REJS Franciszka N.

/ 1 komentarzy
Zdjęcia i foto: REJS Franciszka N. Słowo pisane sochaczew

Znany ze swych programów w radiu FAMA, od lat stały felietonista „Ziemi Sochaczewskiej”, dziś także taksówkarz, Franciszek Niewiadomski, 35 lat temu brał udział w rejsie statkiem żeglugi śródlądowej „Feliks Dzierżyński”, na którym Marek Piwowski kręcił swój kultowy dziś film „Rejs”. W „Umowie z aktorem” czytamy: „Umowa zawarta dnia 2.VIII.69 r. pomiędzy Zjednoczonymi Zespołami Realizatorów Filmowych, Przedsiębiorstwem Państwowym z siedzibą w Warszawie przy ul.Puławskiej 61, a aktorem Franciszkiem Niewiadomskim zamieszkałym w Sochaczewie przy ul.Rozlazłowskiej 28. Przedsiębiorstwo powierza aktorowi wykonanie roli „Bigbeatowca I” w filmie pod tymczasowym tytułem „Rejs” w okresie od dnia 2.VIII.69 do dnia 10.I.1970 r. Tytułem wynagrodzenia Aktor otrzyma należność w wysokości 120 zł. za każdy dzień zdjęciowy”.
Balonem do filmu
Zanim jednak do tego doszło, kilka lat wcześniej Marek Piwowski, przyszły reżyser filmu, wraz z kilkoma kolegami postanowili uciec balonem na Zachód. Niestety w trakcie ucieczki zmienił się kierunek wiatru i uciekinierzy wpadli prosto w ręce żołnierzy ochrony pogranicza. Piwowski odsiedział za to 2 lata, które zaowocowały jednak poznaniem wielu oryginałów. Doświadczenia te wpłynęły później na kształt filmu, który postanowił nakręcić wspólnie z kilkoma kolegami, m.in. Januszem Głowackim i aktorem Jerzym Karaszkiewiczem.
Pomysł na film był niesłychanie prosty: „Płynie statek, są tam jacyś ludzie, statek osiada na mieliźnie, dalej coś wymyślimy”. Autorzy, pod wpływem modnego wówczas dzieła Umberto Eco „Struktura dzieła otwartego”, pragnęli również odejść od filmu z tradycyjną narracją i stworzyć awangardowe dzieło, zbliżone bardziej do happeningu, częściowo z aktorami niezawodowymi, tzw. naturszczykami. Początkowo miała to być komedia z Bogumiłem Kobielą w roli głównej. Niestety, aktor wtedy właśnie zginął i zastąpił go znany ze studenckich kabaretów Stanisław Tym, który zagrał w filmie rolę kaowca.
Oczywiście w tamtych czasach, a był to, przypomnijmy, rok 1969, taki scenariusz, a właściwie jego brak, był przez władze kinomatografii nie do przyjęcia. Powstał więc scenariusz fikcyjny, który otrzymał akceptację i budżet z Komitetu Kinomatografii, od początku jednak reżyser nie zamierzał go realizować, a film miał być oparty głównie na improwizacji, dlatego tak ważni byli aktorzy niezawodowi. „W „Expresie Wieczornym” ukazało się więc ogłoszenie: „Poszukujemy ludzi do filmu. Niech przyjdzie każdy, kto umie śpiewać, grać albo robić cokolwiek”. I tu właśnie rozpoczyna się przygoda Franciszka Niewiadomskiego.
Popłynęli w wielki rejs
„Wraz z ciotecznym bratem, Witkiem Kalisiakiem, tworzyliśmy wtedy taki zespół wakacyjny, bo chodziliśmy jeszcze do szkoły, gitara i tamburino – opowiada Franciszek Niewiadomski. – Znaliśmy kilka „kawałków”, więc gdy przeczytaliśmy w gazecie to ogłoszenie, postanowiliśmy spróbować. Pojechaliśmy więc do Hali Gwardii, bo tam odbywały się przesłuchania, by ujrzeć, niezmierzone tłumy ludzi. Podobno przyszło ponad 20 tysięcy osób. Nie było to tak jak teraz, gdy castingi są na porządku dziennym, wówczas była to atrakcja. Każdy prezentował siebie jak potrafił, niektórzy recytowali poezję, jeden pan potrafił liczyć do dziesięciu w pięciu językach, inny chodził na rękach, a my śpiewaliśmy „Chacharów”, przygrywając sobie, brat na gitarze, ja na tamburino. Jakoś nas zauważono, bo dostaliśmy zaproszenie na próbne zdjęcia do studia na ul.Chełmskiej. Tam nastąpiła ostateczna selekcja i, niespodziewanie dla nas samych, zakwalifikowano nas do filmu. Może trochę też ze względu na ekstrawaganckie, jak na owe czasy, stroje. Spodnie rozszerzane w czarno-żółte prążki i podobne skarpetki. Takich nazywało się wtedy bikiniarze.
Jakiś czas po zdjęciach próbnych otrzymaliśmy pismo, że mamy stawić się na planie filmowym na nabrzeżu portowym w Gdańsku. Trzeba dodać, że mama moja była bardzo przeciwna tym naszym aktorskim ciągotom i ukrywała przed nami to zawiadomienie, aż niemal do samej daty wyjazdu. Ale w końcu się złamała i pokazała nam je. Wtedy nie było już czasu na zastanawianie, tylko pakować walizki i w drogę.
W książce poświęconej „Rejsowi”, a wydanej w 2002 r., jest taki fragment prasowego tekstu opisujący casting do filmu: „Literat się zmieścił, profesor też. Wybrano kilka pięknych dziewcząt i jedną najpiękniejszą. Zabrano zasłużoną statystkę z „Zakazanych piosenek”, wakacyjny zespół muzyczny z Sochaczewa ( z instrumentami gitara, fujarka, tamburino), specjalistę od monologów, człowieka chodzącego na rękach, dziecko słynnego ojca oraz kilka innych osób, których incognita nie dało się ustalić”.
Na miejscu czekał już w porcie statek wycieczkowy, który w filmie nazywał się „Neptun”. Na nim kwaterowano nas w czteroosobowych wąskich kajutach, z piętrowymi łóżkami. Z początku z ciekawością obserwowaliśmy znanych aktorów, których na statku pojawiło się kilku: Pokora, Dobrowolski, Zofia Czerwińska, Wanda Lothe i paru innych, ale z czasem, nam to spowszedniało, bo przecież statek był niewielki, ciągle więc spotykaliśmy się. Był też tam Zdzisław Maklakiewicz, który po raz pierwszy chyba wówczas zagrał w parze z Himilsbachem. Z Himilsbachem, którego nikt wtedy jeszcze specjalnie nie znał. Był takim naturszczykiem jak i my. Raczej go się ludzie bali, wyglądał bowiem jak zwykły lump – ciągle ta sama flanelowa koszula i brak zębów, poza dwoma kłami, tworzył obraz odstraszający. Zwłaszcza, że gdy trochę wypił, stawał się agresywny i straszył ludzi tymi swoimi kłami. Już w pierwszych dniach filmu, popił w restauracji w Toruniu i narozrabiał tak, że trzeba go było przywieźć stamtąd taksówką.
Później było teraz, czyli ukryta kamera
W Toruniu tak naprawdę rozpoczęły się zdjęcia, gdy dopłynęliśmy tam statkiem z Gdańska. Tam też w porcie kręcone były pierwsze ujęcia filmu i tam Dobrowolski z Tymem wsiadają na statek. Widać również nas z bratem, gdy z walizkami idziemy po pokładzie, mijając głównych bohaterów. W ogóle ujęcia z naszym udziałem w roli głównej, kiedy graliśmy i śpiewaliśmy lub gwizdaliśmy coś, ostatecznie nie znalazły się w filmie. Widać nas jedynie w scenach zbiorowych w czasie różnych zdarzeń, które aranżowane były na statku. Trzeba bowiem powiedzieć, że nikt z występujących w tym filmie nie doczekał się, tak jak się spodziewał, żadnej roli zapisanej w scenopisie, jeśli w ogóle jakiś scenopis był. Natomiast realizatorzy organizowali rozmaite zdarzenia, aby nas, narturszczyków, oswoić i zachęcić do działania. Cały czas kamera była włączona, chociaż nie mówiło się: uwaga kamera!, tylko kręcili wszystko, co się działo, potem wybierając najciekawsze fragmenty.
Powtarzano nam, że to na razie takie wstępne próby, że prawdziwe kręcenie zacznie się później. Ale później nie nastąpiło nigdy. To wtedy bowiem było to później. Taką mieli taktykę, żebyśmy czuli się swobodnie, żebyśmy nie usztywniali się świadomością, że kamera włączona i trzeba coś zagrać. Mieliśmy grać siebie.
Zebrania w stołówce, na których wybierano radę turnusu lub ustalano program artystyczny na imieniny kapitana, były całkowicie improwizowane. „Nakręcane” jedynie wypowiedziami Tyma, z których też nie wszystkie były zaplanowane. Chodziło o to, aby z nas wydobyć coś niecodziennego, stworzyć zabawną sytuację. Choćby taką, gdy niejaki „Missisipi”, nikłej postury człowiek dysponujący głębokim basem, zaśpiewał pieśń „O Missisipi, ty wierna rzeko…” - wszyscy wtedy zataczali się ze śmiechu. To ja nazwałem go „Missisipi”, i tak zostało. Tak więc filmowali nas, jakby to dziś powiedzieć, ukrytą kamerą, tyle, że wszyscy ją widzieli, bo była wielka i ciężka. Jednak z dnia na dzień coraz bardziej się do niej przyzwyczajaliśmy.
Missisipi wpada do Wisły
Aranżowanie różnych sytuacji miało czasem dramatyczny finał. Na przykład, wspomnianego już Missisipi namówiono, aby przespacerował się po barierce statku. A wiadomo, że każdy z nas zrobiłby wszystko, aby tylko zaistnieć w filmie. Więc i on wlazł na tę barierkę, i, co było do przewidzenia, wpadł do rzeki. Wtedy okazało się, że nie umie pływać. Na szczęście jednak jakoś go wyciągnęli, chociaż wyglądało na to, że się utopi. Potem na statku mówili, że Missisipi wpada do Wisły.
Inna historia była z Himilsbachem, który napił się kiedyś tak skutecznie, że wypadł za burtę. A trzeba dodać, że „Dzierżyński” był parowym statkiem poruszanym na koła z łopatami, i Himilsbach nieszczęśliwie wpadł właśnie między te obracające się łopaty. I już myśleliśmy, że po nim, ale był taki bezwładny, że koło go okręciło i wyrzuciło do rzeki, zaraz ktoś tam skoczył i człowieka uratowali.
A propos alkoholu, to pamiętam sytuację, gdy statek ugrzązł na mieliźnie, bo wtedy było gorące lato i poziom wody bardzo się obniżył. Po trzech dniach stania na mieliźnie, zapasy jedzenia, a co bardziej dotkliwe, również zapasy alkoholu, zaczęły się kończyć. Trzeba bowiem dodać, że mało kto na tym statku był abstynentem, od załogi poczynając, na statystach kończąc. Wtedy zdarzyło się, że przepływał rzeką inny statek wycieczkowy i po jego odpłynięciu alkohol się znalazł. Do dziś niektórzy uczestnicy rejsu nie wiedzą, jak to się stało, a było to tak, że tamten statek podpłynął do naszego najbliżej jak mógł, a my za pomocą drąga z hakiem, który grał w filmie przeciągnęliśmy z tamtego statku siatki z butelkami. Widocznie później kapitanowie się jakoś rozliczyli.
Z alkoholem ma również ścisły związek kręcenie najsłynniejszej, jak się dziś uważa, sceny „Rejsu”, w której Maklakiewicz rozmawia z Himilsbachem o kinie polskim. Właściwie to mówi głównie Maklakiewicz, zaś Himilsbach robiąc dziwne miny, słucha. Geneza, że tak powiem, tego ujęcia miała swój początek pod pokładem gdzie popijaliśmy we czterech: Maklakiewicz, Himilsbach, jak i ktoś z obsługi statku. Gdy zawołano ich na górę przed kamerę, Himilsbach, już po pewnej dawce, nie chciał iść. Do tego stopnia się uparł, że ktoś z realizatorów filmu kazał go polewać wodą ze szlauchu. Dopiero to podziałało, ale nie był zbyt wymowny, jakby zły, że oderwano go od miłego zajęcia. Natomiast Maklakiewicz, też niezbyt trzeźwy, opowiedział wówczas wymyśloną wcześniej w portowej restauracji historię i ona przeszła wraz z filmem do legendy.
Chodźcie chachary
Muszę ze skruchą przyznać, że spożywanie napojów procentowych wspólnie z Maklakiewiczem i Himilsbachem nie było jednorazowe. Kiedy tylko statek zatrzymywał się w jakimś porcie, czy to we Włocławku, czy w Ciechocinku, Himilsbach wołał do nas: Chachary, chodźcie i szliśmy razem do najbliższej … knajpy.
Tam robiliśmy to, co w takich miejscach często się robi, a wtedy Maklakiewicz opowiadał wymyślone przez siebie zabawne historyjki, Himilsbach zaś zaczepiał ludzi. Maklaka znali z filmu, więc głównie panie przychodziły do niego po autografy i robiły słodkie oczy, Himilsbacha się bali. Pamiętam, gdy na statku kręcony był bal kapitański, a był to bal przebierańców, Himilsbach przebrany był za pirata z przepaską na oku, drewnianą nogą i prawdziwym kindżałem. Gdy trochę wypił, uciekł ze statku do restauracji, a tam był akurat dancing, więc zaczął rozpędzać towarzystwo. Skończyło się na komisariacie, skąd trzeba było go wykupić i znów trafił na bal kapitański. Ja byłem przebrany za pazia. Ale był też Himilsbach romantykiem. Pamiętam, że gdy zatrzymywaliśmy się gdzieś przy brzegu, bywało, że chodziłem z Jasiem na grzyby, podczas których to wypraw opowiadał mi o swoim życiu. Bardzo wzruszające były to opowieści, jak sobie przypominam.
Tego nie ma w filmie
Jak mówiłem, podczas rozmaitych zdarzeń kamera była cały czas włączona. Nagrano kilometry taśmy i siłą rzeczy, większość z filmu wypadła. Na przykład pamiętam taką scenę koło Białobrzegów, bo płynęliśmy od Gdańska do Warszawy prawie dwa miesiące, a potem na Zalew Zegrzyński i w górę Bugo –Narwi. Tam właśnie, przepływając pod mostem, sypały się na nas kartofle, bo furmanka na moście się wywróciła. Wiec leciały one na nas rozbijając piramidę, którą właśnie zbudowaliśmy. Wtedy kapitan umierał na zawał i tak miał się kończyć film, ale z tej wersji zrezygnowano. Również balu kapitańskiego w zasadzie w filmie nie ma.
Nie ma też wielu ujęć, które zostały nakręcone w tzw. sekcjach. Podzielono bowiem nas na grupy zainteresowań. Jednych do śpiewaczej, innych do gimnastycznej. Nas, jako że śpiewaliśmy i graliśmy, umieszczono oczywiście w sekcji gimnastycznej, która zajmowała się często budowaniem piramid, co widać na zdjęciu. Z tymi zajęciami związanych było wiele zabawnych zdarzeń, choćby sytuacja z chodzącym po barierce Missisipi, ale tylko bardzo nieliczne trafiły do filmu.
X
Była to dla mnie wtedy, wspaniała przygoda, długa podróż statkiem, na dodatek, wśród znanych z ekranu ludzi. Ale jednocześnie twarda szkoła, zwłaszcza w kontekście monopolowym. Dziś, jak przypominam sobie to, co tam się działo, myślę, że to cud, że nikt się nie utopił. Moje zaistnienie na planie „Rejsu”, spowodowało, że zagrałem potem epizody w kilku teatrach telewizji i paru filmach, po czym moją, nazwijmy to, „karierę” aktorską, przerwało powołanie do wojska. Jeszcze w roku 1974, jako uczestnik „Rejsu” zaproszony zostałem na festiwal filmów polskich do Łagowa, gdzie nawet brałem, udział obok kilku innych osób, w spotkaniach z publicznością. I to było moje ostatnie spotkanie z „Rejsem”.
Pozostały przyjaźnie, ale i te się kurczą, bo coraz mniej z osób płynących wtedy „Dzierżyńskim” żyje. Zginął też, zakłuty nożem w lesie Kabackim, Missisipi. Missisipi nie wpada już do Wisły.
Wspomnienia notował
Sławomir Burzyński

 



0
Oceń
(0 głosów)

 

Opinie i komentarze użytkowników (1)

GąsiorGąsior
0
Ciekawa historia, lubię jak Pan Franciszek opowiada o "Rejsie" i tym, co przeżył na planie. Wiadomo jednak, że ten polski parostatek cały czas płynie, zmieniają się tylko kapitanowie i każdy traktuje podróż jak bal kapitański. A my tu na dole cały czas tańczymy w rytm albo arytm teju muzyczki. (2006-01-06 00:00)

skomentuj ten artykuł

e-Sochaczew.pl poleca filmy