Po prostu Sylwek

/ 1 komentarzy
Zdjęcia i foto: Po prostu Sylwek Sochaczewianie - sylwetki sochaczew

Jeśli ktoś z Sochaczewa go nie zna, to albo mieszka tu bardzo krótko, albo mu się tylko wydaje, że mieszka w Sochaczewie. Nasz redakcyjny kolega, Sylwester Rozdżestwieński, związany jest z naszym miastem od zawsze. Sportowiec, nauczyciel, dziennikarz, radiowiec, komentator sportowy. Gdyby nie przypadki, których początkiem było powstanie warszawskie, być może mieszkałby do tej pory w stolicy. Można więc wysnuć wniosek, że powstanie dla Warszawy zakończone tragicznie, dla okolic Sochaczewa i ich mieszkańców zakończyło się szczęśliwie.

 

Od czego więc się zaczęło?

- Początek jest standardowy. Urodziłem się 17 maja 1941 roku w Warszawie. Trwała wojna. W 1944 roku gdy miałem ledwo trzy lata wybuchło powstanie. Po powstaniu, trafiłem z rodziną na blisko rok do Niemiec. Po wojnie los rzucił nas do Iłowa, w którym mieliśmy rodzinę. Tu, w 1954 roku skończyłem, wtedy jeszcze siedmioklasową, szkołę podstawową. Później było Liceum Ogólnokształcące im. Fryderyka Chopina w Sochaczewie. Dyrektorem była zacna pani Kowerczuk, a matematyki uczył nas czołowy piłkarz sochaczewskiego Orkana Tadeusz Tomaszewski. Po liceum poszedłem do Studium Nauczycielskiego w Płocku na kierunek wychowanie fizyczne + biologia (było wtedy coś takiego), a potem do pracy w Szkole Podstawowej nr 2 w Sochaczewie. Zawsze ciągnęło mnie do sportu, więc w 1974 roku zacząłem studia na AWF w Warszawie. Po trochu stało się to za sprawą wspaniałego nauczyciela WF z Chopina - Ryszarda Łakomskiego, od którego uczyłem się sportu.

 

AWF, więc zapewne i czynne uprawianie sportu…

- Oczywiście! Nie mogło być inaczej! Miałem sporo sukcesów w „królowej sportów”, czyli lekkiej atletyce. Kilkakrotnie byłem mistrzem Mazowsza na dystansach 400 i 800 metrów. Grałem chyba także nieźle w tenisa stołowego, bo w 1971 roku wygrałem w Wołominie puchar „Trybuny Mazowieckiej”. Dwukrotnie zdobyłem też w ping-ponga mistrzostwo nauczycieli. Uprawiałem także piłkę nożną, siatkówkę i koszykówkę.

 

Jak układała Ci się praca w szkole?

- Do 1984 roku pracowałem w kilku miejscach. Na początku mojej kariery byłem na przykład przez pewien czas nauczycielem kontraktowym w szkole w Iłowie. Potem Szkoła Podstawowa nr 2 w Sochaczewie, a po niej Zakład Wychowawczy, też w naszym mieście. Jakiś czas uczyłem także w Szkole Podstawowej nr 4 (oczywiście Sochaczew) aż na koniec „utknąłem” na stanowisku dyrektora Szkoły Podstawowej w Żukowie. Tam i na tym stanowisku pracowałem przez 17 lat, czyli do przejścia na emeryturę.

 

Czy pamiętasz jakieś śmieszne wydarzenia związane z pracą w szkole?

- Było tego sporo, ale często najlepiej pamięta się rzeczy z początku pracy. Zdarzyło mi się, gdy pracowałem w Iłowie, że jeden z uczniów, niejaki Czesław Błaszczyk (mam nadzieję, że nie będzie miał pretensji, że po tylu latach to ujawniam), pojawił się w szkole kompletnie nieprzygotowany do lekcji. Zastanawiałem się jak go ukarać aż chłopak sam się zgłosił i zaproponował, że przebiegnie 20 razy naokoło boiska (8 kilometrów). Zgodziłem się a on 20 razy obiegł boisko. Później już wszystko było OK.

 

Na swojej „drodze sportowej” miałeś też wielu podopiecznych. Kogo z nich wspominasz?

- Rzeczywiście opiekowałem się kilkoma zawodnikami. Przez pewien czas byłem nawet trenerem w sekcji lekkoatletycznej Orkana. W 1966 roku moim zawodnikiem był Zbysław Stępniak, który był dobrym biegaczem. Stępniak trenował do mistrzostw Europy, które miały się odbyć w Odessie. Uzyskał nawet minimum na 1500 m z przeszkodami to jest 4 minuty19 i 2 dziesiąte sekundy. Minimum uprawniało do startu. Co z tego! Oprócz niego to minimum osiągnęło jeszcze trzech zawodników a na zawody miało jechać tylko trzech. Stępniak został w kraju. W sporcie oprócz wyników trzeba mieć również szczęście.

W 1968 roku byłem trenerem stażystą w S.C. Magdeburg. Tam miałem przyjemność pracować z późniejszą mistrzynią olimpijską z Monachium w biegu na 100 metrów przez płotki, Amelią Jens Erhardt, która zresztą startowała wcześniej na zawodach w Sochaczewie i to na dodatek akurat w trakcie mojego debiutu mikrofonowego.

 

Jesteś także znanym komentatorem sportowym. W jakich imprezach jako komentator uczestniczyłeś?

- Trochę się tego przez te lata uzbierało. Komentowałem, nieraz dużej rangi zawody, w 15. dyscyplinach. Mam na swoim koncie Półmaraton Warszawski a także 31 razy Półmaraton w Wiązownie. Także 31 razy komentowałem Półmaraton w Łowiczu oraz 20 razy Europejskie Biegi Młodych Olimpijczyków. Jako komentator brałem też udział w Mistrzostwach Polski w Kolarstwie Torowym, w Mistrzostwach Polski w Pływaniu a także komentowałem biegi przełajowe i wiele innych dyscyplin. 21 lat prowadziłem społecznie wszystkie imprezy Chodakowskiej Bzury. Nieraz bywało około 50 imprez w roku. Na terenie miasta i powiatu uzbierało się ich w sumie około 600. Wiele lat prowadziłem też maratony Trybuny Ludu, a moim spikerem pomocniczym był wtedy znany wszystkim Wojciech Zieliński. Kiedyś zdarzył mi się nawet mecz koszykówki St. Petersburg - Warszawa w Łowiczu. Poznałem wtedy trenera radzieckiego zespołu Jurija Kondraszyna, złotego medalistę Igrzysk Olimpijskich w Monachium. Kondraszyn opowiedział mi ciekawą historię meczu na olimpiadzie. Sędzia zakończył go 3 sekundy przed końcem, gdy wynik był 50 do 51 dla przeciwników Rosjan. Protest! I sędzia musiał na trzy sekundy wznowić mecz. Jeden z Rosjan rzucił od własnego kosza przez całe boisko. Piłkę pod koszem przeciwników przejął Biełow. Rzut! I mecz zakończył się wynikiem 52:51. Jak już mówiłem, w sporcie trzeba mieć także szczęście.

 

Od początku istnienia Radia FAMA Sochaczew jesteś jednym z jego dziennikarzy. „Popełniłeś” w tym czasie wiele wywiadów. Kogo masz w swojej kolekcji?

- Przed moim mikrofonem siedziało wiele znakomitości polskiego sportu. Wśród nich byli: Irena Szewińska, Jan Tomaszewski, Grzegorz Lato, Magdalena Grzybowska, Grzegorz Kreiner, Władysław Komar, Luiza Złotkowska, Natalia Partyka i wielu, wielu innych doskonałych sportowców. Mam nadzieję, że dzięki tym wywiadom mogłem trochę przybliżyć ich sylwetki sochaczewianom.

 

Sylwester Rozdżestwieński jest także piszącym dziennikarzem „Echa Powiatu”. Od wielu lat prowadzi imprezy w Hali Widowiskowo Sportowej w Iłowie. Cieszy się bardzo z sukcesów naszych sportowców szkolnych. Niedawno gmina Iłów nadała Sylwestrowi Rozdżestwieńskiemu tytuł Honorowego Obywatela, a Szkoła Podstawowa w Brzozowie równie zasłużone miano Przyjaciela Szkoły.

Od dwóch lat jest przewodniczącym Sochaczewskiej Rady Sportu, która opiniuje nagrody i stypendia sportowe przyznawane przez burmistrza.

 

Nasz kolega. Po prostu Sylwek.

                                                                                                                       

                                                                                                                      Piotr Gadziński

 



0
Oceń
(0 głosów)

 

Opinie i komentarze użytkowników (1)

predathorpredathor
0

Szczerze to nie wierze panie Sylwku, że pana już nie ma wsród nas. Zawsze pan mówił za zawodach
szkolnych że moja szkoła jest faworytem i żartował że jestem najsłabszym trenerem
sochaczewskiego rugby :). Stały punkt naszych rozmów to kto lepszy w rugby Rosja czy Gruzja oraz
wspominka o meczu siatkówki z przed 16 lat w lokalnej lidze na temat spornego punktu w tie break'u.
Spotykaliśmy się przy okazji zawodów rugby, siatkówki, piłki ręcznej, tenisa stołowego oraz
LA. Nigdy nie zapomnę audycji w radiu FAMA po zdobyciu przez Orkan 4 rech Mistrzostw Polski w
kategoriach młodzieżowych w rugby. Nie da się zapomnieć pana komentarzy, encyklopedycznej wiedzy
na temat lekkiej atletyki tenisa i sportu lokalnego. Jeśli chodzi o spikerke był pan naszym
sochaczewskim połączeniem redaktorów Tomaszewskiego i Ciszewskiego. Acha jeszcze raz dziekuję za
świetne sędziowanie finału mistrzostw powiatowych w piłkę siatkową chłopców w styczniu tego
roku gdzie moi podopieczni z ZSCKP "80" zdobyli upragione pierwsze miejsce...tam dłużej
mięliśmy okazje ostatni raz pogadać....

Maciek

(2013-05-16 23:34)

skomentuj ten artykuł

e-Sochaczew.pl poleca filmy