Sześć powodów do szczęścia

/ 1 komentarzy
Zdjęcia i foto: Sześć powodów do szczęścia Interwencje i pomoc sochaczew

Ma sześcioro dzieci i nigdy nie powiedziała, że są dla niej ciężarem. Sama pochodzi z wielodzietnej rodziny. Była ósmym w kolejności dzieckiem i od zawsze wiedziała, że chce mieć dużą rodzinę, ale bliźniaków nie planowała. Tak po prostu wyszło.

Zofię Marcinkowską poznałam zimą dwa lata temu. Przyszła pewnego grudniowego dnia do redakcji na Wąskiej w czasie, kiedy trwała nasza akcja „Paczka do paczki”. Stanęła w drzwiach i nieśmiało spytała, czy nie dałabym rady przygotować skromnych paczek dla jej dzieci. Wtedy, w czasie naszej pierwszej rozmowy, tłumaczyła się, że jest w trudnej sytuacji, że nigdy wcześniej nie prosiła o pomoc, że ma nadzieję, że to ostatni raz. Byłam zdumiona tym, co słyszę. Większość osób, którym pomagamy, uważa to za rzecz naturalną. Ta drobniutka, zawstydzona kobieta od razu zrobiła na mnie dobre wrażenie. Kiedy wyszła, koleżankom w redakcji powiedziałam, że takim ludziom warto pomagać.

Grunt to nie narzekać
Ostatnio odwiedziłam Zofię Marcinkowską w mieszkaniu przy ul. Warszawskiej. Mają trzy pokoje, kuchnię, łazienkę. Jak dla ośmiu osób dosyć ciasno. Piętrowe łóżka dla dzieci, najmłodsze bliźniaki śpią w jednym pokoju z rodzicami, wszystkie kąty pozajmowane przez zabawki, dziecięce krzesełka i różne domowe sprzęty. Najmłodsi bliźniacy zasypiali w łóżeczkach, trzyletnia Liwia, bardzo pogodna i ruchliwa, co chwilę zaczepiała mamę, pięcioletni Oktawian nie mógł sobie poradzić z komputerem i też wzywał mamę na pomoc. Dwaj najstarsi synowie – 14-letni Darek i 12-letni Bartłomiej byli jeszcze w szkole. Pani Zosia, mimo że cały czas w ruchu, nie narzeka. Twierdzi, że to, co teraz mają, to i tak luksus.
- Wcześniej mieszkaliśmy na Licealnej. Mieliśmy jeden ogromny pokój z dużą kuchnią, bez toalety. Kiedy byłam w ciąży z bliźniakami, wynajęliśmy to mieszkanie na Warszawskiej – opowiada biegając od jednego dziecka do drugiego. – Mówiąc krótko, było w złym stanie, do generalnego remontu, ale ponieważ mąż jest z zawodu budowlańcem, postanowiliśmy zaryzykować. Ważna była także postawa właściciela, który przez pół roku nie pobierał od nas czynszu, w zamian za wykonanie pewnych prac – dodaje Zofia Marcinkowska.
Zaczęli od wymiany instalacji elektrycznej, bo bez prądu nie da się żyć. Z jednego dużego pokoju zrobili dwa mniejsze, żeby jakoś rozlokować dzieci. Wymienili podłogi – w pokojach są panele, w przedpokoju terakota. Teraz malują pokoje dzieci. Żyją właściwie w permanentnym remoncie, bo jak skończą jeden, trzeba się brać za następny.
- Nasze remonty trwają długo, bo zależą od finansów i od tego, czy mąż ma czas. Żeby były pieniądze, musi dużo pracować. Ostatnio wychodzi wcześnie rano i wraca ok. godz. 22. Z kolei jak nie ma pracy, to na wiele rzeczy brakuje. Ale nie ma co narzekać. Mam nadzieję, że najgorsze już za nami – opowiada nasza bohaterka.

Czasem przychodzi kryzys
Pani Zosia, mówiąc o najgorszym, ma na myśli kryzys, jaki przeżyli zimą. Mąż nie mógł znaleźć pracy. Pieniędzy brakowało na wszystko, a zwłaszcza na ogrzewanie. Mieszkanie na Warszawskiej ma ten mankament, że nie działa centralne ogrzewanie. Jesienią i zimą ciepło dają piece gazowe, ale ich użytkowanie non stop powoduje, że wszystkie oszczędności idą na butle gazowe. To był naprawdę trudny czas. Pani Zosia najbardziej boi się więc zimy.
W takich trudnych momentach rodzina korzysta z pomocy Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej. Nie tylko finansowej czy rzeczowej. Bartłomiej jest członkiem grupy teatralnej działającej w ośrodku, często bierze udział w organizowanych przez MOPS imprezach. W tym roku wyjedzie na kolonie organizowane przez placówkę. Maluchy, choć nie chodzą jeszcze do szkoły, korzystają z pogotowia lekcyjnego w MOPS. W ten sposób uczą się nowych rzeczy, uczestniczą i zdobywają nagrody w konkursach. Pani Zofia uchodzi z kolei za aktywną mamę, która stara się na miarę swoich możliwości zapewnić dzieciom właściwy rozwój.
- Przez przypadek dowiedziałam się, że przysługuje nam dodatek mieszkaniowy z urzędu miasta. Wcześniej myślałam, że mogą go otrzymać tylko te osoby, które mieszkają w zasobach komunalnych. Ta pomoc jest dla nas bardzo ważna, stanowi połowę miesięcznego czynszu – mówi Zofia Marcinkowska. – Wielkie podziękowania należą się także właścicielce baru „Czar PRL”, która od kilku miesięcy funduje dzieciom zupę.

Najważniejsza jest praca
Kiedy pytam, czego im najbardziej potrzeba, słyszę, że najważniejsza jest stała praca dla męża. W tej chwili pracuje, ale dorywczo. Jak przyjdzie zima, w jego fachu znowu może być ciężko z zatrudnieniem. Nie chciałaby powtórki z ubiegłej zimy.
Sama także zamierza wrócić do pracy, bo kończy się jej urlop wychowawczy. Ma nadzieję, że firma Farmakol Mory przyjmie ją po dwuletniej przerwie. I choć to ciężka praca, bo tylko na noce, sama nie ma zamiaru rezygnować. Przed urodzeniem bliźniaków była kontrolerem leków. Sprawdzała czy zgadza się ilość, nr serii i inne parametry medykamentów schodzących z taśmy.
- Pracowałam mając czwórkę dzieci. Dopiero, kiedy urodziły się bliźniaki, skorzystałam z urlopu wychowawczego. Wtedy sobie poradziłam, to i teraz dam radę. Tym bardziej, że starsi chłopcy są odpowiedzialni, dużo pomagają w domu, potrafią się zająć młodszym rodzeństwem. Co prawda rzadko widywałam się z mężem, bo on pracował w dzień, ja w nocy, ale jakoś dawaliśmy radę. Gdybyśmy oboje mieli stałą pracę, nie musielibyśmy wyciągać ręki do nikogo – dodaje.

Trzeba pomagać
W trakcie pisania tekstu przypomniała mi się konferencja zorganizowana niedawno przez sochaczewski urząd i Związek Dużych Rodzin „Trzy Plus” poświęcona m.in. rodzinom wielodzietnym. Występujący tam prelegenci przekonywali, że pomoc takim rodzinom powinno zapewnić zarówno państwo, jak i samorząd. Zwłaszcza w czasach kryzysu gospodarczego nie są one w stanie poradzić sobie same. Burmistrz Osiecki słusznie wtedy zauważył, że czas, aby z takich rodzin zdjąć etykietkę „patologii”, bo to je po prostu obraża. Że duże familie trzeba przyjąć jako dobrodziejstwo, a nie zło konieczne. Pierwszym krokiem w tym kierunku była wprowadzona w Sochaczewie „Karta Dużej Rodziny”. Zofia Marcinkowska jeszcze jej nie wyrobiła. W natłoku obowiązków, nie miała czasu się tym zająć.
Zastanówmy się jednak, czy nie trzeba czegoś więcej, aby duże rodziny czuły się bezpieczne. Finansowo i mentalnie. Aby rodzice nie musieli szukać pracy na czarno i nie drżeli o to, jak przetrwają zimę. To nie jest tylko ich problem. A przykład rodziny Marcinkowskich pokazuje, że warto pomagać.
Jolanta Sosnowska

 

0
Oceń
(0 głosów)

 

Opinie i komentarze użytkowników (1)

buleck747666buleck747666
0
To piękne co przeczytałem.Zoziu, jesteś wariatką. Prawdziwym człowiekiem. OA co? Kochasz ludzi i swoje dzieci. Walczysz o nie. Pozdrawiam też autorkę tego artykułu. (2018-03-10 13:43)

skomentuj ten artykuł

e-Sochaczew.pl poleca filmy