Polak pod World Trade Center

W Sochaczewie zjawił się Julian Dwornik, nowojorski policjant polskiego pochodzenia, który przeżył amerykańską tragedię World Trade Center.

11 września mija właśnie jedenaście lat od momentu największego w historii zamachu terrorystycznego. W dwie najwyższe wieże Nowego Jorku uderzyły dwa porwane samoloty pasażerskie Boeing ze zbiornikami pełnymi paliwa. Atak nastąpił około godz. 9.00. Po z górą godzinie walki z ogniem i akcji ratowniczej obie wieże runęły na ziemię. W wyniku zamachu zginęło ok. 3 tys. osób, w tym wielu przebywających tam Polaków.

 - Praca w nowojorskiej policji znacznie odbiega od polskich standardów - mówi Julian Dwornik. - Na moim posterunku dziennie dokonywało się ponad stu zatrzymań i wszystkich trzeba było przesłuchać, pobrać odciski palców itd., ale mnie się to podobało, bo żaden dzień nie był podobny do poprzedniego. I ten dzień też był inny. Nigdy wcześniej ani później nie widziałem, aby samolot wleciał do środka wieżowca. To było nie do uwierzenia.

To był piękny słoneczny dzień

Jak wspomina pan Julian, miał wtedy dyżur od 5.00 do 14.00. Był piękny słoneczny dzień. Nic nie zapowiadało takiej tragedii. Nagle nastąpił huk i pierwszy samolot uderzył w wieżę. Gdy dostali sygnał, że potrzebna jest pomoc,  zarzucili tylko kurtki z policyjnymi oznaczeniami i pobiegli w tamtym kierunku. Wtedy zobaczył, jak drugi samolot wjeżdża w drugą wieżę.

 - Obie się paliły, ale byliśmy przekonani, że strażacy zaraz to ugaszą - wspomina pan Julian. - Dostaliśmy zadanie usunięcia gapiów, ale właśnie tego dnia, trochę wcześniej, odbywały się pozorowane ćwiczenia ewakuacji po hipotetycznym ataku. Ludziom się wszystko mieszało, myśleli, że to tylko ćwiczenia. Pomału jednak do nich docierało, że dzieje się to naprawdę, zwłaszcza, kiedy z pięter objętych ogniem zaczęli wyskakiwać ludzie. Po uderzeniu lecącego z takiej wysokości ciała o ulicę, nie zostawało prawie nic, dosłownie mokra plama. Ponadto spadający ludzie czasem trafiali w kogoś innego. Widziałem na własne oczy, gdy jeden spadł na księdza kapelana strażackiej jednostki. Z obu nie było co zbierać. To był tragiczny widok.

Naprawdę wszyscy uwierzyli, gdy zawaliła się pierwsza wieża. Kiedy leciała w dół, Julian Dworak ukrył się wraz z dziennikarzem, który przyjechał obserwować próbne ćwiczenia, w jego samochodzie. Jak wspomina, tamtemu ze strachu tak trzęsły się ręce, że nie mógł pojazdu otworzyć. Udało się jednak i, zanim wieża całkowicie runęła, zdołali zamknąć drzwi i włączyć klimatyzację. Gdy zaczęła osuwać się druga, wciągnięto go do ambulansu pogotowia, a kierowca, tyłem, dał gaz do dechy, by schować się za innymi budynkami. W ten sposób przeżył, mimo że wielu gapiów zginęło.

Wszystko pokrył szary pył

Uderzenia te były tak potężne, że okolice upadku wież pokryły się metrową warstwą pyłu sproszkowanych elementów budowli. Pył ten, już mniejszą warstwą, pokrył wszystko na wiele setek metrów.

 - Aby ominąć to gruzowisko i przejść na drugą stronę do naszego komisariatu, straciłem aż cztery godziny - wspomina pan Julian. - Gdy tam dotarłem, wszędzie było pełno tego pyłu i ani żywego ducha. Wszędzie pusto. Potem okazało się, że wszyscy gdzieś uciekli. Część aż pod wodę do tunelu między Manhattanem a Brooklynem. Nie było wiadomo, co tak naprawdę się stało. Nie działały telefony, radio, telewizja. Wszystkie anteny były przecież na dachach tych wież. Podejrzewaliśmy nawet, że to wojna i za chwilę uderzą jakieś inne pociski. Takie były pierwsze godziny - totalny chaos i panika.

 Jeszcze kilka dni później opiekun budynku, inżynier komisariatu, zaprowadził go na dach i pokazał ciało. Było bez kończyn i głowy. To jeden z tych, którzy, po uderzeniu samolotu w wieżę, zostali wyrzuceni w powietrze z drugiej strony. Fragmenty tych osób zbierali, chodząc z kubełkami po okolicznych ulicach. Oczywiście wiele grup policyjnych i strażackich starało się szukać jeszcze żyjących. Twierdzi, że nigdy nie uważał siebie za bohatera, bo bohaterzy to ci, których już z nami nie ma. Pracowali w maskach ze względu na wydobywające się opary z żarzącego się, gorącego niemal krateru. Były tu specjalne brygady z psami, którym pozakładano buty, aby się nie poparzyły. Niestety nasilenie trujących związków było tak duże, że wkrótce wszystkie te psy zdechły. Nie żyje także wielu jego kolegów, których dopadły później choroby nowotworowe.

 - Mój kumpel Denny podczas tego ataku uderzony został w ramię czymś lecącym z góry. Bolało go bardzo i coś mu zaczęło tam rosnąć, więc poszedł do szpitala. Wycieli mu to, ale i tak kilka miesięcy później zmarł. Nie wiadomo na co. Jaszcze rok później w jednym z pobliskich apartamentowców, w widocznie rzadko używanym mieszkaniu, znaleziono na parapecie okna ciało wyrzucone z World Trade Center - dodaje.

Pełen tekst znajdą państwo w najnowszym numerze tygodnika.

Sławomir Burzyński

 



0
Oceń
(0 głosów)

 

Opinie i komentarze użytkowników (0)

skomentuj ten artykuł

e-Sochaczew.pl poleca filmy