Płomiennej chwały blask

Zdjęcia i foto: Płomiennej chwały blask Historia i tradycja sochaczew

Może to nie do końca o Sochaczewie, ale i tak warto sobie przypomnieć: równo 99 lat temu nad Londynem po raz pierwszy zapłonął Flammender Ruhm - płomiennej chwały blask.
Tej właśnie nocy, z 2 na 3 września 1916 roku, zakończyło się niepodzielne władanie sterowców na przestworze nieba.
Nad uśpiony Londyn nadlatuje eskadra sterowców, mająca być częścią zmasowanego nocnego nalotu – początkowo liczącego 16 maszyn, z czego tylko 4 dają radę dotrzeć nad cel. Jednym z nich jest nowiutki, nie mający nawet miesiąca SL-11, dowodzony przez kapitana Wilhelma Schramma z jego piętnastoosobową załogą.
W powietrzu nad miastem znajduje się wtedy w swej maszynie młodziutki, raptem dwudziestojednoletni porucznik William Leefe Robinson – lotnik w 39tym szwadronie obrony terytorialnej.
Oddajmy mu głos poprzez spisany od razu po misji raport:
----------------------------------------
Wrzesień 1916
Od: Por. Leefe Robinson, Sutton's Farm.
Do: Oficera Dowodzącego 39tym Szwadronem.
Sir:
Mam zaszczyt składać poniższy raport z nocnego patrolu, który wykonałem właśnie nocą z 2go na 3go b.m. Wystartowałem około 23:08 wieczorem drugiego, otrzymawszy polecenie patrolowania pomiędzy Sutton's Farm a Joyce Green.
Wzniosłem się na 10.000 stóp w pięćdziesiąt trzy minuty. Naliczyłem około dziesięciu salw flar – poniżej mnie było trochę chmur, ale poza tym noc była idealnie czysta. Nie działo się nic aż do 01:10, gdy dwa reflektory wyszukały zeppelina na płd-wsch od Woolwich. W tym kwadracie zebrały się chmury, więc światła miały trudności ze śledzeniem okrętu powietrznego. 
Zdążyłem wznieść się na 12.000 stóp i ruszyłem w kierunku zeppelina, do którego strzelało już kilka armat p-lot, mając nadzieję przeciąć mu drogę na wschód. Powoli skracałem odległość, co zajęło mi około dziesięciu minut.
Oceniwszy, że maszyna jest jakieś 800 stóp pode mną, zdecydowałem się poświęcić część prędkości na rzecz utrzymania pułapu. Zeppelin schował się za chmurami, unikając reflektorów, i straciłem go z oczu. Po piętnastu minutach bezowocnych poszukiwań powróciłem do służby patrolowej. 
Dałem ponownie radę odnaleźć i odróżnić swoje flary sygnałowe. Około godziny 01:50 zauważyłem czerwony poblask na płn-wsch od Londynu. Zakładając, że może być to łuna pożaru, ruszyłem w tym kierunku. O godzinie 02:05 reflektory nad(o ile nie mylę się) płn-płn-wsch Londynem złapały zeppelina.
Pamiętając o niedawnej porażce, poświęciłem pułap (byłem na około 12.900 stopach) na rzecz prędkości, pikując w kierunku zeppelina. Widziałem, jak rwą się wokół niego szrapnele i śmigają pociski smugowe.
Zbliżywszy się, zauważyłem, że artyleria p-lot celuje zbyt nisko, albo zbyt wysoko; ponadto większość amunicji detonowała około 800 stóp z tyłu, większość smugowców szła górą. Detonacje stały się słyszalne w odległości jakichś 3.000 stóp od maszyny.
Przeleciałem około 800 stóp pod nim od dziobu ku rufie, zużywając jeden bęben amunicji (na zmianę New Brock i Pomeroy). Nie dało to widocznego efektu;
dlatego też przemieściłem się na jedną burtę zeppelina i wypuściłem kolejny bęben amunicji wzdłuż niej, również bez efektu. Następnie wleciałem za niego, tym razem będąc naprawdę blisko – 500 stóp bądź mniej pod nim, koncentrując ogień całego jednego bębna w tym samym punkcie (od dołu z tyłu). Znajdowałem się wówczas atakując zeppelina na pułapie 11.500 stóp. 
Ledwo skończyłem bęben amunicji, gdy dostrzegłem poblask w miejscu do którego strzelałem. W przeciągu kilku zaledwie sekund cała rufa stanęła w ogniu. Gdy strzelałem trzeci bęben, zeppelin nie był oświetlony ogniem reflektorów i nie znajdował się pod ostrzałem artylerii p-lot. Szybko usunąłem się z drogi płonącego, spadającego zeppelina po czym, czując ogromną radość, wystrzeliłem kilka czerwonych świateł Very i zrzuciłem flarę na spadochronie. 
Jako że kończył mi się zapas oleju i benzyny, powróciłem na Sutton’s Farm i wylądowałem o godzinie 02:45. Już na ziemi zorientowałem się, że kanonierzy z zeppelina odstrzelili mi osłonę drucianą przy karabinie maszynowym, uszkodzili część środkową płata górnego oraz kilkukrotnie przestrzelili skrzydło.
Mam zaszczyt pozostawać, Sir, pańskim uniżonym sługą
[Podpisano]
W. Leefe Robinson, Porucznik
39ty szwadron Królewskiego Korpusu Powietrznego
--------------------------------------------
Był to pierwszy przypadek, gdy komukolwiek udało się celowo i świadomie zestrzelić okręt powietrzny. Okazuje się, że malusieńki myśliwiec potrafi zniszczyć największą i najpotężniejszą maszynę swoich czasów. Efekt propagandowy tego pozornie drobnego incydentu jest niewiarygodny: Niemcy przestają być bezkarni w powietrzu, na oczach tysięcy londyńczyków odżywa mit Dawida i Goliata.
Leefe Robinson odnosi sukces, gdyż używa jako jeden z pierwszych amunicji kombinowanej: przeciwpancernej i zapalającej. Pierwsza ma za zadanie przestrzelić powłokę balonów nośnych sterowca, druga – doprowadzić do zapłonu ulatniającego się wodoru. W toku późniejszych badań technicznych okazuje się, że to sam porucznik niemalże przestrzelił na pół górny płat nośny swego aeroplanu, w zapamiętaniu prując do Niemców.
Nasz bohater zostaje przeniesiony na wiosnę 1917 roku do Francji, gdzie 5 kwietnia, już podczas swego pierwszego lotu, zostaje zestrzelony przez Vizefeldwebla Sebastiana Festnera, jednego z lotników legendarnej Jasta 11, dowodzonej przez niezrównanego Mannfreda von Richthofen. Ranny, trafia do niewoli; jego zwycięzca ginie w akcji już przy tygodnie później.
Leefe Robinson dożywa końca wojny w obozie jenieckim, a następnie wraca do domu, aby umrzeć w wigilię Nowego Roku 1918-19 podczas epidemii grypy hiszpanki.


Cześć ich pamięci. Oby na zawsze świecił im Płomiennej Chwały Blask.

 



0
Oceń
(0 głosów)

 

Opinie i komentarze użytkowników (0)

skomentuj ten artykuł

e-Sochaczew.pl poleca filmy