Niehandlowa niedziela - armagedon odwołany.

Zazwyczaj gdy się budzę rano zastanawiam się co mam dziś do zrobienia. Układam w głowie plan dnia, co mam do zrobienia w pracy lub poza nią. W dni wolne zastanawiam się jak je produktywnie wykorzystać, żeby znaleźć też czas na relax. Nawet, gdy teoretycznie mam czas „wolny” w tyle głowy coś nie daje spokoju i prozaiczne zadanie domowe wisi nade mną jak miecz Damoklesa. Tak często bywa z wyprawami do sklepów. Lista odhaczona, a wracając do domu sobie uzmysławiasz, że czegoś na liście nie uwzględniłeś … i ten mieczyk znowu na tym włosku nad twą głową dynda.
W tą niedzielę obudziłem się jak w każdą inną i już miałem zaplanować wyjazd do marketu po coś niezbędnego, a tu z nocnego otępienia wyłoniła się rzeczywistość w postaci niehandlowej niedzieli. Jeszcze w łóżkowej malignie wpadłem w panikę – jak to, nie przeżyję weekendu? Tak ma się skończyć moje życie? I nagle pomyślałem, że w ten sposób obudziła się większość mieszkańców kraju nad Wisłą. Kołatanie w głowie próbowałem stępić czynnościami dnia powszedniego: mycie, jedzenie, kawka. Na śniadanie zabrakło chleba więc wyjąłem tostowy z zamrażalnika – pierwszy lifehack na niehandlową niedzielę. Dalej pomysłów na ominięcie życiowych potrzeb było jeszcze więcej. Dodam, że w sobotę miałem świadomość nadchodzącej apokalipsy, ale hordy zakupowiczów w sklepach przekonały mnie do podejścia do niedzieli jako swoistego wyzwania. W poniedziałek moje przypuszczenia potwierdziły się, gdyż market wyglądał jak po przejściu tajfunu – towary wymiecione z półek, ceny nieaktualne. Wydawało się, że priorytetem personelu było wytarcie krwi z podłóg i blacharka wózków i koszyków zakupowych. Podobne zdanie o sobocie w sklepie miała Pani z obsługi.
Dalej niedziela była surfowaniem na wysokiej fali, nie musiałem wiosłować przez drugi dzień weekendu tylko oddałem się błogiemu spontanowi. Przedpołudniowy relax, powolny wspólny obiadek z tego co było w lodówce przygotowany z uśmiechem przez Magdę. W ogóle było tego dnia dużo uśmiechu. A po południu spotkanie ze znajomymi przy grach planszowych. Cały czas zerkałem nad siebie szukając tego wyimaginowanego miecza i nic. Wiedziałem, że w poniedziałek znowu będzie wisiał, ale do tego były jeszcze lata świetlne.
Czym jeszcze ta niedziela się różniła od innych dni z zakazem handlu? Tym że po niej nie następowało żadne święto które lepiej mobilizuje niż wojsko … i znowu ta presja. Bo nie zdążymy, bo się nie upiecze, bo firanki nie zawieszone. Tutaj z niedzieli przeskakujemy w zwykły szary poniedziałek.
W niedzielę mając dużo czasu na przemyślenia dorobiłem do całego zdarzenia śmiałą polityczną tezę: przesunęliśmy się do wyższego kręgu kulturowego. Taka niehandlowa niedziela jest takim samy krokiem społęczno-cywilizacyjnym jak emerytury wywalczone przez pracowników fabryk w II poł. XIX w. Oczywiście można zderzyć ten pogląd z twierdzeniem leseferystów, którzy są przeciwni wszelkim ograniczeniom w handlu. Można twierdzić, że to my – jednostka – powinniśmy decydować czy chcemy iść w niedzielę na zakupy, czy nie, a przedsiębiorca powinien nam zapewnić nieograniczony dostęp do dóbr. Tylko, czy to, że nie mamy innej możliwości na zrobienie zakupów, jak tylko w niedzielę to nie nasza „wina” - nie wpadliśmy w kołowrotek jak chomik, gdzie dni tygodnia zlewają się w jeden ciąg?
„Za komuny” niedziela była wolna. W czasach kapitalizmu to się zmieniło i wypaczyło teraz pod innym pretekstem wracamy do pierwotnego prawa człowieka do odpoczynku. Żydzi mają szabat, od którego inne religie zaczerpnęły dzień wolny od pracy. Chyba taki stan jest naturalny dla człowieka, że po ciężkiej pracy należy mu się odpoczynek, by nowy tydzień zaczął z nową energią i świeżym umysłem.
Zjawiskiem towarzyszącym tej ostatniej niedzieli były za to „kolejki” … po pizze. Niestety, ale w takie niedziele będziemy musieli pomyśleć wcześniej o skorzystaniu z usług. Kajaki, kręgle, strzelnice, pizze, kebsy – usługodawcy - szykujcie się na niedzielne żniwa.
Niestety moje przemyślenia nie zostały skonfrontowane z odczuciami na ten temat pracowników sklepów wielkopowierzchniowych. Nie wiem czy im się „poprawiło”, czy wręcz przeciwnie. Jednak gdy czytam, że markety podnoszą pensję brutto do 4050 zł to chyba mamy rynek pracownika, nie pracodawcy i mam nadzieję, że ta teoria jest faktem.

 



0
Oceń
(0 głosów)

 

Opinie i komentarze użytkowników (0)

skomentuj ten artykuł

e-Sochaczew.pl poleca filmy