Wywiad z Andrzejem Katnerem

/ 2 komentarzy / 2 zdjęć
Zdjęcia i foto: Wywiad z Andrzejem Katnerem Sochaczewianie - sylwetki sochaczew

W Solidarności byłem prawie zawsze – mówi Andrzej Katner, szef Zakładowej Komisji Solidarności Szpitala Powiatowego w Sochaczewie

Pan Andrzej Katner jest spokojnym i sympatycznym człowiekiem. W cywilu jest pracownikiem sochaczewskiego szpitala ale pełni tam również funkcję szefa Solidarności. Większa część jego dorosłego życia jest związana ze służbą zdrowia.

Jak Pan trafił do sochaczewskiego ZOZ-u? Jakie to były czasy?

- Najpierw, po skończeniu szkoły pracowałem prawie 10 lat w ożarowskich kablach. Tam właśnie (takie były czasy) trafiłem do Solidarności. Odszedłem przed samym upadkiem kabli, głównie z powodu codziennych, uciążliwych dojazdów do Ożarowa. Drugim powodem były dzieci, którym też z powodu dojazdów nie mogłem poświęcić tyle czasu, ile bym chciał. Tak więc od 1989 roku rozpocząłem pracę w sochaczewskim pogotowiu, a od 1995 roku trafiłem do komisji, której od 2008 roku jestem szefem. Pogotowie było wtedy na ulicy Ziemowita. Pracowaliśmy, szkoliliśmy się. Wszystko było ok. Samochody jeździły jako karetki do przebiegu około 100 tys. km. Potem trafiały do kolumny transportu sanitarnego, czyli do mniej odpowiedzialnej pracy. Karetki, a były to wtedy Nysy i polskie Fiaty musiały być super sprawne. Takie były zasady. Problemy przyszły wraz z reformą administracyjną kraju. Z województwa skierniewickiego trafiliśmy do mazowieckiego. Zwolniono kierowców z kolumny transportu sanitarnego. Powstało typowe na tamte czasy pogotowie ratunkowe. Ci zwalniani z pracy, którym należały się z tytułu zwolnień pieniądze, musieli udać się do sądu. Dopiero sąd pracy spowodował należne wypłaty. Zmieniały się samochody. Zaczęły trafiać do nas Lubliny. Zdarzył się nawet i Citroen. Potem z ul. Ziemowita przenieśliśmy się do szpitala, kiedy został wybudowany. Mieliśmy swoją siedzibę tu, gdzie teraz jest stacja dializ. Po kilku latach przeniesiono nas w miejsce, gdzie obecnie jest SOR, czyli obok obecnego lądowiska dla śmigłowców.

Kiedy rozpoczęły się problemy pracowników szpitala?
- Poważne problemy zaczęły się po 2000 roku. Dyrektorem szpitala był wówczas pan Milczarek. Weszła wtedy w życie tak zwana ustawa 203 dotycząca podwyżek dla pracowników. Ustawodawca obiecał nam podwyżki, ale nie powiedział, skąd wziąć na to pieniądze. Nie dostaliśmy nowych angaży, ale wmawiano nam, że na przykład trzynastki zostały wliczone do pensji. Była to ewidentna bzdura, bo nikomu z nas do pensji nie doliczono nawet złotówki. Ludzie zaczęli protestować, ale dyrektor wywierał na nas olbrzymią presję, strasząc zwolnieniami. Wszystkim zależało na pracy, bo coraz trudniej było znaleźć inną. Summa summarum do 2005 roku chyba wszyscy podpisali nowe angaże na starych warunkach. Potem dopiero okazało się, że zrobiliśmy głupstwo, bo w innych szpitalach dyrekcja chciała się dostosować do ustawy i iść na rękę pracownikom. W tych szpitalach ludzie do tej pory zarabiają więcej niż u nas. My dopiero po pewnym czasie dowiedzieliśmy się, że można złożyć tak zwany pozew zbiorowy. Złożyliśmy i w sądzie pracy wygraliśmy, ale na pewne rzeczy było już za późno. Dostaliśmy wyrównanie tylko za okres od momentu wprowadzenia ustawy do czasu podpisania przez nas „nowych/starych” angaży. I tak zostało.

Co się działo dalej z pogotowiem?
- Mieliśmy, jak to się mówi, dojrzałych i odpowiedzialnych pracowników, ale kolejna zmiana przepisów wymusiła na nas szkolenia na ratowników medycznych. Chyba złośliwie poinformowano nas, że możemy się szkolić w dwóch miejscach. W dziennej szkole w Krakowie lub podobnej w Łodzi. Obie szkoły działają w cyklach dwuletnich. Oznaczało to, że aby ukończyć taką szkołę należałoby wziąć w pracy dwuletni urlop. I na dobrą sprawę nie wiadomo co potem, już nie mówiąc o tym, że przerwanie pracy na dwa lata to po prostu absurd. Dopiero potem dowiedzieliśmy się, że w Płocku powstała podobna szkoła, o której nikt nas nie miał pojęcia. Ta płocka była dla ludzi. Zajęcia i pracę dało się do siebie dopasować. Tam chcieli ludziom pomóc. U nas widocznie nie.

Co dalej działo się w szpitalu?
- Odszedł dyrektor Milczarek, a na jego miejsce na pół roku przyszedł doktor Gajda. Potem na to stanowisko dyrektora doktor Pasiak i ten okres wspominam naprawdę miło. Doktor Pasiak miał bardzo duże doświadczenie, bo był zastępcą dyrektora w okresie, gdy funkcję szefa szpitala piastował doktor Grzybowski. Grzybowski był posłem i bardzo często musiał być w Sejmie, więc praktycznie całe rządzenie szpitalem i tak spadało na barki doktora Pasiaka. Za Pasiaka zawsze mogliśmy z nim rozmawiać i zawsze udało nam się wypracować jakiś kompromis. Przewodniczącym Rady Społecznej ZOZ-u był wtedy obecny burmistrz Sochaczewa Piotr Osiecki. Na posiedzeniach Rady też wiele się wtedy działo i wszystkie dyskusje były poważne i prowadziły do celu. Dyrektorowi Pasiakowi udało się zmniejszyć zadłużenie szpitala z 22 do 11 milionów złotych. W tym okresie w ogóle zostało zrobionych wiele inwestycji. Ogrzewanie z węgla zostało zamienione na olej opałowy, a potem na gaz. Rozpoczęto termomodernizację budynku, która teraz dopiero jest na ukończeniu. Nie było żadnych zwolnień restrukturyzacyjnych, a ludzie odchodzili z własnej woli lub na emerytury. Można powiedzieć, że szpital wyszedł na prostą.

Co Pan powie na temat obowiązującej obecnie ustawy o ratownictwie medycznym. Budzi ona wiele kontrowersji.
- Wszystkie perturbacje, jakie przeżywa teraz sochaczewskie pogotowie, to konsekwencje obowiązywania tej ustawy. Tak to jest, gdy do uchwalania poważnych ustaw biorą się posłowie, którzy ze służbą zdrowia, a tym bardziej z ratownictwem medycznym nie mają nic wspólnego. O kształcie ratownictwa decydują ludzie, którzy zanim zostali posłami byli historykami, socjologami, inżynierami, a z rzadka tylko lekarzami, o ratownikach medycznych nie wspominając. Efekt jest taki, że ustawa pozwala na zmniejszenie obsady karetki pogotowia. Zwykłą karetką jedzie tylko ratownik medyczny i kierowca, który również musi być ratownikiem medycznym. Teraz wyobraźmy sobie, że w trakcie przewożenia pacjenta trzeba go reanimować. Do tego potrzeba dwóch ratowników, więc karetka powinna stanąć. Ale czas nagli i jak najszybciej trzeba dojechać do szpitala. I co wtedy mają zrobić ci ludzie? Tak źle, a tak niedobrze. Trochę lepiej wygląda to w karetkach typu S (Specjalistyczna – dawniej R). Tam jedzie także lekarz, więc w razie czego ratowników w czasie dojazdu do szpitala jest dwóch. Taka możliwość obsady i to, że firmy są wybierane na drodze przetargu (podstawowym kryterium jest cena) powoduje, że większość karetek jeździ z dwoma tylko ratownikami na pokładzie (jeden z nich jest dodatkowo kierowcą). Tak jest przecież taniej. Na dokładkę, na działalność firmy FALCK, która zastąpiła firmę Rimmer nakłada się efekt zmniejszenia ilości centrów dyspozycyjnych. Nie dość, że dyspozytorzy FALCK- a niechętnie wysyłają karetki (tak przecież taniej), to na dokładkę świeżym w naszym terenie kierowcom nie potrafią dokładniewytłumaczyć jak mają dojechać do celu. Potem karetka zamiast w Nowej Wsi pod Młodzieszynem, ląduje w Nowej Wsi pod Rybnem, a w tym czasie człowiek może umrzeć. Ktoś chyba zapomniał, że gdy chodzi o ludzkie życie, kryterium ceny nie może być decydujące. Ludzkiego życia nie można przeliczać na pieniądze. Mam tylko nadzieję, że zanim naprawdę stanie się coś złego, choć kilka fatalnych przypadków już było, wzorem Słowacji zafundujemy sobie państwowe ratownictwo medyczne. Właśnie utworzenie systemu państwowego ratownictwa medycznego było głównym powodem, dla którego FALCK musiał się z tego kraju wynieść.

Spytam jeszcze o jedno. Czy nie boli Pana serce na widok bezczynnie stojących karetek, które jeszcze do lipca niosły ratunek mieszkańcom powiatu?
- Muszę przyznać, że jest mi ogromnie przykro, gdy widzę na terenie szpitala nie wykorzystane karetki ratownicze. Trzeba podkreślić, że wyposażenie ich stanowił kosztowny, specjalistyczny sprzęt medyczny. Nie jest on w tej chwili wykorzystywany zgodnie ze swoim przeznaczeniem, co niewątpliwie trzeba poddać krytyce.

Wszyscy chcielibyśmy, by w służbie zdrowia nadrzędnym kryterium było życie i zdrowie pacjenta, a nie pieniądze. Może kiedyś wreszcie będziemy mieli powody służbę zdrowia chwalić, a nie jak to jest ostatnio, ganić. To jednak przeważnie zasługa złych ustaw i organizacji, a nie pracowników.

Piotr Gadziński

 



0
Oceń
(0 głosów)

 

Opinie i komentarze użytkowników (2)

PawoooPawooo
0
Ostatnie pytanie jest tendencyjne i poniżej pasa - wiadomo, że koleś tak odpowie, co znów potwierdzi i podkreśli jak to obecnie jest źle, że w szpitalu tak się dzieje. no, ja bardzo przepraszam - zmiany, zmiany, zmiany i trzeba sie z tym pogodzić. Że mamy system konkursów to tak wyszło, więc skoro się przegrało, to karetki stoją - prawo rynku. Trzeba sie z tym pogodzić, a nie mówić, że kryterium wyboru jest cena, bo najpierw bierze się pod uwagę wszystkie wytyczne, a gdy są one w równym stopniu spełnione przed podmioty startujące, to dopiero bierze si pod uwagę cenę. A sugestię, że dyspozytorzy nie wysyłają karetek, bo tak taniej uważam za bardzo nie na miejscu - przecież ten zawód jest tak obwarowany sankcjami prawnymi, że nikt nie ryzykowałby nie wysłania karetki, tam gdzie była potrzebna.
(2012-11-02 17:44)
krzesimirkrzesimir
0
Przepraszam, ale na temat karetek falcka akurat cos wiem. tak sie sklada, ze pracuje w kutnie (choc me serce pozostalo w sochaczewie ;)) w fabryce i ostatnio wyszlo od nas 15 karetek do slowacji, wiec chyba jednak sie stamtad nie zwijaja.
(2012-11-04 00:01)

skomentuj ten artykuł

e-Sochaczew.pl poleca filmy