i Pola Bitwy nad Bzurą Muzealna Grupa Rekonstrukcji Historycznej II batalionu 18 pułku piechoty. Teraz, po zakończeniu tej wielkiej produkcji, kręconej równocześnie w technice 3D, wracamy do tematu.
Sochaczewianie walczą...
Przygoda sochaczewian z filmem, jego reżyserem i całą plejadą gwiazd aktorskich, rozpoczęła się gdzieś w połowie czerwca, a zakończyła w pierwszych dniach października. W sumie w filmie udział wzięło 25 członków MGRH II/18 pp , niektórzy wypracowali na planie prawie 30 dni zdjęciowych. Obecnie trwa praca montażowa, a film ma wejść na ekrany jesienią 2011 roku. „Sam jestem ciekaw całości obrazu. Na razie mogę powiedzieć, że ten czas szybko minął, choć momentami dłużył się, szczególnie w skansenach na południu i na wschodzie Polski, kiedy panowały największe upały. W lipcu i sierpniu czas pracy na planie potrafił przedłużyć się nawet do 18 godzin – wspomina Jakub Wojewoda. – Jeździliśmy praktycznie po całej Polsce. Ujęcia kręcone były w Modlinie, okolicach Warszawy, w Muzeum Wsi Lubelskiej, w skansenie w Węgrowie, w miejscowości Poświętne koło Tomaszowa Mazowieckiego, w Komarowie, a ostatnio na poligonach w Zielonce i w Kazuniu. Te ostatnie to bardzo duże trzy plenery, wielkie sceny batalistyczne. Wspomniany Komarów to szarża kawalerii, a później pogoń za kawalerią bolszewicką. Potem obrona niewielkich miejscowości w oparciu o mur okalający kościółek w Poświętnem, gdzie były kręcone ataki piechoty. W Kazuniu i Zielonce toczyły się przełomowe momenty Bitwy Warszawskiej, kiedy wojsko broni się na pozycjach polowych w okopach, a później przechodzi do kontrnatarcia. To sceny z wykorzystaniem dużej ilości statystów i epizodystów – pewnego dnia, wraz z kawalerią, było jednocześnie na planie około 500 osób. Będzie z tego prawdziwy ogrom, jeśli dojdą multiplikacje. Spodziewam się wielu zbliżeń drobnych sytuacji, które kręcone były ze specjalistycznych niewielkich kamer. Są tam sceny, kiedy ludziom puszczają nerwy, przeżywają szok. Zobaczymy ujęcia, gdy nie zawsze żołnierz potrafił chwycić za broń i ruszyć do walki, bo była to przecież w dużym stopniu armia ochotnicza”.
... i budują
Sochaczewska grupa, czym może pochwalić się Jakub Wojewoda, oprócz udziału w scenach walk piechoty, budowała również dekoracje do filmu. Największe pole do popisu mieli na terenie poligonu w Zielonce, gdzie powstały bardzo solidne umocnienia. To właśnie w ich stylizacji uczestniczyła ekipa pięciu naszych rekonstruktorów. Okopy zostały stworzone według niemieckiego regulaminu budowy umocnień polowych z 1912 r. W ten sposób powstał skansen wykonany z naturalnych materiałów – trzy linie analogicznych pozycji o odpowiedniej głębokości i innych parametrach, oszalowane, z wejściami i strzelnicami. Szczególne wrażenie robiły one po kilku dniach kręcenia scen, kiedy, mówiąc językiem filmowym, „spatynowały” się tak, że nabrały naprawdę frontowego charakteru. Ich wygląd i autentyczność, jak podkreśla nasz asystent scenografa, docenił zarówno reżyser, jak i cała ekipa zawodowych scenografów.
To było kompletne szaleństwo
W ostatnim tygodniu również Jakub Wojewoda skierowany został do grania epizodów. Jak mówi : „Nasza MGRH II/18 pp, w 10-osobowym składzie pojechała wtedy do Zielonki. Ja odtwarzałem tam rolę oficera WP, który prowadził wojsko do walki w okopach. Ta scena to walka wręcz, to już właściwie krwawa rzeź, bije się wroga czym popadnie, łopatką czy nawet kamieniem, chodzi tylko o jedno, żeby go zgładzić. Nie wiem, czy zostanie to w pełni w filmie pokazane. Jeśli o mnie chodzi, miałem naprawdę w trakcie zdjęć bardzo mało wolnego czasu, właściwie tylko niedziele. Były takie momenty, że przyjeżdżałem do domu o 1.00 w nocy, a o 4.00 już wyjeżdżałem, biorąc ubranie na zmianę. To było naprawdę kompletne szaleństwo! Najgorzej było, o czym wspominałem, kiedy panowały upały. Nie łatwo wytrzymać cały dzień na takiej słonecznej ekspozycji, pamiętam, że po zdjęciach w skansenie w Lublinie wyjechaliśmy opaleni, jakbyśmy wrócili z Maroka”.
Jak na prawdziwej wojnie
Czy rekonstruktorzy czuli na planie filmowym nastrój wojennej zawieruchy? „W bitewnych klimatach jesteśmy kilka razy rocznie – mówi Jakub Wojewoda – a to ze względu na rekonstrukcje. Największym widowiskiem, które robi niesamowite wrażenie , jest obrona pozycji mławskiej. Natomiast u Hoffmana tego ducha wojennego najbardziej można było poczuć w Zielonce, podczas szarży w Komarowie i walki na Poświętnem o niewielki kościółek. Tam było jak w prawdziwej bitwie, wszystko zadymione, poza tym bardzo dużo pirotechniki. Szczególnie w momencie, gdy wychyla się głowę z okopów, ktoś krzyczy „akcja” i rusza stu, dwustu lub trzystu bolszewików, którzy z zaciętymi minami biegną na nas z bagnetami. Strzela się do nich w tumanach piachu, karabin się zacina, trzeba go doładować. A przy tym to niezwykłe wyzwanie sportowe. Kiedy kilka razy powtarza się scenę, biegnąc sprintem 300 czy 400 metrów w pełnym ekwipunku, to jest dopiero wysiłek. Im dłużej przebywa się w takim środowisku, czuje się jak w swoistym wehikule czasu. Siedzisz w okopie, a wokół nie widać żadnych oznak współczesności, żadnych rzeczy pochodzących z dzisiejszego świata. Obok ciebie ludzie w mundurach – wtedy przenosisz się w czasie. Ludzie zaczynają inaczej ze sobą rozmawiać, częstują się papierosami, piją herbatę, tworzy się jakby prawdziwe przyfrontowe życie. A ponieważ rekonstruktorzy mają przy sobie cały ekwipunek i korzystają z manierek, menażek, można poczuć chociaż namiastkę tamtych czasów”.
Malinowy smak krwi
Jako asystent scenografa Jakub Wojewoda często, zaraz po nakręceniu jakiejś sceny bywał w tzw. namiocie podglądów, aby ją obejrzeć na ekranie i skonsultować z reżyserem. „Raz była to bardzo krwawa scena – opowiada – bo dotycząca amputacji kończyny w polowym szpitalu. Asystuje przy amputacji Natasza Urbańska, a zabieg wykonuje prawdziwa profesor medycyny, tu epizodystka. Krew już się leje, a ona chce jeszcze coś tam dołożyć od siebie, żeby wręcz buchnęło tą krwią z przecinanej tętnicy. Wtedy Jerzy Hoffman mówi, jak to on – charakterystycznie przez zaciśnięte zęby: Nie, nie, nie, tego już nie dokładajmy, bo normalni ludzie... a ja stojąc z boku odruchowo dopowiedziałem: wyjdą z kina. Nastąpiła konsternacja, bo jak ludzie mogą wyjść z kina z filmu takiego mistrza ? Wszyscy, łącznie ze mną, zamarli, czekając na jego reakcję. Czy wyrzuci mnie z namiotu? Ale on zaczął się śmiać i powiedział: Nie róbmy tego, bo naprawdę wyjdą z kina”.
„Jeśli chodzi o aktorów, żartownisiem był Borys Szyc. Jednak podczas sceny, kiedy wkracza on do walki z granatem w ręku, zdarzył mu się niezamierzony przypadek. Rzucił nim w kierunku nacierającej piechoty bolszewickiej i ... trafił prosto w głowę statysty. Na szczęście skończyło się na guzie”.
„Z kolei któregoś dnia, gdy skończyły się sceny z wojskiem polskim, naszych chłopaków postanowiono przebrać za bolszewików. Mieli leżeć ranni i zabici. A ponieważ wojsko bolszewickie chodziło na bosaka, żeby nie zmarznąć, poucinali oni rękawy od zniszczonych już watowanych kurtek i zakładali je na stopy. Tak chodzili”.
„ Ogólnie na planie wszyscy biegają z krótkofalówkami, żeby się nie szukać a liczy się szybkość wykonywanych poleceń. Czasem, przez radio, trwają nawet zażarte dyskusje, okraszone , rzekłbym - nie do końca, cenzuralnym językiem. Podczas jednej z takich bardzo nerwowych sytuacji , która trwała już przydługo, nagle ktoś włączył się i powiedział w żargonie kierowców z CB- radia: „Mobilki, mobilki jak tam dróżka na Chorzele?” , a ktoś inny mu odpowiada:
„ Kolego, czysto tam przez Komprachcice masz, przez Zimną Wodę krokodyle suszą ”. Wszyscy dookoła w śmiech. Konflikt zażegnany.
„Zaś gdy ja grałem rolę kapitana dowodzącego wojskiem w okopach, musiałem być tak brudny, że nie wiem, czy będzie można mnie rozpoznać. Oni tam bowiem wszystko patynowali. Całą twarz miałem umazaną, również krwią, którą trzeba było czasem plunąć. Na szczęście był nią sok malinowy, dobry w smaku. Ja zresztą sam plułem taką krwią, kiedy przebito mnie bagnetem. Tak zginąłem na planie. Nie raz zresztą. Była to niezapomniana przygoda”.
Małgorzata Pałuba
Lista członków MGRH II/18 pp , którzy wzięli udział na planie filmu i przy pracach w scenografii: Daniel Bogucki, Miłosz Grochowski, Krzysztof Kwiatkowski, Alan Pszonczenko, Arkadiusz Okórowski, Damian Jaczewski, Maciej Walendziak, Jakub Walędziak, Michał Nonas, Łukasz Nonas, Andrzej Wawrzyńczak, Jakub Bajurski, Artur Chrustowski, Grzegorz Pawłowski, Paweł Kowalski, Rafał Gołębiowski, Maciej Gubar, Jakub Kujawa, Jakub Wojewoda, Piotr Świnoga, Marcin Bylinowicz.




Opinie (0)

Nie ma jeszcze komentarzy do tego artykułu.

Portal Społeczności Sochaczewa 2000 - 2019