Walcem i klinkierem po kapliczkach, czyli remont po sochaczewsku

/ 6 komentarzy / 8 zdjęć
Zdjęcia i foto: Walcem i klinkierem po kapliczkach, czyli remont po sochaczewsku Interwencje i pomoc sochaczew
+3

Może by to tak nie bolało, gdyby nowe kapliczki wyglądały inaczej. Zupełnie inaczej. Ja nawet jestem w stanie zrozumieć i kulturowo osadzić zamiłowanie Polaków (i nie tylko) do klinkieru, ale nie mówimy tu przecież o budce strażnika przy wjeździe na teren renomowanej firmy, lecz o przydrożnej kapliczce.

 

Pamiętam doskonale niesamowity klimat kapliczki, którą mój pradziadek ufundował przy swojej posesji, dziękując Matce Boskiej za łaskę posiadania pięknego gospodarstwa, dobrej żony i całego wieńca synów. Wybudował dom, zasadził dęby i sad, spłodził dziedziców i postanowił pokłonić się za to Bogu i poprosić o opiekę Maryję. Zadbał o dobrego rzemieślnika i najlepszy kruszec. Nie miałam szczęścia poznać pradziadka, ale spędzając wakacje u jego syna, a mojego dziadka, chłonęłam pod kapliczką rodzinne opowieści o wszystkim co się zdarzyło przed jej powstaniem i po. A powstała w latach dwudziestych ubiegłego wieku, w niesamowitym Dwudziestoleciu Międzywojennym.  Z czasem wycięto dwie piękne lipy, które zapewniały cień, szum i śpiew ptaków figurce dobrej Matki Boskiej, bo korzenie wyrywały ją z fundamentów, ale późniejsze tuje i różane krzewy również ją chroniły. Pod kapliczką modliła się cała okolica. Każdy zostawiał jej swoją intencję. Istniał zwyczaj, że zmarłych niosło się na ramionach właśnie do tej figury. Tu, po modlitwie, można już było trumnę włożyć na wóz, później do karawanu, bo kościół był daleko.

Każda przydrożna kapliczka to osobna historia, często bardzo długa, wielowiekowa. Zgodnie z tradycją intencje fundatorów, inicjatorów budowy kapliczek, a potem modlących się przy nich, idą z nimi do grobu. Nikt nigdzie nie spisuje historii ich powstania, choć zazwyczaj wieczorami dziadek opowiada ją wnukowi, matka córce, by ci mogli przekazać ją swoim dzieciom i tak chwała kapliczki, w dreszczu tajemnicy, narasta. Są kapliczki dziękczynne, są proszalne. Każdą zazwyczaj otacza swoista, czuła opieka okolicznych wiernych. Tylko te wyjątkowe są dziełami sztuki wysokiej, jako zlecone wytrawnym i wysoko opłacanym artystom, większość jednak stanowi mniej lub bardziej udany wytwór sztuki ludowej. Ale łączy je jedno: niesamowity urok. Jest ich wiele w Europie, ale w Polsce szczególnie. Wpisały się na trwałe i wyraźnie w krajobraz kulturowy naszego kraju.

Nie inaczej jest z trojanowskimi kapliczkami, do widoku których przyzwyczajaliśmy oczy od wielu lat. Mówię o tej u zbiegu Trojanowskiej i 600-lecia, i o tej na skrzyżowaniu Trojanowskiej i Młynarskiej.  Niestety, nie wiem, kiedy powstały, może ktoś pamięta? Na pewno jednak nie później, niż w połowie ubiegłego stulecia. Ich opiekunowie cały czas dbali, by świeciły czystością bieli i błękitu, by wiosną i latem mieniły się od świeżych kwiatów, zimą zaś wystrojone były w ich kolorowe imitacje. Były powiernikiem najskrytszych próśb okolicznych mieszkańców i strażnikiem bezpieczeństwa podróżnych.

Ale już niedługo będziemy nimi cieszyć oko. W związku z remontem ulicy Trojanowskiej początkowo planowano jedynie ich przesunięcie. Jak dowiedziałam się w Powiatowym Zarządzie Dróg, koncepcja ta została zmieniona, gdyż „wykonawca zaproponował rozwiązanie alternatywne, a proboszcz parafii i PZDW się na nie zgodzili”. To rozwiązanie to wyburzenie starych kapliczek i postawienie nowych. Jako główny powód owej alternatywy, na którą niestety się zgodzono, podano” ryzyko uszkodzenia” naszych błękitno-białych staruszek. Więc teraz uszkodzi się je już bez ryzyka i do końca.

Może by to tak nie bolało, gdyby nowe kapliczki wyglądały inaczej. Zupełnie inaczej. Ja nawet jestem w stanie zrozumieć i kulturowo osadzić zamiłowanie Polaków (i nie tylko) do klinkieru, ale nie mówimy tu przecież o budce strażnika przy wjeździe na teren renomowanej firmy, lecz o przydrożnej kapliczce. Owszem, budowniczowie tych konstrukcji zadbali o to, by przypominały one kształtem swoje pierwowzory, owszem, oryginalne figurki Matki Boskiej zostaną przeniesione, ale przecież zupełnie zatracono to, co najcenniejsze. I nie mówię o proporcjach, choć je też zatracono, utracono ów niepowtarzalny klimat stworzony przez prostotę, naturalność materiału, owe krzywizny, bezpretensjonalność, szczerość, a wreszcie historię. Taki gładki, bezduszny euroremont. Jak na Białorusi. Tyle że w Sochaczewie.

 



5
Oceń
(8 głosów)

 

Opinie i komentarze użytkowników (6)

MitutoyoMitutoyo
0

na Trojansie też staje nówka sztunia

(2017-10-19 00:25)
metasekwojametasekwoja
-1

Mnie się wydaje, że ma to swój urok. . Stawiają je prości ludzie, nie żadni atryści. Wyrażają w ten sposób swój kult i robią zgodnie ze swoim gustem. Jest to także  turystyczna atrakcja, ponieważ  wystrój  charakterystyczny dla Polski.

(2017-10-19 08:38)
dragon36dragon36
+4

co by nie pisać to może i ładnie, ale uroku niema .Dobrze Pani napisała,można było przynajmniej podjąć probę przesunięcia ,nie takie rzeczy przestawiano,jak by się nie powiodło to wtedy robimy nowe kapliczki,ale wiadomo wszystko po łatwiżnie.

(2017-10-19 11:20)
robroyrobroy
+5

klinkierowa wygląda jak kominek w salonie

(2017-10-19 15:53)
Reage77Reage77
-2

Ładnie kompomuj się z Drogą Krzyżową w Wawrzuńcu.

Ładny komentarz matasekwoja. :)

(2017-10-20 10:16)
wowowowo
-2

taaaaa, niedługo discopolo zacznie być obiektem kultu.... 

 

(2017-10-30 18:47)

skomentuj ten artykuł

e-Sochaczew.pl poleca filmy