Skodą Spartak Tośka w przeszłość- Wywiad z legendarnym polskim reżyserem Edwardem Etlerem.

/ 8 zdjęć
Zdjęcia i foto: Skodą Spartak Tośka w przeszłość- Wywiad z legendarnym polskim reżyserem Edwardem Etlerem. Film, fotografia sochaczew
+3

Skodą Spartak Tośka w przeszłość.

Wywiad z Edwardem Etlerem.

Drugiego dnia Małego Festiwalu Filmów Fabularnych – „Tosiek” w kinoteatrze Polonez w Skierniewicach, na zaproszenie organizatorów wystąpił Edward Etler. Reżyser spotkał się z uczestnikami festiwalu, którym opowiedział o swoim życiu artystycznym. Mnie, również o swojej przyjaźni z Antonim Nurzyńskim, czyli Tośkiem, któremu festiwal jest poświęcony. Naszą rozmowę zacząłem jednak najpierw od pytań o łódzką szkołę filmową, bo to od niej wszystko się zaczęło. Dorosłe życie oraz wielka i nieco tragiczna przygoda z kinem w tle. Edward Etler z powodu swojego żydowskiego pochodzenia jest piętnowany przez PRLowskie władze. W 1968 roku opuszcza Polskę, w momencie kiedy w zasadzie podejmuje swoje pierwsze kroki w branży filmowej, jako utalentowany reżyser.

Antoni Nurzyński – skierniewiczanin, operator filmowy, którego talent i wybitna osobowość być może w tamtych, PRLowskich czasach bardziej szkodziły niż pomagały. Umiera, po długiej walce z nałogiem alkoholowym w 1974 roku. Żył 39 lat.

*

[Edward Etler (ur. 29 grudnia 1931 jako Edward Grossbaum w Warszawie) – polski reżyser i dziennikarz żydowskiego pochodzenia. Twórca jednego z pierwszych, polskich filmów telewizyjnych - Pistolet Typu "Walter P-38" z 1962 roku. Wciąż związany z filmem]

*

W rozmowie z uczestnikami festiwalu Tosiek, wspominał Pan o tamtym klimacie, atmosferze na planie filmowym sprzed 50 i 60 lat. Był Pan studentem łódzkiej szkoły filmowej, która stworzyła podwaliny polskiego kina powojennego. Czy Pan i Pana koledzy – studenci łódzkiej filmówki, w tym również oczywiście Antoni Nurzyński, mieli tę świadomość, że uczestniczą w czymś wielkim - w tworzeniu nowego rozdziału naszego kina?

Kiedyś, w tych strasznych czasach to praca twórcza, praca w kinie nadawała status, który dziś nazywa się vipem. Cokolwiek Pan nie zrobił, jeśli się Pan dotknął w ogóle sztuki i jeżeli Panu coś wyszło, to był Pan nadczłowiekiem w stosunku do tego co działo się wokół. Myśmy w ogóle byli kopnięci lekko, nam się zdawało…

Ale tak pozytywnie?

Nie wiem czy to było pozytywne… bo nam się zdawało, że nas nie obchodzi komunizm, socrealizm, idee, takie czy inne partie - my działamy w sztuce. I to była ta świadomość, że Pan jest uduchowiony, bo Pan robi to COŚ. A ponieważ tak się składało, że nabór do szkoły był bardzo selektywny i tam idiotów nie było, to rzeczywiście było tam coś arystokratycznego wtedy, w tej szkole.

„Ty wiesz Edward? Ty naprawdę kochasz ten szmelc”?


Pisałem o tym w Izraelu, że pewnego dnia w tych najstraszliwszych chwilach socrealizmu, nacisków partii, nagle ambasada amerykańska w Warszawie przysyła nam film Rhapsody in Blue o Gershwinie. Przedtem na okrągło oglądaliśmy Czepejewa barci Wasiliew (Czapajew film produkcji ZSRR z 1934 roku, o autentycznym dowódcy oddziału Armii Czerwonej - Wasiliju Czapajewie – przyp. red). Myśmy na pamięć znali tego Czapajewa. Śpiewali Czapajewem, mówili Czapajewem… aż się zużyła kopia filmu i nie można było nic oglądać. I wtedy przychodzi amerykański film Rhapsody in Blue. I my siedzimy, oglądamy i ta część socjologiczna nas pasjonuje! Jak oni się ubierają w Ameryce, jak oni chodzą, jak oni mówią, jakimi autami jeżdżą. Poza samą warstwą znaczeniową, fabularną, nas interesowała ta kwestia, jak Panu powiedziałem socjologiczna… ale w międzyczasie także muzyka. Jazz. Zespoły jazzbandowe, których Pan nie słyszał bo jazz był zakazany. Był w podziemiu…


Tutaj można wymienić nazwisko – Komeda.


Krzysio to nie człowiek. Dla mnie to Bóg. Ja nie mogę o nim mówić bez łez w oczach. Wspaniały człowiek, kochany przyjaciel i człowiek niezwykle inteligentny. Jak Pan miał jakiś pomysł, to Pan do niego biegł i mógł o nim powiedzieć, jak Pan się żenił to On pokazywał z kim.


Można chyba powiedzieć, że formacja czy też grupa, którą Pan tworzył z Antonim Nurzyńskim, była rozbita stylistycznie? Tam byli różni ludzie.


Nie było jednego modelu. Każdy był inny, ale myśmy się jakoś tak dobierali zainteresowaniami. Ja na przykład pozostałem wariatem na samochody, jeździłem w rajdach. Miałem tą swoją ścieżkę dodatkową. Krzysiu (Krzysztof Komeda – przyp. red.) miał swoją muzykę, która była piękna. Myśmy kochali Rhapsody in Blue dlatego bo tam był ten jazzband amerykański... Ja kiedyś Krzysztofowi powiedziałem, o mojej fascynacji jazzem. Krzysztof zażartował ze mnie i zapytał: Ty wiesz Edward? Ty naprawdę kochasz ten szmelc? Stwierdził, że jestem jedynym zjawiskiem w towarzystwie. Człowiek który nie słyszy półtonów, ale ma pamięć muzyczną. Jedyny w swoim rodzaju. A sam Krzysiu był wspaniały.


A kiedy pojawiła się ta świadomość że jest to jednak COŚ innego? Są nawiązania do kultury zachodniej, kina amerykańskiego, ale powstaje nowy język polskiego filmu. Czy w ogóle taka świadomość się pojawiła?


Tak. Wtedy, kiedy okazało się, że sztuka która wychodzi ze szkoły filmowej, którą dotuje się, która wykluwa się z tego co tam się dzieje, jest przyjmowana na arenie międzynarodowej, na festiwalach.

Jak Romek dostał nagrodę za Dwóch ludzi z szafą (film Romana Polańskiego. W 1958 roku dostał nagrodę na Międzynarodowym Konkursie Filmów Eksperymentalnych w Brukseli – przyp. red.) to wtedy zrozumiano, że to co tu się dzieje, ma wymiary międzynarodowe. Poza tym Europa Wschodnia nie miała na Zachodzie przedstawiciela, który potrafiłby wszystko opisać. Co się dzieje, jak ludzie żyją, czym się pasjonują, co ich męczy, co ich drażni co kochają. I te takie filmiki nasze, zaczęły pokazywać się tu i tam.


„To było pasjonujące! Myśleli zawsze, że wszystko co my robimy jest próbą obejścia cenzury, obejścia socrealizmu, a to gówno prawda”.


Pamiętam, jak poszedłem do kiosku kupić sobię żyletkę do golenia i zobaczyłem gazetę. Na pierwszej stronie był napis – Srebrny żagiel dla Edwarda Etlera (za Cmentarz Rhemu na Międzynarodowym Festiwalu Filmów w Locarno w 1962 roku – przyp.red.). Anioły we mnie wstąpiły! Ktoś mnie zrozumiał, wyczuł… Okazało się potem, że ja właściwie nagrodę otrzymałem nie za film cały, tylko za ten fragment filmu w którym dziewczynka wchodzi do synagogi i znika w ścianie. Krzysztof Komeda podłożył mi dźwięki ksylofonu do jej kroków na podłodze. Za to dostałem nagrodę. A to był fragment, który wytwórnia, za Boga, nie chciała puścić. Gdyby nie to, że Wajda mnie poparł, to tego fragmentu by nie było, a bez niego nie ma kompletnego filmu!

Jeszcze śmieszniejsza sprawa, jak zrobiłem Trzynaste piętro z Jankiem Nowickim. Jedzie on w filmie odwiedzić swoją dziewczynę (główny bohater jest uwięziony w popsutej windzie, przed tytułowym trzynastym piętrem. Zaczyna rozmyślać i wyobrażać sobie przyszłość – przyp. red.). Winda utkwiła między piętrami i on tę swoją dziewczynę widzi przez lata – jak żyje, jak ona wychodzi za mąż i ma dzieci. Gdy winda rusza, on rozumie że to wszystko mu się zdawało. To wszystko nieprawda. Ona nie puszcza się ze swoim sąsiadem, nie ma żadnych szalonych zabaw (w scenach brał udział słynny operator filmowy – Sławomir Idziak. Jak stwierdził w rozmowie Etler: tańczył u mnie w filmie, bo pięknie tańczył i ja go wtedy wziąłem – przyp. red.). I on staje przed drzwiami do domu dziewczyny, gotów już wejść mimo że widział co go czeka, i nagle patrzy - kwiaty które miał w celofanie zwiędły… ale dlaczego ja o tym mówię? To jest ciekawe. Jak dostałem prasę włoską, to co Włosi zrozumieli? Że ja właściwie opisuje życie w Europie Wschodniej, jakieś niemożliwości. Są tam paralele, o czym ja w ogóle nie myślałem. Znaczy… oni szukali czegoś co mogło być, ale czego nie było wcale. To było pasjonujące! Myśleli zawsze, że wszystko co my robimy jest próbą obejścia cenzury, obejścia socrealizmu, a to gówno prawda. To było po prostu robinie kina, które nam się zdawało dobre. A przy okazji, to że oni tak do tego się częściej odnoszą ( do wolności słowa, cenzury – przyp. red.) to już ich sprawa.


„Tosiek Nurzyński należał do czołowych artystów polskiego kina…”


Najważniejsze dzieło Antoniego Nurzyńskiego? Czy to jednak będzie Matka Joanna od aniołów?


Nie. Mój Cmentarz Rhemu oczywiście. To, co on zrobił u mnie. To w ogóle nie ma porównania. Zrobiony bez tej machiny fabularnej…


To chyba jeden z pierwszych filmów…


… Naszych - jego i mój. On zaczynał przedtem, ja jeszcze nie… Dlaczego ja tak wysoce cenię jego pracę? On to robił w bardzo prymitywnych warunkach. Starą kamerą, na nic niewartej starej, NRDowskiej taśmie. Był sam jak palec z tą kamerą, z tym kręcącym się kołowrotem z drzewa (był to prowizoryczny kran kamerowy, dzięki któremu Antoni Nurzyński mógł w miarę dynamicznie panoramować obraz 360 stopni. Taki drewniany statyw obrotowy, twórcy filmu zdobyli jak powiedział Etler, od rzeźbiarzy z Akademii Sztuk Pięknych – przyp. red.) i ze mną, który żądał od niego niemożliwych rzeczy. W wysokonakładowym filmie fabularnym miałby znakomity steadicam. Robił by to, przy całej pomocy jaką oferuje technika wraz ze znakomitymi asystentami. Tak, to jest jego najlepszy film… ale co chciałem Panu powiedzieć, a co jest moim zdaniem najważniejsze - Tosiek Nurzyński należał do czołowych artystów polskiego kina, a przede wszystkim operatorów. On był operatorem należącym do klasy Jurka Lipmana, Jurka Wójcika… I to jemu Skierniewice ufundowały skrawek miasta (jego imieniem nazwany został pasaż w Skierniewicach – przyp. red.)


A kiedy był Pan ostatnio w Skierniewicach?


Po czterdziestu kilku latach jestem tu ponownie. To nie są te same Skierniewice, jak przyjeżdżałem do nich samochodem Tośka Nurzyńskiego skodą Spartak... Byłem głęboko urzeczony domem państwa Nurzyńskich. Gdzieś widziałem zdjęcia niedawno… Pamiętam przyjazdy i potem film był urwany… bo myśmy tam pili na umór… Olbrzymie mieszkanie, chyba jedyne na świecie, w którym książkami pokoje były zastawione od podłogi do sufitu. Ja podobnego mieszkania nie widziałem na świecie, a Bogu dzięki jeździłem dużo i wizytowałem u różnych dziwnych ludzi. I u szaleńców i wariatów, intelektualistów, u muzyków, artystów. Nie widziałem nigdy mieszkania, w którym książki zajmują właściwie całą przestrzeń. To mieszkanie było otwarte również dla zwierząt (państwo Nurzyńcy mieli własne gospodarstwo, hodowali m. in drób – przyp. red.). Oni kochali przyrodę.


Antoni Nurzyński lubił czytać.


Myślę, że on się od ojca tego nauczył. Ojciec kupował wszystko co wychodziło i co można było nabyć. Z półek wysypywały się książki! Żeby dojść do półek on musiał rozsuwać te książki z podłogi. I ciekawe, że ojciec Nurzyńskiego – Klemens, lekarz, przeuroczy, cudowny człowiek, wiedział która książka gdzie jest, w którym miejscu. On pamiętał: A widziałeś Grahama Greene’a Trzeci Człowiek. Tu stoi, trzecia od lewej... To byli cudowni ludzie których niestety już nie ma. Żal mi Tośka. To co powiedziałem, tam na spotkaniu... wie Pan, że on właściwie…


Był samotny?


… Piekielnie samotny, ale przez to samotny, że on sobie nie umiał dobrać dziewczyny z którą mógł spędzić kawałek życia, która by go rozumiała. On był strasznie łasy na komplementy. On kochał, jak każdy artysta, żeby powiedzieć coś dobrego o nim. Żeby na niego uwagę zwrócić – tak a nie inaczej się ubrałeś, fajne buty. Brakowało mu tego.


„Nurzyński był ofiarą wyrzucenia Żydów z Polski w ‘68 roku. Bo gdyby mnie nie wyrzucono z Polski to On by żył”.


To było piękne pokolenie artystów, ale było to także pokolenie wariatów, szaleńców. Coś tam się działo w tych ludziach, co nie zawsze było zdrowe. Ta pogoń za wypowiedzeniem się, jakoś budowała inne normy życiowe. Jak mówię w Izraelu (Etler tam mieszka i pracuje po antyrządowych działaniach władz PRLowskich w 1968 roku – przyp. red.) o przyjaciołach moich którzy odeszli jak Komeda, Nurzyński, Leszczyński, to ja wtedy myślę o jednej rzeczy - Nurzyński był ofiarą wyrzucenia Żydów z Polski w ‘68 roku. Bo gdyby mnie nie wyrzucono z Polski to On by żył. Ja, jako jedyny potrafiłem wytłumaczyć mu, gdzie jest granica kiedy pijesz i kiedy przestajesz być człowiekiem, po którym kieliszku. Byłem dumny z tego, że przy mnie on zachowywał się jak człowiek. Picie było, wie Pan, częścią tej szarzyzny która tam panowała. To była ucieczka. Tosiek siadał do stolika i zaczynał pić po to, żeby się zbratać z kimś - żeby kelner się do niego uśmiechnął, szatniarz podał mu płaszcz…


To trochę jak Zdzisław Maklakiewicz?


Maklakiewicz był pijakiem świadomym. Osobą równie otwartą i serdeczną. On lubił alkohol bo ubaw, zabawa… ale Maklak miał świadomość tego, że nie wolno mu przesadzić.


Srebry Lis Felicji T


Na koniec jeszcze chciałbym powrócić do Pana ostatniego filmu, bo rozumiem że ten film jest zakończony i będzie można już go niedługo obejrzeć.


Film ten na pewno będzie można obejrzeć. Ja właśnie chciałem panią Krysię poprosić (Krystyna Piotrowicz – przewodnicząca klubu DKF Eroica w Skierniewicach – przyp. red) żeby u niej tutaj zrobić premierę. Ja pokażę wersję, którą my montujemy z Krzysztofem, moim synem.



Proszę przypomnieć tytuł tego filmu?


Srebrny Lis Felicji T. Jak mówiłem, scenariusz powstał według mojej noweli, którą dedykowałem Andrzejowi Wajdzie. Właśnie zamierzam zwrócić się do Andrzeja, ponieważ był opiekunem artystycznym pierwszego filmu jaki robiłem z Tośkiem Nurzyńskim…


Cmentarz Rhemu


…żeby był także opiekunem artystycznym Srebrnego lisa. Film montujemy właściwie w tej chwili w domu Krzysia. Producent przeputał kasę i montujemy film bezprawnie, z materiałów które są robocze, nie z materiałów oficjalnych. Niestety producent rozsiewa plotki, że mnie się nie udało zakończyć filmu, reżyser uciekł do Izraela i tak dalej. Montuje więc po to, aby móc pokazać w Instytucie Sztuki Filmowej, że film jest ciekawy i należy go skończyć.


Czekamy więc z niecierpliwością na kolejny Pana film. Bardzo dziękuję za rozmowę!


Z Edwardem Etlerem rozmawiał Marek Baltycki.

Skierniewice, 22.09.2012



 



0
Oceń
(0 głosów)

 

Opinie i komentarze użytkowników (0)

skomentuj ten artykuł

e-Sochaczew.pl poleca filmy