Statut czy statuty?

     Do napisania tego polemicznego tekstu skłonił mnie tekst redaktora naczelnego „Expressu Sochaczewskiego” Pana Jerzego Szostaka noszący tytuł „Ściśle jawne”, poddający krytyce użyte przezemnie, sformułowanie „Statuty”, m.in. w tytule niewielkiej okolicznościowej publikacji wydanej przez Urząd Miasta w Sochaczewie. Szanowny Pan Redaktor krytykując mnie, skrytykował tym samym m.in. mieszkających w Sochaczewie autorów publikacji historycznych, czy też władze miasta Sochaczewa, które na wzgórzu zamkowym umieściły baner z nazwą „Statuty Mazowieckie”. 

     Krytykuje Pan innych publicznie, a sam nie zauważa tego „karygodnego błędu” w swojej gazecie, tzn. „Expressie Sochaczewskim”. Zaledwie miesiąc wcześniej w swoim tygodniku (O dobrym księciu, co żonę udusił, „Express Sochaczewski”, nr 18 z 9 maja 2017 roku, s. 26) i na stronie internetowej swojej gazety (http://expressochaczewski.pl/2017/05/08/o-dobrym-ksieciu-co-zone-udusil/), fotografie podpisał Pan słowami „Statuty Sochaczewskie”, używając w obydwu przypadkach liczby mnogiej. Podpis pod fotografie został dodatkowo wytłuszczony.

     Zatem Szanowny Pan Redaktor również wymiennie używa nazwy dokumentu z 1377 roku, w tekście (statut), natomiast w podpisach pod fotografie (statuty). Nie złożył Pan jednak samokrytyki. Co się zatem przez ten miesiąc stało, że zmienił Pan zdanie? 

     Gdybym był czepialski, to bym zapytał, co to w ogóle za podpis fotografii „Statuty Sochaczewskie” i skąd ona pochodzi. Kłania się tutaj znajomość zasad publikowania kopii dawnych dokumentów znajdujących się w archiwach, czy bibliotekach. Za każdym razem, gdy publikuję fotografię dokumentu, występuję o zgodę do archiwum i staram się pamiętać o stosownym podpisie, które wymagają archiwa. Choćby w tym tygodniu otrzymałem zgodę na publikacje pewnych dokumentów. Warunkiem bezpłatnej publikacji było, tu cytat z otrzymanego urzędowego pisma „w podpisach zdjęć zostanie podany właściciel oryginałów reprodukowanych pozycji, w formie zdania: Ze zbiorów Biblioteki Uniwersyteckiej w Warszawie”. A u Pana nie ma podpisu. A powinien być: AGAD (Archiwum Główne Akt Dawnych). Tutaj nie jest najważniejsze, kto wykonał fotkę, ale gdzie znajduje się oryginał. Przepraszam, że to piszę. Ale pragnę tym zauważyć, że jak się chce, to do wszystkiego można się przyczepić, tylko po co.

     A prawidłowy uproszczony podpis, podchodząc do rzeczy rygorystycznie powinien brzmieć choćby tak: „Jedna ze stron kopii statutu mazowieckiego zamieszczona w Metryce Koronnej znajdującej się w Archiwum Głównym Akt Dawnych w Warszawie”. Autor podpisał fotografie tylko „Statuty Sochaczewskie”. Nie czepiam się. Rozumiem, to jako skrót myślowy, gdyż w gazecie podpis musi być krótki.

     Krytykę zawsze przyjmuję z pokorą. Nawet w tym tygodniu doświadczyłem słusznej i błogosławionej krytyki. Błogosławionej, bo dzięki pewnemu spotkaniu, dowiedziałem się czegoś nowego o dziejach Sochaczewa z okresu międzywojennego, o czym wcześniej wiedziałem z innego źródła, może zbyt mocno subiektywnego. Poznałem nowe dokumenty. Krytyki, jeśli merytoryczna i życzliwa, nie należy się bać. Choć zawsze, wyznaję chrześcijańską zasadę miłosierdzia, i nie krytykuję wszystkiego w czambuł, tylko dlatego, że ktoś się przejęzyczył, popełnił literówki, czy użył niezręcznego skrótu myślowego, czy nawet popełnił słowną gafę, gdyż sam popełniam niezręczności.

     Ale do rzeczy. W wzmiankowanym okolicznościowym tekście – niżej podpisany – cytując, czy łaciński tekst, czy polskie jego tłumaczenie (zresztą jak wcześniej w swojej książce „Dzieje Sochaczewa”), używa określenia statut, podobnie pod fotografią, pod inną fotografią słowa „statuty mazowieckie” autor umieszcza w cudzysłowie, wreszcie używa w jednym zdaniu sformułowań „zmiany prawne opracowane w Sochaczewie, zwane w późniejszej literaturze statutami mazowieckimi lub statutami sochaczewskimi, zostały ogłoszone na wiecu ziemskim 27 kwietnia 1377 roku”. Z kolei w innych fragmentach tekstu używa rzeczywiście liczby mnogiej.

     Oba sformułowania „statut”, „statuty” dla określenia dokumentu ogłoszonego w Sochaczewie w 1377 roku, przyjęły się w literaturze historycznej i tego nikt nie zaprzeczy. Określenia w liczbie mnogiej „statuty” używają m.in. znakomici sochaczewscy historycy czy archeolodzy: Leszek Nawrocki (Kalendarium wydarzeń historycznych na ziemi sochaczewskiej, Sochaczew 2000, s. 8); Aleksander Grzegorz Turczyk (Historie sochaczewskie, Sochaczew 2001, s. 4; Łukasz Popowski (http://www.historycznie.uni.lodz.pl/sochaczew.pdf). A nawet pracownik Muzeum Ziemi Sochaczewskiej i Pola Bitwy nad Bzurą Mariusz Samborski, w sztandarowej publikacji, t.zn. w „Roczniku Sochaczewskim” z ubiegłego roku, używa określenia „statuty sochaczewskie, zwane również statutami mazowieckimi” (Wzgórze zamkowe w Sochaczewie, „Rocznik Sochaczewski”, zeszyt 1, 2016, s. 76).

     Czy to znaczy, że ich publikacje należy wyrzucić na śmietnik historii. Usunąć choćby z Biblioteki Miejskiej. Uważam, że zdecydowanie nie. W literaturze historycznej naprzemiennie pojawiają się oba określenia „statut”, „statuty”. Znalazłem się zatem w gronie zacnych osób, których również należałoby ostro skrytykować. Ale nie jestem, aż takim rygorystą.

     Czy zatem autor krótkiego opracowania i inni używający słowa „statuty”, popełnili aż tak wielki błąd, używając w swoich publikacjach wymiennie określeń statuty i statut. Należy zatem wyjaśnić skąd wzięły się oba określenia, używane tak w literaturze naukowej, jak i tej popularnonaukowej. Odpowiedź jest bardzo prosta. 

     Oryginał dokumentu z 1377 roku nie zachował się, albo nie został jeszcze odnaleziony. Najlepiej tu zatem sięgnąć do tekstów jak najbliżej zbliżonych do roku wydania rzeczonych aktów prawnych, czy aktu prawnego, czyli do tekstów zapisanych w języku łacińskim. W najstarszych publikacjach zawierających przepisy prawne uchwalone w Sochaczewie znajduje się określenie łacińskie „Statuta Semoviti III ducis in Sochaczow…”, „statuta in terra Mazoviae” (IMT, t. I, nr 22, s. 28) lub „Statuta Ducatus Mazovia…” (AGAD, MK, ks. 1, k. 1–4), W powyższych łacińskich tekstach słowo statut zostało zatem użyte w pierwszej osobie liczby mnogiej „statuta” (statuty). Liczba pojedyncza to „statutum” (zob. Praktyczny Słownik Współczesnej Polszczyzny, pod redakcją prof. dr hab. Halina Zgółkowa, t. 40, Poznań 2003, s. 217). W żadnym łacińskim tekście nie użyto słowa „statutum”, statut. Dlatego też przetłumaczono to określenie jako statuty. I tak się przyjęło w części literatury. Również inne akty prawne określa się często statutami – np. Statuty Karnkowskiego (łac. Statuta seu Constitutiones Carnovianae), Statuty prawa ormiańskiego (łac. Statuta iuris Armenici). Zamiennie używa się również w literaturze określeń „Statuty Wiślickie” lub „Statut Wiślicki”. Nie mylić określenia statuty wiślicko-piotrkowskie. Przykładów można mnożyć. Później w wyniku ewolucji języka polskiego w słownictwie prawniczym zaczęto używać słowa statut, na określenie zbioru przepisów. I dokument ogłoszony w 1377 roku w Sochaczewie nazywano w literaturze naukowej statutem. I tak ten dokument określam w swojej książce "Dzieje Sochaczewa" i w okolicznościowej publikacji, kiedy go cytuję w wersji łacińskiej i tłumaczeniu na język polski.

     Ja bym nie był aż takim rygorystą, potępiającym w czambuł wszystkich, którzy używają liczby mnogiej. I nie potępiam Pana Szanowny Panie Redaktorze, że liczby mnogiej użył Pan w podpisach fotografii. Natomiast Szanowny Pan Redaktor nie zwrócił uwagi na inną rzecz, i chyba chwała mu za to, na określenie wręcz karygodne, którą popełnia piszący te słowa, jak i Szanowny Redaktor „Expresu Sochaczewskiego” i wielu innych pisząc „statut sochaczewski”, „statuty sochaczewskie”. Chodzi o określenie „sochaczewski”, „sochaczewskie”. Nigdzie, w najstarszych kopiach łacińskich rzeczonego tekstu, nie pojawia się przy słowie statuty, nazwa własna sochaczewskie czy sochaczewski. Zawsze jest nawiązanie do księcia Siemowita III, lub do ziemi mazowieckiej: „Statuta Semoviti III ducis…”, „statuta in terra Mazoviae” (IMT, t. I, nr 22, s. 28) lub „Statuta Ducatus Mazovia…” (AGAD, MK, ks. 1, k. 1–4). Nazwa miejscowości Sochaczew pojawia się tylko jako miejsce wydania, ogłoszenia tych praw – Actum in Szochaczewo. Bardziej poprawną, formalną nazwą jest „Statut Mazowiecki”, czy „Statuty Mazowieckie”. Przepisy prawne skierowane były do mieszkańców całego Mazowsza. I nie nazywane były sochaczewskimi. Zapewne jakiś "lokalny albo nie lokalny patriota", i chwała mu za to, od miejscowości, gdzie je uchwalono, nazwał je sochaczewskimi, sochaczewskim. I to znowu popularne określenie, które się przyjęło. Czy należy z nim walczyć? Moim zdaniem nie.   

     Istnieje wiele przyjętych powszechnie obyczajów, nazywania kogoś, czegoś inaczej niż jest w rzeczywistości, nie do końca zgodnego z regułami. Zamiennie używa się imion księcia mazowieckiego, Siemowit, Ziemowit. W Sochaczewie jest ulica Ziemowita, w współczesnej literaturze używa się formy Siemowit. Nauczycieli w szkołach średnich, czy nawet gimnazjach nazywa się profesorami, choć zapewne bardzo nieliczni taki tytuł otrzymali na uniwersytecie, czy od prezydenta. W sochaczewskiej historiografii Włodzimierz Ignacy Garbolewski nazywany jest popularnie starostą, co nie jest do końca zgodne z prawdą historyczną. Ale tak się przyjęło. Dlatego też uważam, że nie jest aż takim błędem używanie przyjętego określenia „statuty sochaczewskie”. Zresztą nie tylko ja tak uważam.

     Z drugiej strony rozumiem bardzo dobrze Pana Redaktora, który chce jak najściślej trzymać się słownictwa prawnego. Mnie też, wiele określeń, używanych w języku potocznym, czy nawet dziennikarskim drażni. Najbardziej mnie osobiście drażni używanie w publikatorach określeń Panie premierze, Panie pośle, Panie senatorze, w stosunku do osób, które już od bardzo dawna nie pełnią tych funkcji. To tak jakby dziennikarz nie mógł przedstawić swojego gościa jako byłego premiera, byłego posła, czy byłego senatora. Podobnie jest z wicedyrektorami, podpułkownikami określanymi jako dyrektorzy, pułkownicy. Pewne rzeczy się przyjęły i trudno z nimi walczyć. Zresztą po co.

     Daleki jestem od aż takiego rygoryzmu i walki z określeniami, które może nie są dokładne, ale jednak powszechnie przyjęte. Odwrotnie. Boję się urzędników rygorystycznie podchodzących do przepisów, bez zrozumienia i poszanowania ludzkich różnorodnych problemów, boję się dyspozytorów pogotowia ratunkowego podchodzących rygorystycznie do procedur wysyłania karetki do umierających, boję się rygoryzmu religijnego (fundamentalizmu), niezależnie od wyznania, który nie widzi człowieka, a jedynie zbiór przepisów religijnych, boję się również historyków i dziennikarzy nie dopuszczających innych interpretacji wydarzeń niż tych zgodnych z aktualną poprawnością polityczną.

     Na pierwszym miejscu stawiam na język zrozumiały dla przeciętnego słuchacza, wypowiadając się w radiu, gazecie, czy podczas prelekcji. Stąd ten skrót myślowy o średniowiecznej Rzeczypospolitej, rozumianej tu jako Polska, Ojczyzna. Nie użyłem przecież określenia I Rzeczypospolita, czy Rzeczypospolita Obojga Narodów. Ważne by przekaz był zrozumiały dla każdego. Nie dotrzemy z opowieścią historyczną do słuchacza, epatując językiem naukowym - historycznym czy prawniczym. To chyba Szanowny Redaktor rozumie doskonale, skoro opatruje swój artykuł o wydarzeniach z 1377 roku rubasznym tytułem „O dobrym księciu, co żonę udusił”. To dlaczego innym odmawia Pan prawa do pewnych uproszczeń, czy skrótów myślowych. 

 


 

0
Oceń
(0 głosów)

 

Autor tego artykułu: Blog Bogusława Kwiatkowskiego wyłączył możliwość komentowania.

e-Sochaczew.pl poleca filmy