Red Smoke Festival 2019- Najlepszy Wakacyjny Trip tego roku

/ 42 zdjęć
Zdjęcia i foto: Red Smoke Festival 2019- Najlepszy Wakacyjny Trip tego roku Koncerty i muzyka sochaczew
+37

Red Smoke Festival 2019- Najlepszy Wakacyjny Trip tego roku


„Jebać Stoner!” tak pozdrawiają się mieszkańcy miasteczka namiotowego tegorocznej edycji „Red Smoke Festival”. Te słowa również słyszałem podczas koncertu toruńskiej Diuny. Z czasem wyrosło to na takie nieformalne hasło imprezy.

Taka punkowa postawa mi jako staremu stonerowi się jak najbardziej podoba. Przyłączam się ze stonerowym pozdrowieniem i nabitą fajką bonga. Do zobaczenia za rok. Już się nie mogę doczekać. A Wy?! Ale jak to było w tym roku?

Ano mniej więcej tak...


DZIEŃ PIERWSZY

Festiwal zaczął się na dobre w piątkowe popołudnie od koncertu kapeli Mun, który rozruszał nas mariażem psychodelii i post rocka.

Jednak to dopiero Narcosatanicos dał znać, że żarty się skończyły. Widziałem kapelę przed Cosmic Dead kilka lat temu w warszawskich Chmurach. I to był cios nad ciosami. Dlatego też ostrzyłem sobie ząbki na to by zobaczyć ten skład ponownie.

Narcosatanicos to koncertowa hydra, która jednak lepiej zaprezentowałaby się nocą przy sztucznym świetle. W pełnym słońcu stracili ten „Satanistyczno- mistyczny” charakter, ale Narco było już jak najbardziej. Wybuchowa mieszanka jazzu, noise rocka z doomem i jakimś skandynawskim szaleństwem. O ile na poprzedniej płycie było słychać wręcz cytaty z jedynki King Crimson, tak teraz zespół wydaje się odnalazł swoją prawdziwą tożsamość. Na Dwór Karmazynowego Króla wracają co jakiś czas, ale czynię to już dużo bardziej po swojemu. Dodatkowo brzmienie uwypukliła druga perkusja. 

Świetnie brzmiał saksofon, który jest prawdziwym sercem kapeli. Zresztą o brzmieniu Red Smoke Festival będzie w dalszej części relacji, bo warto o tym napisać.

La Mortadella jak pieszczotliwie określaliśmy Włochów i Włoszki z kapeli La Morte Viene Dallo Spacio zagrali jeszcze bardziej prog rockowa od Narcosatanicos.

O ile ich płyty to w dużej mierze muzyka, która mogłaby być ilustracją do jakiegoś starego włoskiego horroru (Goblin się kłania), tak na żywo trochę tego horrorowego klimatu mi brakowało. Sprawne warsztatowo granie miłe dla ucha i oka rzecz jasna. Dla fanów starego prog rocka z ELP czy wczesnym YES połączonego z kraut rockiem i rockiem gotyckim...ujdzie.

Po włoskiej formacji na scenie rozstawiła się supergrupa zwana Weedpecker. Wyru z zupełnie nowym składem mieli zagrać swój pierwszy gig. Miało to być jednocześnie ich przetarcie przed niemieckim „Stoned From Underground” dzień później. Jak wypadli?

Co najmniej bardzo dobrze. Mogło brakować gdzieniegdzie drugiego wokalu i gitary Bartka, ale jednak potężne brzmienie basu Domela plus znakomite nagłośnienie odsuwało w cień te niedostatki. Trochę ginął jednak klawisz Seru znanego z Belzebonga. Perkusja Walczaka, ex- drummera Dopelord wgniatała w ziemię. Widać było, że muzycy z początku odczuwali tremę i chcieli by wypadło wszystko jak najlepiej, ale już po pierwszych taktach słychać, że będzie dobrze. I tak też było. Przestrzennie i ciężko jednocześnie. Jak to u ZiołoDzięcioła.

Motorpsycho, Elder, Colour Haze, Tame Impala i Pink Floyd to kapele, które najczęściej nasuwają mi się słuchając Weedpeckera. Wszystko podlane w psychodeliczno- stoner rockowym sosem. Bardzo pyszne i pożywne to było danie. Prosimy o nowe nagrania i koncerty. Oby ten skład przetrwał jak najdłużej, bo początek był wielce obiecujący.

Na koniec jakby mistycznych uniesień tego wieczoru było mało dostąpiliśmy prawdziwego misterium z belgijskim Wyatt E. Tu muszę się przyznać, że koncert odbierałem prosto z pola namiotowego, gdzie dźwięk był równie znakomity.

Muzyka grupy na pewno może spodobać się fanom OM czy Zaum. Połączenie orientu, muzyki z krajów arabskich z ciężarem doom metalu. Do tego nocna aura i stroje grupy nawiązujące do orientu. Zabrzmieli przepięknie. Być może najlepszy koncert pierwszego dnia festiwalu.

A na deser dostaliśmy dj-ski set w Wigwamie, który znajdował się na polu namiotowym, i który jak się miało okazać był sercem imprezy. Psychodeliczny wystrój wnętrza i muza puszczana z winyli to było coś idealnego na zakończenie pierwszego i rozpoczęcie jednocześnie drugiego dnia imprezy.

Pierwszy dzień festiwalu zakończył się grubo po 5-ej, więc o śnie trzeba było zapomnieć.


DZIEŃ DRUGI

Drugi dzień zaczęliśmy praktycznie w tym samym miejscu, w który skończyliśmy pierwszy. Scena była umowna, ludzi nie dzieliły od siebie barierki, siedzieliśmy na ziemi. A mi klimat przypominał żywcem wyjęty z Woodstock '69. Red Scalp trochę wyłamali się z festiwalowej tradycji nie inaugurując całego festiwalu, ale to może dobrze, bo taka postawa pokazuje, że nie ma mowy o przyzwyczajeniach, sztampie i schematach. Tego na Red Smoke nie uświadczysz. Za to człowiek czuje się totalnie wyzwolony, wolny. Jak w wielkiej wiosce, w której ludzie żyją z innymi w totalnej symbiozie, bez wtrącania się w czyjeś przekonania, wiarę, politykę, etc. Nie było tego wszystkiego co nas na co dzień dzieli. To pokazało mi, że Polacy mogą być piękni i kooperować ze sobą razem, bez jadu i podziałów.

Wracając do Red Scalp, którym przecież zawdzięczamy tę imprezę zagrali totalnie hippisowsko, klasycznie hard rockowo, kiedy trzeba brudno stoner rockowo, szamańsko i indiańsko.

Piękne rozpoczęcie drugiego dnia festiwalu. Zaraz po nich również na tzw. Małej Scenie wystąpił kwartet, Forge Of Clouds. Zaangażowane granie zarówno dla fanów hc punka, crustu, ale też tego co od lat robi zespół Eyehategod. Grzebało nieźle w głowie i jednocześnie kopało w potylicę.

Później już przenieśliśmy się na Główną Scenę kontynuując przegląd polskich kapel.

Najpierw Black Thundra, którą widziałem po raz trzeci, a jednocześnie pierwszy z Rutkosiem na gitarze. Jeszcze więcej gruzu, brudu i smrodu, czyli tak jak w doomie czy innym sludge'u należy.

Diuna to rasowy stoner rock z mrugnięciem okiem i do potupania nóżką. Słychać było, że i gitarowe abecadło Josha Homme i Pana Iommiego jest im nieobce. Zresztą gitarzysta kapeli, Patryk, którego było swoją drogą na całym festiwalu pełno, poprowadził potem na Małej Scenie warsztaty z gry stonera na gitarze.

Diuna po tym jak dostali się do „Męskiego Grania” nadal pokazują, że są sobą, jedyni w swoim rodzaju. To czysta energia, radocha z grania i środkowy palec w kierunku stoner rockowych purystów. A no i Kostek, który z charyzmą i stylówą czarodzieja-menela jest obłędny. Toruń to jednak nie tylko Ojciec Dyrektor i nomen omen toruńskie pierniczki. Aha no i polskie teksty: to się ceni! Świetny koncert. Akumulatory podładowane na najbliższych kilka godzin.

Po nich niemieccy Retro-Hippisi z Willow Child. Trochę już przerobiłem tych kapel retro z laskami na wokalu i już mi się ten trend znudził. Fajne to było, ale jednak wtórne. Niemniej poprawny koncert do piwerka i rozmów z kumplami. A tych podczas festiwalu nie brakowało, tzn. rozmów, piwerka w sumie również...kumpli zresztą też, tych nowych jak i starych. Znajomości można było zawrzeć wiele, każdy każdego już kojarzył. Było to jak odtrutka na te korporacyjne czasy, w których każdy z nas jest samotny pośród równie samotnych ludzi. No, ale miało nie być moralizowania i smęcenia.

Na Spaceslug, który bardzo lubię nie dotarłem. Nie wiem dlaczego. Może właśnie ten klimat namiotowy mi się udzielił. Może poświęciłem jedną godzinę na regenerację w namiocie.

Tak czy siak żałuję, bo mimo iż widziałem ich kilkukrotnie na żywo, to jest to band, który nigdy nie schodzi poniżej pewnego poziomu, a nawet wznosi się ciągle niczym ten statek kosmiczny, którym sobie podróżują w tym swoim space-stonerowym klimacie.

Na Black Cobra już byłem zwarty i gotowy. Ten duet (!!!) robił taki hałas jakby grały co najmniej dwa pełne czteroosobowe składy...na raz.

Więcej i brudu punka w tym było, czy nawet trash metalu niż doomu, ale to bynajmniej nie zarzut.

Mieszali i siekali rytmami i riffami przeokrutnie robiąc miejsce dla jednej z głównych gwiazd festiwalu, czyli Weedeater.

Dixie jak zwykle z obłędem we wzroku hurkotał ze sceny, wyrzygując swój mózg przy wtórze potężnych riffów i naparzającej perki. Scena drżała w posadach. Gawiedź się bawiła przy dymie z weedu. Tak więc konsumpcja „Weedu” trwała w najlepsze.

Five The Hierophant usłyszałem już z pola namiotowego. Niewiele mogę napisać na temat tego koncertu. Za to o koncercie zatytułowanym „Secret Gig” mogę już powiedzieć całkiem wiele.

Co może powstać, gdy muzycy Octopussy, Ampacity i Blindead połączą swoje siły by dać upust miłości dla kosmosu i kraut rocka?

Sunwôrm ro projekt, o którym wiele się naczytałem i nasłuchałem, ale nie obcowałem z nim nigdy wcześniej na żywo. Jakie było moje zdziwienie, gdy zobaczyłem dobrze mi znanego Jana Galbasa i Konrada Ciesielskiego, którzy pokazywali, że muzyka improwizowana, transowa może być piękna.

Wigwam, w którym grali zdawał się wznosić ku odległym galaktykom niczym statek kosmiczny.

Swoją drogą miejsce na koncert było wręcz idealne. Wypełnione po brzegi spragnionymi nowych, ciekawych dźwięków ludźmi, psychonautami dryfującymi po bezkresie dźwiękowych odysei kosmicznych.

Koncert Sunwôrm to swoistego rodzaju słuchowisko, wystarczy zamknąć oczy i jesteś już w innym miejscu.


DZIEŃ TRZECI

Po zabawie do białego rana trzeba było się wreszcie zregenerować w położonym obok aqua parku, a potem udać na zakupy i zwiedzić trochę miasta. Stąd też opuściłem koncerty dwóch pierwszych załóg. Lokalsi bardzo mili. Nie są to bynajmniej Rednecki z amerykańskich filmów. O samym festiwalu wypowiadają się w samych superlatywach mając świadomość, że ten festiwal sprawia, że miasteczko tętni życiem, lokalne sklepiki, knajpy generują zysk. Hałasu i pijaństwa brak. Kulturka musi być! :)

Electric Octopus z Irlandii Północnej to kapela, która brzmi jakby non stop improwizowała, tworząc muzykę na żywo. Było tu miejsce zarówno dla psychodelii w rodzaju Grateful Dead, ale również momentami bluesa i reggae. Barwna muzyka, która jednak po jakimś czasie się nudzi, gdyż brakuje mimo wszystko jakiejś bazy, melodii i kilku skocznych piosenek o bardziej klasycznej strukturze (w życiu bym siebie nie posądził, że mogę coś takiego napisać :) ). Takich ładnych piosenek nie zabrakło już podczas koncertu Triptides.

Psychodelia dla fanów zarówno klasyki gatunku z Love i Pretty Things na czele, jak i współczesnych bandów pokroju: Tame Impala, czy Pond.

Ich muzyka przegoniła chmury, pojawiło się słońce, co zresztą zauważył gitarzysta grupy.

Fajne, orzeźwiające, tripowe granie. Doskonała rozgrzewka przed Ojcami Desert Rocka, czyli Yawning Man.

Kapelę Gary'ego Arce i Mario Lalli'ego widziałem na żywo wcześniej kilkukrotnie, ale zawsze były to małe klubowe koncerty. Ciekaw byłem jak wybrzmią na większej scenie, w plenerze. Obawiałem się o pogodę, bo miało lać, burza z piorunami i ogólnie kuniec świata. I Matko Bosko...co to się stanęło, że Widziałem Boziu na tym tęczu. Pogoda już do końca Red Smoke miała być wspaniała i słoneczna. Panowie przywieźli ją nam prosto z wiecznie słonecznej Kalifornii.

Trio (tym razem ze Stinsonem na perce) promuje swój kolejny album (ależ przyspieszyli z tym wydawaniem płyt), „Macedonian Lines” i postanowiło skupić się na jego ogrywaniu. Nowe numery wypadły doskonale, choć najwięcej emocji wzbudzały klasyki z „Rock Formation”, czy rozpropagowany przez Kyussa, genialny „Catamaran”. Koncert z gatunku tych niezapomnianych, gdzie wszystko zagrało idealnie: od chemii zespołu, przez doskonale upichcone brzmienie, w którym każdy dźwięk był selektywny, czysty, wszystko pływało w powietrzu, a my wraz z nimi. Mario Lalli sam wzruszony rzekł, że było to jeden z najlepszych jego koncertów w życiu.

Mój również. Ojcowie Pustyni mogą pokazać jak się gra desert rocka niejednemu młokosowi.

Piękny ciężki, momentami nawet doomowy groove basu Maria i pływające, surferskie dźwięki gitary Gary'ego ukołysały nas pięknie. Wszyscy tańczyli w ekstazie.

Kokagaku Moyo, to na nich obok Yawning Mana czekałem najbardziej. I to Japończykom obok kalifornijskiej machiny przypada moim skromnym zdaniem tytuł koncertu imprezy.

Fajną sprawą był fakt, że grupa dotarła na festiwal dzień wcześniej, bawiła się i przechadzała po całym obiekcie totalnie na luzaka. Zresztą to samo chłopaki z Triptides (wokalista grupy swoją drogą nieźle z nami popłynął bawiąc się w tańcu do białego rana). Brak jakichkolwiek barier, muzycy dostępni niczym twoi kumple to też duuuży plus festiwalu. To samo tyczy się organizatorów, którzy byli dostępni i tańczyli razem z nami.

Wracając do Kikagaku Moyo to nie pamiętam drugiego takiego wydarzenia, które by zrobiło na mnie tak ogromne wrażenie. Totalny odlot. Czułem się jakby tych kilku drobnych samurajów grzebało mi w głowie. Bawili się z nami w najlepsze mieszając ile się tylko da w swym kotle czarowników. Jednym razem raczyli nas słodkimi melodiami, by innym odprawiać czary, wywołując duchy, odprawiając satanistyczne rytuały. To było bardzo niepokojące i kojące jednocześnie, o ile wiecie o co mi chodzi :)

Lwią częścią repertuaru stanowiły utworu z ostatniej jak dotąd nagranej przez nich płyty „Masana Temples”. I bardzo dobrze, bo to genialny album. Faktycznie, scena to dla Japończyków „Świątynia”. Świetnie wypadły te wszystkie orientalnie brzmiące instrumenty, z różnymi dzwoneczkami, czy sitarem. Gdy tylko usłyszę, że grają u nas bukuję bilet. To samo Wam polecam.

Na koniec imprezy zespół „Last Minute”, czyli Spidergawd. Kapela z Norwegii, która wskoczyła w ostatniej chwili do line-upu festiwalu w miejsce Dead Vibration, zamknęła jednocześnie część koncertową imprezy. Zespół został założonu przez muzyków znanych z Motorpsycho, czyli Kennetha Kapstada (perkusja)i Benta Saethera (bas). W Polsce wystąpił ten pierwszy. Dla mnie jako totalnego fana Motorpsycho była to wystarczająca rekomendacja.

Ich koncert to przede wszystkim niesamowita, rozsadzająca pozytywna energia. Po prostu 100% rock'n' rolla w rock'n' rollu. A Pan Kapstad to co robił na pereczce, to czapki z głów.

Przyszła pora na pożegnanie festiwalu, które nastąpiła ponownie pod Wigwamem na polu namiotowym i zakończyło się po godzinie 8-ej. Tańce przy niesamowitym secie przygotowanym przez dj-ów z zespołu Red Scalp (Mega Szacun Panowie!) przy utworach tak różnych wykonawców jak: Queens Of The Stone Age, Black Keys, Lombard, Izabeli Trojanowskiej, Gorillaz, czy Turbonegro, a także muzyce bałkańskiej, funku, disco, czy techno to było najlepsze możliwe pożegnanie z Red Smoke. Kolejna edycja za nami, a ja bym najchętniej tam został i nie wracał. To miejsce magiczne, stworzone przez energię wielu ludzi, żywiące się pozytywną energią i przekazującą ją dalej. Było wspaniale.

To jak widzimy się o tej samej porze za rok?!


Red Smoke vol. 5 wystąpili:


Duża scena:

KIKAGAKU MOYO (JP) -
https://www.facebook.com/kikagakumoyo/
WEEDEATER (USA) -
https://www.facebook.com/weedmetal/
YAWNING MAN (USA) -
https://www.facebook.com/yawningmanofficial/
SPIDERGAWD (NOR) -
https://www.facebook.com/spidergawd/
BLACK COBRA (USA) -
https://www.facebook.com/blackcobramusic/
WILLOW CHILD (GER) -
https://www.facebook.com/WillowChildOfficial/
ELECTRIC OCTOPUS (NIR) -
https://www.facebook.com/electricoctopusofficial/
LA MORTE VIENE DALLO SPAZIO (IT) -
https://www.facebook.com/lamortevienedallospazio/
FIVE THE HIEROPHANT (UK) -
https://www.facebook.com/fivethehierophant/
WYATT E. (BE) -
https://www.facebook.com/Wyattdoom/
TRIPTIDES (USA) -
https://www.facebook.com/Triptides/
NARCOSATANICOS (DK) -
https://www.facebook.com/narcosatanicosdk/
DIUNA (PL) -
https://www.facebook.com/diunaband/
MuN (PL) -
https://www.facebook.com/munband/
SPACESLUG (PL) -
https://www.facebook.com/spaceslugband/
BLACK TUNDRA (PL) -
https://www.facebook.com/BlackTundraBand/
THE GREAT MACHINE (IL) -
https://www.facebook.com/tgm11band/
WEEDPECKER (PL)
https://www.facebook.com/Weedpecker-349871488424872/

Mała Scena:
Sobota/Saturday
Red Scalp (PL)
https://www.facebook.com/RedScalp/
Forge of Clouds (PL)
https://www.facebook.com/ForgeOfClouds/
Niedziela/Sunday
The Howling Eye (PL)
https://www.facebook.com/thehowlingeye/
Krach Bumm (GER)
https://www.facebook.com/krachbummberlin/

Łukasz „Ch-Fu” Szewczyk

 



0
Oceń
(0 głosów)

 

Opinie i komentarze użytkowników (0)

skomentuj ten artykuł

e-Sochaczew.pl poleca filmy