Zapomniani sochaczewscy „żołnierze wyklęci”

Zapomniani sochaczewscy „żołnierze wyklęci”. Pamiętajmy o nich, przybliżajmy ich młodemu pokoleniu.

Przed przypadającym 1 marca Narodowym Dniem Pamięci Żołnierzy Wyklętych wraca dyskusja, czy członków podziemia antykomunistycznego nie lepiej nazywać Niezłomnymi. Dlaczego nie żołnierze niezłomni? To nazwa jednoznaczna - na szczęście też używana - dociera do wszystkich, zaczynając od dzieci w szkole” - pisał ostatnio politolog Grzegorz Kostrzewa-Zorbas na jednym z prawicowych portali. Dodawał, że nie wyklął ich naród i niepodległe państwo, a komunistyczne władze ZSRR i PRL. „Mam świadomość, że termin żołnierze wyklęci utrwalił się w świadomości Polaków, jednak nie jest najlepszym określeniem dla bohaterów, a przecież o takich mówimy” - zauważył też prof. Krzysztof Szwagrzyk z IPN, kierujący ekshumacjami na tzw. Łączce na stołecznych Powązkach. Najważniejsze, by żołnierzy wyklętych czy niezłomnych udało się upamiętnić, przypomnieć po latach zakłamywania historii przez komunistyczną propagandę. Powinni być dla nas wzorem w czasie, kiedy polską samorządnością targają korupcja, nepotyzm, zwykłe złodziejstwo i inne patologie. 

Niżej podpisany próbuje wydobyć z niebytu zapomnienia tych naszych sochaczewskich Żołnierzy Wyklętych, a raczej Żołnierzy Niezłomnych. A wcale ich nie brakuje. Tym m.in. pragnie zajmować się również stworzone przez niżej podpisanego nieformalne Niezależne Centrum Informacji Historycznej i Turystycznej Miasta Sochaczewa "bkwiatkowski.pl". W poniższym – może trochę przydługim artykule, jak na tekst blogerski, ale uważam inaczej nie można – pragnę przypomnieć jedną z takich postaci – wikariusza sochaczewskiej parafii św. Wawrzyńca ks. Bolesława Stefańskiego. O innym Żołnierzu Wyklętym – też wikariuszu sochaczewskiej parafii – piszę w swojej najnowszej książce Dzieje Sochaczewa, t. 6: II wojna światowa, cz. II: Okupacja (1939–1945). Warto nadać im pośmiertnie tytuł Honorowego Obywatela Sochaczewa. W czasach pokoju honorowym obywatelem można zostać dobrze wykonując swoje obowiązki służbowe lub oddając się z zaangażowaniem jakiejś pasji. I dobrze, że tak jest. Ale jak potraktować ludzi, którzy gotowi byli oddać zdrowie, a nawet życie za prawdę, czy Ojczyznę. Toż to super honorowi obywatele.

„Bandyta w sutannie”

Postać, którą chcę dzisiaj przybliżyć to pierwszy ksiądz w powojennej Polsce skazany przez Wojskowy Sąd Rejonowy w Warszawie na karę śmierci, chociaż nikogo nie zabił ani nie popełnił żadnej zbrodni. Jako patriota dołączył do żołnierzy podziemia niepodległościowego, podejmując walkę o odzyskanie wolności. Cena, jaką zapłacił, była ogromna. Ksiądz Bolesław Stefański był wikarym parafii św. Wawrzyńca w Sochaczewie w latach 1940–1941, narodowcem, żołnierzem podziemia antykomunistycznego i jednym z wielu polskich kapłanów ratujących Żydów. Był jednym z niewielu księży, aktywnym w konspiracji po zakończeniu II wojny światowej. Funkcjonariusze bezpieki nie określali go inaczej jak „bandyta”. Niestety nie upamiętnia go żadna tablica, ani ulica w Sochaczewie. Zresztą, któż o nim wie w naszym grodzie. Zapewne niewielu. Jest zapomnianą postacią. Choć poświęcono mu sporo publikacji historycznych. Kilka lat temu jego postać przypomniał m.in. dr Jacek Żurek, historyk IPN. Jego męczeńską drogę życia odtworzył na podstawie m.in. akt sądowych, protokołów i zeznań. Pełny życiorys ks. Stefańskiego znajdziesz Szanowny Czytelniku m.in. w mojej najnowszej książce, w artykule skupię się tylko na jego niepodległościowej drodze, która rozpoczęła się właściwie tuż po święceniach kapłańskich, które przyjął w 1939 roku. Był ostatnim rocznikiem, który otrzymał święcenia w niepodległej Polsce.

Wikariat w Sochaczewie

Pierwszą placówką duszpasterską ks. Stefańskiego był wikariat w Kocierzewie koło Łowicza, gdzie przybył 1 sierpnia 1939 roku. Tam zastał go wybuch wojny. Cudem uniknął śmierci z rąk Niemców. Prowadzony przez nich na rozstrzelanie zdołał uciec. Pociski przeszyły jedynie jego płaszcz i sutannę. Ksiądz Stefański wierzył, że swoje ocalenie zawdzięczał Matce Bożej Częstochowskiej, której ryngraf nosił stale na piersiach. W czerwcu 1940 roku po odejściu z parafii ks. Tadeusza Nowotko został wikarym w parafii św. Wawrzyńca w Sochaczewie. Rekonstruując okupacyjną działalność ks. Stefańskiego, dr Jacek Żurek przypuszcza, że w Sochaczewie wstąpił do Związku Walki Zbrojnej, później przekształconego w AK, przyjmując pseudonim „Stefan”. Polityczne sympatie skierowały go również do Stronnictwa Narodowego, z którym związał się na przełomie 1940 i 1941 roku, jako kierownik organizacyjny w powiecie sochaczewskim.

Rok później rozpoczął posługę duszpasterską jako kapelan szpitala, więzienia oraz prefekt w Szkole Handlowej w Grójcu. W sierpniu 1942 roku został prezesem tamtejszej powiatowej organizacji Stronnictwa Narodowego, liczącej około 400 członków. Współpracował z działającymi w okolicy oddziałami Narodowej Organizacji Wojskowej, które później połączyły się z AK. Roztoczył opiekę nad harcerzami zrzeszonymi w Szarych Szeregach. Osobiście pracował przy wydawaniu pism konspiracyjnych „Na Posterunku” i „Służba” oraz prowadził nasłuch radiowy. Ryzykując własne życie, zaangażował się także w pomoc Żydom, wyrabiał im fałszywe papiery i przechowywał na grójeckiej plebani. Jednym z ukrywanych przez księdza Żydów był inżynier Jan Obalski.

Odznaczony Krzyżem Virtuti Militari

Działalność kapłana nie uszła uwadze Niemców. Gestapo przyjechało na plebanię aresztować księdza 19 stycznia 1944 roku. Udało mu się jednak uciec, ukrywał się w parafii Mniszew koło Warki. Latem 1944 roku wstąpił pod pseudonimem „Jerzy” do oddziału partyzanckiego AK porucznika Tadeusza Pawlaka „Pęk” z Konar. Za bohaterstwo w walce odznaczono go Krzyżem Virtuti Militari IV klasy. Jego oddział podjął nieudaną próbę przedarcia się do powstańczej Warszawy. Na początku września 1944 roku ks. Stefański po rozformowaniu oddziału „Pęka”, przeniósł się do oddziału porucznika Edwarda Góreckiego „Zyga” w Lechanicach.

Do końca hitlerowskiej okupacji posługiwał jako wikary w Górcach pod Warszawą. Po wyzwoleniu Warszawy od okupanta, ks. Stefański został wikarym w parafii Św. Józefa na Kole w Warszawie oraz prefektem w tamtejszych szkołach. Posługę duszpasterską łączył z działalnością w antykomunistycznym podziemiu. Podtrzymywał kontakty polityczne z działaczami Stronnictwa Narodowego, a później włączył się w antykomunistyczną konspirację zbrojną. Związał się z oddziałem poakowskim działającym pod dowództwem Juliana Sałanowskiego w Markach pod Warszawą. Odbierał przysięgę wojskową od młodych partyzantów. Za uzyskane w akcjach bojowych pieniądze kupował broń i wypłacał zapomogi żołnierzom.

W grudniu 1945 roku został mianowany komendantem Pogotowia Akcji Specjalnej – zbrojnej formacji Narodowego Zjednoczenia Wojskowego – na Warszawę. Działał bardzo aktywnie, utrzymując kontakt z grupami konspiracyjnymi w Markach i na warszawskiej Woli. Funkcjonariusze Urzędu Bezpieczeństwa w końcu wpadli na jego trop, udało się też im zwerbować do współpracy osoby z jego najbliższego otoczenia.

Dowodzona przez ks. Stefańskiego formacja militarna przeprowadzała akcje również w rejonie Grójca. W styczniu 1946 roku zorganizował udaną akcję uwolnienia ze szpitala aresztowanego żołnierza antykomunistycznego podziemia. W lutym 1946 roku partyzanci skonfiskowali pieniądze z urzędu gminnego w Kobylinie oraz zdobyli maszynę do pisania i powielacz, a w marcu przeprowadzili nieudaną akcję na siedzibę starostwa w Grójcu.

Aresztowanie

W połowie marca 1946 roku, zagrożony aresztowaniem ks. Stefański, zaczął się ukrywać. Wreszcie UB dopadło go. Stało się to 1 czerwca 1946 roku. „Zostałem (...) wsadzony do samochodu, w którym jeden z funkcjonariuszy groził mi, abym siedział cicho. Przewinął mi się wówczas przed oczami cały szereg cierpień, jakie miałem przejść i dlatego za wszelką cenę postanowiłem się wydostać, chwyciłem więc za broń funkcjonariusza, aby nie mógł strzelać. Wywiązała się walka i w krótkim czasie zostałem obezwładniony. Stojąc już obezwładniony, zostałem przez funkcjonariusza postrzelony w nogę”.

Mimo poważnej rany, jeszcze tego samego dnia rozpoczęto intensywne przesłuchania ks. Stefańskiego w okrytym ponurą sławą więzieniu Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego przy ul. Sierakowskiego 7 na Pradze. Tam poddano go ciężkim torturom, grzebiąc w otwartej ranie pogrzebaczem. Wdała się gangrena. Po kilku dniach księdzu amputowano przestrzeloną nogę. To był dopiero początek wyrafinowanych udręk, jakich nie szczędzili kapłanowi komunistyczni oprawcy. Daleki krewny ks. Stefańskiego, ks. Jan Sitnik, 8 czerwca 1946 r. poprosił kurię metropolitalną o podjęcie interwencji u ministra bezpieczeństwa Stanisława Radkiewicza. Sytuację uwięzionego kapłana przedstawiał w słowach pełnych grozy: „Postrzelono go i w takim stanie trzymano go w więzieniu i bito bez wszelkich uczuć humanitarnych. Po dwóch dniach katowania w Szpitalu Przemienienia Pańskiego amputowano mu nogę i znowu wzięto do więzienia. Pozbawiono go: 1. pociechy religijnej, 2. niezbędnej w takim stanie opieki lekarskiej, 3. odwiedzania go przez najbliższych”. Prymas kardynał August Hlond nakazał wysłać pismo do Radkiewicza z pytaniem o los ks. Stefańskiego.

W czasie brutalnego śledztwa ks. Stefański był wielokrotnie torturowany. W wyniku tortur pojawiły się pierwsze objawy choroby psychicznej. Wśród stawianych mu zarzutów pojawił się również taki, że 16 marca 1946 roku planował zamach na przebywającego z oficjalną wizytą w Warszawie przywódcę Jugosławi marszałka Jospia Broz Tito. Ostatecznie jednak z tego zarzutu się wycofano. Ks. Stefański, podczas rozprawy przed Woskowym Sądem Rejonowym w grudniu 1946 roku, odrzucił oskarżenia o podżegania do zabójstwa wójta w Markach, który wydał żołnierzy podziemia w ręce Urzędu Bezpieczeństwa.

Brutalne śledztwo

W czasie śledztwa funkcjonariusze stosowali bardzo brutalne metody, by zmusić kapłana do przyznania się do czynów, których nigdy nie popełnił. Śledztwo zakończono 26 listopada 1946 roku. Dyspozycyjne wobec władz gazety nie szczędziły księdzu obraźliwych słów, przygotowując podstawę pod wydanie wyroku skazującego. Tortury i bestialskie traktowanie w czasie śledztwa odbiły się na stanie zdrowia księdza. Zapadł na ciężką chorobę psychiczną. Mimo tych dolegliwości rozprawa rozpoczęła się 17 grudnia 1946 roku. Sąd odrzucił wniosek adwokata o zbadanie medyczne księdza w związku z jego zaburzeniami psychicznymi. Nie dopuszczono także jako świadków osób, które chciały zeznawać o jego skutecznej pomocy Żydom w okresie okupacji hitlerowskiej. Rozprawa trwała krótko.

Wyrok zapadł 23 grudnia 1946 roku. Ks. Stefańskiego oskarżono o próbę „obalenia ustroju”, o przynależność do Pogotowia Akcji Specjalnej, napady na garbarnie, posiadanie broni, wreszcie posługiwanie się fałszywym dowodem tożsamości. Orzeczono karę śmierci, utratę praw publicznych na zawsze i konfiskatę mienia.

Prośbę o ułaskawienie ks. Stefańskiego do Bolesława Bieruta skierował 2 stycznia 1947 roku również jego proboszcz ks. Jan Sitnik. W zachowanym dokumencie można przeczytać: „dziś, po wielu przeżyciach, ks. Stefański to człowiek złamany psychicznie chory na ciele, istny łachman ludzki – sam widok którego wzbudza najwyżej litość i prosi o łaskę”. O ułaskawienie wystąpił również jego ojciec, a w końcu on sam. Wyrok został utrzymany w mocy. Także Najwyższy Sąd Wojskowy orzekł, że skazany „na łaskę nie zasługuje”. 

Po kolejnych zabiegach Bierut 28 stycznia 1947 roku ułaskawił go, zamieniając karę śmierci na dożywotnie więzienie. Po zamianie kary na dożywocie, 27 marca 1947 r. Wojskowy Sąd Rejonowy w Warszawie na mocy „amnestii” zmniejszył karę do 15 lat pozbawienia wolności. W kwietniu 1947 roku ks. Stefański trafił do Wronek.

 Wróg Polski Ludowej

Ponieważ zdradzał wyraźne symptomy choroby psychicznej został w 1950 roku skierowany do szpitala więziennego we Wrocławiu. Po roku wrócił do Wronek. Zachował życie, ale przy jego stanie zdrowia oznaczało to powolną śmierć w więzieniu. Chorego kapłana-inwalidę osadzono w ciężkim więzieniu we Wronkach. Po trzech latach księdza poddano leczeniu w szpitalu więziennym we Wrocławiu. Kolejne interwencje Kościoła, m.in. prymasa Stefana Wyszyńskiego, o zwolnienie ks. Stefańskiego przechodziły bez echa. Kapłan przerzucany był od więzienia do szpitala, W tych warunkach choroba psychiczna pogłębiała się, wyniszczając jego zdrowie fizyczne i psychiczne. Nawet w takiej sytuacji ks. Stefański zachowywał godną postawę. Pod koniec 1951 roku naczelnik więzienia we Wronkach pisał o nim. „Był kilkakrotnie karany dyscyplinarnie za łamanie przepisów więziennych. Jest więźniem hardym i zarozumiałym. W trakcie przeprowadzonych rozmów i z toku obserwacji stwierdzono, że jest nadal wrogiem Polski Ludowej”.

W 1953 roku o uwolnienie chorego psychicznie ks. Stefańskiego wystąpił ponownie ks. Sitnik. We wniosku pisał: „Stan jego zdrowia jest okropny. Kompletnie jest umysłowo chory”. Miesiąc później wysłano go do szpitala więziennego we Wrocławiu, a stamtąd do Państwowego Szpitala dla Nerwowo i Psychicznie Chorych w Międzyrzeczu – Obrzycach. Tu stwierdzono u niego przewlekłą chorobę psychiczną, objawiającą się (...) licznymi urojeniami obłędnymi, omamami”.

Gdy stan zdrowia ks. Stefańskiego był krytyczny, 14 stycznia 1954 roku władze zdecydowały o jego warunkowym przedterminowym zwolnieniu z więzienia. Powrócił do parafii św. Józefa na warszawskim Kole. Nigdy już nie odzyskał zdrowia ani dobrego imienia. Na krótko w ograniczonym zakresie podjął działalność duszpasterską. Choroby, cierpienia, trudności w kontaktach z otoczeniem naznaczyły jego ostatnie lata życia. Śmierć przyszła 8 lutego 1964 roku. Ksiądz Stefański został pochowany w grobie rodzinnym na cmentarzu w Maciejowicach. Dopiero po latach, w 1992 roku, sąd anulował wyrok i uznał, że ksiądz Stefański prowadził „działalność na rzecz niepodległego bytu Państwa Polskiego”. Dla mnie to Super Honorowy Obywatel Sochaczewa, choć jeszcze nie uhonorowany w grodzie nad Bzurą. Nie jedyny zresztą. Losy innego wikarego sochaczewskiego z okresu okupacji hitlerowskiej były nie mniej dramatyczne.

Życiorys pochodzi z książki: Bogusław Kwiatkowski, Dzieje Sochaczewa, t. 6: II wojna światowa, cz. II: Okupacja (1939–1945), Sochaczew 2014.

                                                                                                           Bogusław Kwiatkowski

                                                  Niezależny Promotor Historii Miasta Sochaczewa :)

                                                      

                                                          Naprawdę warto promować historię Sochaczewa

                                                        Sochaczew naprawdę potrzebuje prawdziwej promocji 

                                                            i oczywiście tysięcy nowych miejsc pracy

                                                                                                          www.bkwiatkowski.pl

P.S. Pod wpływem znajomych osób postanowiłem zmienić ksywę blogerską z „Szarego obywatela grodu nad Bzurą”, na „Niezależny Promotor Historii Miasta Sochaczewa :)”. Jak mi mówili, dzisiaj trzeba przyjąć jakąś charakterystyczną ksywę, która będzie wyrazem charakteru blogera i jego tekstów, będzie wyrazista, najlepiej jednowyrazowa. Nie wiem, czy przy nowej ksywie tak jest, ale niech tak będzie, do czasu aż nie wymyślę czegoś lepszego.

 

 

 



0
Oceń
(0 głosów)

 

Autor tego artykułu: Blog Bogusława Kwiatkowskiego wyłączył możliwość komentowania.

e-Sochaczew.pl poleca filmy