„Właściwie trzeba toczyć walkę za wszelką cenę. Pojawiają się momenty, kiedy nie chce nam się

Magda Wiśniewska: Wielu młodych sportowców ma swoich idoli. Czy Pan również?

Artur Partyka: Wspominałem wcześniej o osobie Jacka Wszoły - moim pierwszym idolu. Potem był Siergiej Bubka – tyczkarz wszechczasów. Jego rekordy do dzisiaj są aktualne. To postać, która mi imponowała. Dlaczego? Ponieważ byliśmy w jednej grupie menedżerskiej, mieliśmy jednego menedżera, miałem okazję obserwować Siergieja, gdy skacze oraz jak się zachowuje na treningu. Widziałem, jaki to człowiek. Bardzo mocno mi imponował.

 O który medal stoczył Pan najtrudniejszą walkę?

 Mój najważniejszy medal to barceloński. Natomiast niesamowitą walkę stoczyłem jednak o srebrny medal mistrzostw Europy w Helsinkach w 1994 roku. To był rzeczywiście medal, który po prostu wyrwałem. To nie był mój najlepszy sezon. To nie była moja najlepsza dyspozycja, chociaż udało mi się skoczyć dość wysoko, bodajże 2,32 m. I ten nieudany sezon podsumowałem srebrnym medalem mistrzostw Europy.

 Jakich rad udzieliłby Pan młodemu Arturowi oraz innym sportowcom, którzy dopiero zaczynają swoją przygodę ze sportem? 

Pierwsza, podstawowa sprawa: słuchać trenerów i nauczycieli. Druga: obserwować siebie, uczyć się siebie. Trzecia: konsekwencja. Właściwie trzeba toczyć walkę za wszelką cenę. Pojawiają się momenty, kiedy nie chce nam się wyjść na trening, bo pada albo źle się czujemy. Nie ma takiej możliwości. Często bywa tak, że po pierwszych pięciu czy dziesięciu minutach rozgrzewki czy treningu nasze samopoczucie się zmienia. Ale przede wszystkim - konsekwencja. Podejmujmy wyzwania nawet wtedy, kiedy mamy pewne obawy, nie czujemy się najlepiej, albo coś nas blokuje.

 Komentuje Pan cykl najbardziej prestiżowych mityngów lekkoatletycznych – Diamentową Ligę. Jakie uczucia Panu towarzyszą, kiedy, patrząc na ekran monitora, widzi Pan młodych lekkoatletów, osiągających znakomite wyniki?

Bardzo różne. Jest radość i są emocje. Komentowanie ma właśnie to do siebie, że przywołuje bardzo wiele wspomnień z kariery sportowej. Zresztą, komentując chociażby konkursy skoku wzwyż, staram się mówić jak to wygląda z perspektywy zawodnika i emocje są bardzo podobne. Gdy oni skaczą naprawdę bardzo wysoko, to wyobraźcie sobie, że my, komentatorzy tam stoimy. Nie siedzimy przed monitorem. Stoimy. Bo to jest takie emocjonujące. Z kolei bardzo silne emocje towarzyszą nam, gdy to Polacy dobrze występują. Jest coś fajnego, gdy Adam Kszczot czy Marcin Lewandowski wygrywają któreś zawody z naprawdę świetnymi zawodnikami. Czekam też na sukces Sylwka Bednarka, który przecież był pierwszym zwycięzcą tych zawodów w Szanghaju w 2010 r.

 Pana rekord życiowy to 2,38 m. Uważa Pan, że to ten wynik i rekord Polski, który z kolei przez ponad 21 lat nie był zagrożony, zapisał Pana do historii polskiej lekkoatletyki, czy może jednak to medale, które wywalczył Pan dla Polski w najważniejszych imprezach lekkoatletycznych? 

 Myślę, że to medale. Rekordy ktoś kiedyś poprawi, a medale kto mi zabierze? Nikt. Medale są czymś innym, czymś szczególnym. Tym bardziej, że te z igrzysk mają swoją wyjątkową wartość. Zresztą, one są zawsze przywoływane. Owszem, jeżeli jest się mistrzem świata, to te medale również. A te świetne wyniki...? Trzeba być naprawdę oddanym kibicem, żeby o nich pamiętać. Podam przykład: „On wygrał mistrzostwa świata.” – mówi się na temat Zdzisława Hoffmana - mistrza świata w trójskoku. Medal zawsze się przywołuje. Ale nikt nie jest w stanie powiedzieć mi, ile Zdzichu Hoffman skoczył. Medal zawsze pozostanie medalem. To zawsze on jest tym pierwszym, najważniejszym.

 

 

 

0
Oceń
(0 głosów)

 

Opinie i komentarze użytkowników (0)

skomentuj ten artykuł

e-Sochaczew.pl poleca filmy