Zaloguj się do konta

Sochaczewskie tenisowe granie

Tygodnik Ziemia Sochaczewska
2013-08-02
Wiadomości z UM

 

Z Pawłem Rogowskim, prezesem obchodzącego 10-lecie Sochaczewskiego Towarzystwa Tenisowego, o historii naszych kortów i związanych z nimi ludziach a także niezwykłej propozycji Wojciecha Fibaka, rozmawia Sławomir Burzyński.

 

Podobno w tych dniach obchodzisz okrągłą tenisową rocznicę związaną z pierwszą wizytą na sochaczewskich kortach.

Tak, pamiętam to dokładnie, był 20 lipca 1973 roku, a więc równo 40 lat temu. Przyprowadził mnie Ryszard Łakomski, ówczesny prezes klubu i przedstawił opiekunowi kortów, znanemu i szanowanemu wówczas przez wszystkich panu Aleksandrowi Weberowi. Przyniosłem ze sobą dwie rakiety i cały ekwipunek, licząc na grę. Tymczasem pan Weber powiedział do mnie: To ci dzisiaj nie będzie potrzebne. Wziął ode mnie torbę z rakietami i schował do skrzyni, a mnie, zamiast tego, wręczył motykę, z którą łączą mnie pierwsze tenisowe wspomnienia z pielenia zarastającego trawą kortu.

 

Wspomnijmy może też, skąd się wzięła twoja nagła miłość do tenisa.

Kiedyś pewnie bym się publicznie nie przyznał, ale dziś już chyba mogę. Po prostu te dwie pierwsze rakiety znanej wówczas i cenionej marki Donnay wygrałem w pokera. Cóż było robić, trzeba było je wykorzystać. Ale nigdy tego nie żałowałem. A wtedy, już dwa dni później, 22 lipca, podczas państwowego święta, Aleksander Weber pokazał mi pierwsze tenisowe odbicia.

 

Przy tej okazji warto wspomnieć, że Aleksander Weber to była dla sochaczewskiego tenisa postać niezwykła. Ja również miałem okazję go poznać, gdy zjawiłem się na kortach przy Warszawskiej jakieś 2 - 3 lata po tobie.

Była to osoba niezwykła, ale nie z racji znakomitej gry, bowiem gdy my zaczynaliśmy, pan Aleksander miał już swoje lata. Pamiętam jak dostojnie kroczył zawsze ze swym nieodłącznym pieskiem i nikt nie był w stanie mu się sprzeciwić. To on decydował, kto i ile ma grać i na którym korcie. Jego decyzje nie podlegały negocjacji. Starał się, aby wszyscy młodzi, którzy przychodzili i trawę oraz chwasty karczowali, mieli też szansę pograć.

 

Oczywiście nie tyczyło się to ówczesnych tuzów sochaczewskich kortów, jak Sylwester Rozdżestwieński, Waldemar Duda, Zygmunt Mikołajczyk czy Wojciech Sitarek.

To prawda, ale i oni bardzo się z jego zdaniem liczyli. To była ta pierwsza grupa. My przyszliśmy już na fali zainteresowania tenisem po sukcesach Wojciecha Fibaka. Wtedy pojawiła się większa liczba chłopaków, choć oczywiście nie tak liczna jak dziś, którzy na korty zaczęli regularnie przychodzić.

I wtedy zaczęło się poszukiwanie sprzętu, a zwłaszcza rakiet, z czym w tamtych czasach nie było tak łatwo,

Ja miałem sprawę ułatwioną, o czym była tu już mowa, ale faktycznie ludzie odbijali, czym kto miał, bo dostępu do przyzwoitego sprzętu wtedy praktycznie nie było. W 1975 roku pojawił się pierwszy sklep w Domach Centrum w Warszawie, gdzie sprzedawano drewniane rakiety Dunlopa. Wcześniej powszechnie dostępne były jedynie drewniane polskie rakiety z Bielska Białej, albo rakiety czeskie. Dopiero w początkach lat 80. pojawiły się aluminiowe Polonezy, które przetrwały pewnie z 10 lat, ale były ciężkie i często pękały.

 

A przecież były to już lata 70. i 80.

No właśnie, ale wtedy nikt w Polsce tenisa nie rozwijał, był to sport bardzo niszowy. Mówiło się nawet, że elitarny, co mogło, i pewnie czasem tak było, imponować. Przechadzające się Warszawską dziewczyny zerkały miłym wzrokiem na grupkę wybrańców odbijających piłkę na kortach. Z roku na rok jednak ludzi po tej stronie płotu przybywało.

 

Przyszedł nawet taki czas, że jakby jeden swój kort miał tutaj Energomontaż - Północ.

Tak, ale oni za to wspomagali obiekt. A to mączkę kupili, a to zrobili w zakładzie ławkę, dawali też farbę do malowania ogrodzenia czy ławek. Za to na trzecim korcie mieli pierwszeństwo gry. Chociaż trzeba powiedzieć, że wówczas, czyli w drugiej połowie lat 80., dość regularnie przychodziło tu zaledwie kilkanaście osób, a więc dostępność do kortów była nieporównywalnie większa niż teraz. Niestety, brakowało za to dostępu do lepszego sprzętu, dobrych piłek, a także fachowych instruktorów. Sami uczyliśmy się na błędach. Ale i tak frajda była wielka. Dziś grywa w miarę regularnie około 60 osób.

 

Sytuację na kortach zmieniły dopiero przemiany ustrojowe na przełomie lat 80 - 90. Przyniosły one jednak również pierwsze zagrożenia.

Najpierw podjęto próbę komercjalizacji kortów i przez dwa lata w ogóle tu nie graliśmy, bo ceny były zaporowe. Jednak okazało się, że najemca i jego ekipa nie bardzo wiedzieli, jak pielęgnować taki obiekt. Może też nie było wystarczającej liczby pracowników i korty zaczęły ulegać dewastacji. Ostatecznie tamto przedsięwzięcie upadło, a my wróciliśmy, przywracając już po kilku miesiącach obiekt do stanu poprzedniego.

 

Ale spokój nie trwał długo, bo pod koniec tysiąclecia pojawił się pomysł, aby teren zajmowany przez korty sprzedać pod hotel.

Wtedy właśnie w celu obrony kortów, bo pomysł uważaliśmy za bezsensowny, powołaliśmy pierwsze, nieformalne jeszcze, stowarzyszenie sympatyków tenisa. To pozwoliło nam na publiczne zabieranie głosu, choćby na sesjach rady miasta, gdzie przekonywaliśmy radnych, iż zburzy to całą formułę obiektu sportowego, jakim jest MOSiR. Ta obrona ostatecznie przyniosła efekty i korty zostały, a my, nauczeni doświadczeniem, postanowiliśmy sformalizować te nasze działania i w 2003 roku złożyliśmy wniosek do Krajowego Rejestru Sądowego o zarejestrowanie organizacji, która nazywa się Sochaczewskie Towarzystwo Tenisowe.

 

I w roku 2003 zostałeś wybrany prezesem tego stowarzyszenia.

Tak i pełnię tę funkcję już czwartą kadencję, bo co trzy lata następują wybory. Chcę jednak przy tej okazji powiedzieć, że rejestracja stowarzyszenia nie była sztuką samą dla siebie, ponieważ zapisane mamy w statucie rozwijanie tenisa ziemnego na terenie Sochaczewa. Tak więc przez ten czas wykształciliśmy sześciu instruktorów, którzy teraz szkolą młodzież i dzieci. Kolejnych dwóch będziemy mieli za dwa tygodnie, bo są właśnie w trackie egzaminów. Tak więc, gdy organizujemy mistrzostwa Sochaczewa dla najmłodszych, pojawia się już około 30 - 40 dzieci, z których, mamy nadzieję, w przyszłości część będzie uprawiała ten sport choćby amatorsko.

 

Co prawda z naszych kortów nie wyszedł na razie żaden odnoszący znaczące sukcesy zawodnik, ale mamy za to wychowanego na tym obiekcie sędziego tenisa, o którym już w Ziemi pisaliśmy.

Mamy sędziego klasy międzynarodowej Ariela Lisowskiego, który jest wychowankiem tych kortów, a dziś sędziuje mecze największych światowych gwiazd, jak choćby Radwańskiej, Szarapowej czy Janowicza. Mamy się więc kim pochwalić, zwłaszcza że Ariel jest także sekretarzem kolegium sędziów w Polskim Związku Tenisowym. Żadna inna dyscyplina w Sochaczewie nie posiada sędziego na takim poziomie.

 

Wróćmy jeszcze do historii, bo przecież nie od nas rozpoczął się tenis w Sochaczewie.

Oczywiście, z tego co wiem, budowa tych kortów rozpoczęła się w 1958 roku. Wcześniej kort był na płycie głównej stadionu, za bramką od ul. Warszawskiej. Gdy deszcz popada, jeszcze dziś widać po nim ślad. Istniał on jeszcze przed II wojną światową. Obecne korty, w latach 50.  budowali  m.in. Aleksander Weber i Wojciech Sitarek. Ze względu na brak środków i ludzi powstawały aż siedem lat, a więc do 1965 roku.

 

Niestety wydaje się, że mocno już dziurawa siatka ogrodzeniowa pochodzi jeszcze z tamtego okresu.

Sądząc po jej stanie jest to bardzo prawdopodobne i właśnie dlatego najpilniejszym naszym celem jest nowe ogrodzenie kortów.

 

Ostatnimi czasy sporo pozytywnego fermentu zrobiła propozycja, aby nasz obiekt stał się częścią Akademii Tenisowej Wojciecha Fibaka.

Projekt ten cały czas jest przygotowywany, choć częsta nieobecność w kraju głównej postaci tego przedsięwzięcia trochę te przygotowania spowalnia. Wojciech Fibak był u nas na kortach i wstępnie zaakceptował je jako element swojej Akademii. Od tego czasu jestem z nim w dość regularnym kontakcie telefonicznym.

 

Na czym miałby ten projekt polegać?

Otóż Wojciech Fibak ma pomysł, aby wytypować ok. 200 - 300 ośrodków tenisowych w kraju. Te ośrodki miałyby kontakt między sobą poprzez prowadzenie wspólnych szkoleń i organizację turniejów. Byłaby też między nimi rywalizacja, w wyniku której on sam lub jego obserwatorzy wyszukiwaliby młode talenty. Ci wyselekcjonowani mieliby szansę przejścia do silniejszego ośrodka, gdzie będą trenerzy wyższej klasy. Tą drogą - eliminacji i szkolenia utalentowanej młodzieży najlepsi trafialiby ostatecznie do jednego z trzech ośrodków tenisowych na najwyższym w kraju poziomie. W ten sposób utalentowane dzieci nawet z małych ośrodków miałyby szansę zostać gwiazdami tenisa i ruszyć szerszą ławą na podbój światowych kortów. Włączając się do takiego projektu, dalibyśmy taką szansę również młodym sochaczewianom.

 

Rozumiem, że jeśli do tego dojdzie, nasz klub będzie firmowała Akademia Tenisowa Wojciecha Fibaka.

Oczywiście, otrzymamy wtedy firmowe banery i inne rozmaite materiały reklamowe. Taki jest plan i rozmowy wciąż się toczą. Ale jednocześnie myślimy też o budowie siedziby klubu, której obecnie nie posiadamy. Z salą do spotkań, szatniami, natryskami, zapleczem socjalnym i tarasem widokowym, z którego można by było obserwować pojedynki na kortach. Mamy już samodzielnie przygotowany projekt tego obiektu, z propozycją usytuowania go tuż za siatką kortów, od strony bramy stadionu, na działce, którą wraz z kortami od MOSiRu dzierżawimy. To dałoby nam zdecydowanie większe możliwości organizacji atrakcyjnych imprez.    

Opinie (0)

Nie ma jeszcze komentarzy do tego artykułu.

Portal Społeczności Sochaczewa 2000 - 2019