Przez przypadek byłem dziś świadkiem, jak jedna z urzędniczek traktuje petentów w Urzędzie Pracy. Po prostu dno. Myślałem, że takie sytuacje można zobaczyć jedynie w "Misiu".
Chyba coś Ci się pomyliło - ja mam wprost przeciwne zdanie. Urzędnicy coraz częściej jak ludzie się zachowują, za to w ZUS-ie nie trafiłam na nic nowego.
Ludzie, ktoś Was potraktuje źle w jakimś urzędzie, ktoś dobrze, bo są różni urzędnicy i różni ludzie. A Wy rozciągacie ocenę jednego zdarzenia (czy jakiś poszczególnych zdarzeń) na całą instytucję. Myślę, że warto pamiętać, że urzędnicy to też ludzie, nasi bliźni. Mają swoje lepsze i gorsze dni. Swoje kłopoty. Trochę wyrozumiałości dla siebie nawzajem.
Żyjemy stereotypami. Jak łatwo jest powiedzieć, że te urzędasy nic nie robią, tylko tyłki grzeją na fotelach. Sama jestem urzędnikiem i nie mam prawa mieć gorszego dnia, a przynajmniej pokazać po sobie, że wszystko wokoło mnie ... denerwuje. A przyznać trzeba, że są pewne urzędy, gdzie wchodząc jesteś właśnie petentem, a coraz więcej jest urzędów, do których wchodzisz jako klient. Od czego to zależy, to już nie będę mówić, bo mogę być nieobiektywna.
dla przypomnienia petenci petent pochodzi od pleno titulo - czyli pełnym tytułem, pełną nazwą - hrabia, książe, wolny człowiek itp. Nie jest gorszą kategorią od klienta.
Gorszy dzień? Gdybyś droga koleżanko pracowała w firmie i obsługiwała klientów, to pokazywanie gorszych dni skończyło by się dla Ciebie w najlepszym wypadku wymówieniem. Chyba jesteśmy dojrzałymi ludźmi, a jeśli ktoś nie potrafi panować nad swoimi emocjami to powinien zmienić pracę. Niestety w polskich urzędach stołeczki zależą od układzików i znajomości, na funkcjonowanie ich samych nie ma wpływu zadowolenie petentów, jak w przypadku firm. Stąd jest taka sytuacja jak jest. W firmie, w której pracuję, jakby pracownik front-office zachował się tak jak przeciętny urzędnik to nie popracowałby dłużej niż do końca dnia. Dodatkowo zachowanie urzędników pokazuje jacy są prości i niekompetentni.
Toż właśnie powiedziałam, że nie mam prawa pokazywać, że mam gorszy dzień. I tym chciałam wskazać podobieństwo współczesnych urzędów do innych firm. A nie poruszyłam tematu innego zachowania pośród urzędników tylko dlatego, że mogłabym być nieobiektywna, co nie znaczy, że pochwalam zachowania a la "Miś".
Wybaczcie Państwo, ale te importowane z Zachodu "nie mam prawa pokazywać, że mam gorszy dzień" jest dość przerażające. Oczywiście w pracy powinniśmy być uprzejmi dla wszystkich, ale nie przesadzajmy. Częstokroć urzędnicy reagują nerwowo, bo klient czy petent, przychodzi już z taki nastawieniem, że trudnu inaczej zareagować, bo jest to mechanizm samonapędzający się. Powinnismy raczej myśleć o wyrozumiałości wobec innych niż o tym oklepanym "nie mam prawa", czy "ktoś nie ma prawa". Jakie to jest prawo, pytam? regulamin pracowniczy, prawo moralne, czy może strywializowany profesjonalizm?
Wybacz - nic nie importuję. Właśnie dlatego, że urzędnicy traktowani są stereotypowo, użyłam sformułowania "nie mam prawa". Bo, gdy do urzędu przychodzi klient, czy petent, jak to wspomniałeś, i jest on nastawiony na totalne "nie", to gdy tylko nie uśmiechniesz się wystarczająco szeroko, to zostaniesz już oceniony. I gdy Twój zwierzchnik będzie musiał zareagować na skargę (złożoną wprost lub anonimowo), to wtedy Ty nie masz nic na swoje usprawiedliwienie. Różnicą między urzędem a firmami prywatnymi jest polityka i właśnie stereotypy. Jeśli będę dla kogoś niemiła, to oprócz tego, że zachowałam się nieludzko, czy nieetycznie, to jeszcze jestem oceniana jako zły pracownik samorządowy, a przez pryzmat mojego zachowania oceniany jest jeszcze mój zwierzchnik. Czasami się nie przeskoczy złych opinii, kształtowanych przez "społeczeństwo", co można zaobserwować na naszym sochaczewskim podwórku - czego by Miasto nie zrobiło, będzie źle - ale boli mnie, że nadal są przykłady pojedynczych urzędników, czy całych urzędów, które funkcjonują jeszcze na zasadach "nie przeszkadzaj Pan, przecież ja teraz jem". Młoda kadra wprowadza do urzędów coś nowego. Pracuje się w firmie, a nie w urzędzie - bo słowo urząd się, niestety, źle kojarzy...
Młoda kadra wprowadza do urzędów coś nowego. Pracuje się w firmie, a nie w urzędzie - bo słowo urząd się, niestety, źle kojarzy
I tak powinno być. Mam nadzieje, że koleżanka nie broni bezpodstawnie swojego miejsca pracy, a ta wypowiedź ma odbicie w rzeczywistości. Bo ja niestety spotykam tylko tych
funkcjonujących jeszcze na zasadach "nie przeszkadzaj Pan, przecież ja teraz jem".
Przez przypadek byłem dziś świadkiem, jak jedna z urzędniczek traktuje petentów w Urzędzie Pracy. Po prostu dno. Myślałem, że takie sytuacje można zobaczyć jedynie w "Misiu".
Polscy urzędnicy to prostaki i chamy. Wyjątkiem jest chyba tylko ZUS, gdzie miło załatwiam wszystkie sprawy.
Chyba coś Ci się pomyliło - ja mam wprost przeciwne zdanie. Urzędnicy coraz częściej jak ludzie się zachowują, za to w ZUS-ie nie trafiłam na nic nowego.
Ludzie, ktoś Was potraktuje źle w jakimś urzędzie, ktoś dobrze, bo są różni urzędnicy i różni ludzie. A Wy rozciągacie ocenę jednego zdarzenia (czy jakiś poszczególnych zdarzeń) na całą instytucję. Myślę, że warto pamiętać, że urzędnicy to też ludzie, nasi bliźni. Mają swoje lepsze i gorsze dni. Swoje kłopoty. Trochę wyrozumiałości dla siebie nawzajem.
Żyjemy stereotypami. Jak łatwo jest powiedzieć, że te urzędasy nic nie robią, tylko tyłki grzeją na fotelach. Sama jestem urzędnikiem i nie mam prawa mieć gorszego dnia, a przynajmniej pokazać po sobie, że wszystko wokoło mnie ... denerwuje. A przyznać trzeba, że są pewne urzędy, gdzie wchodząc jesteś właśnie petentem, a coraz więcej jest urzędów, do których wchodzisz jako klient. Od czego to zależy, to już nie będę mówić, bo mogę być nieobiektywna.
dla przypomnienia petenci petent pochodzi od pleno titulo - czyli pełnym tytułem, pełną nazwą - hrabia, książe, wolny człowiek itp.
Nie jest gorszą kategorią od klienta.
Ok, nie wiedziałam. Chodziło mi o taki codzienny, czy pospolity wydźwięk tego słowa. Kojarzy się właśnie z gorszą kategorią klienta.
Gorszy dzień? Gdybyś droga koleżanko pracowała w firmie i obsługiwała klientów, to pokazywanie gorszych dni skończyło by się dla Ciebie w najlepszym wypadku wymówieniem. Chyba jesteśmy dojrzałymi ludźmi, a jeśli ktoś nie potrafi panować nad swoimi emocjami to powinien zmienić pracę. Niestety w polskich urzędach stołeczki zależą od układzików i znajomości, na funkcjonowanie ich samych nie ma wpływu zadowolenie petentów, jak w przypadku firm. Stąd jest taka sytuacja jak jest. W firmie, w której pracuję, jakby pracownik front-office zachował się tak jak przeciętny urzędnik to nie popracowałby dłużej niż do końca dnia. Dodatkowo zachowanie urzędników pokazuje jacy są prości i niekompetentni.
Toż właśnie powiedziałam, że nie mam prawa pokazywać, że mam gorszy dzień. I tym chciałam wskazać podobieństwo współczesnych urzędów do innych firm. A nie poruszyłam tematu innego zachowania pośród urzędników tylko dlatego, że mogłabym być nieobiektywna, co nie znaczy, że pochwalam zachowania a la "Miś".
Wybaczcie Państwo, ale te importowane z Zachodu "nie mam prawa pokazywać, że mam gorszy dzień" jest dość przerażające. Oczywiście w pracy powinniśmy być uprzejmi dla wszystkich, ale nie przesadzajmy. Częstokroć urzędnicy reagują nerwowo, bo klient czy petent, przychodzi już z taki nastawieniem, że trudnu inaczej zareagować, bo jest to mechanizm samonapędzający się.
Powinnismy raczej myśleć o wyrozumiałości wobec innych niż o tym oklepanym "nie mam prawa", czy "ktoś nie ma prawa". Jakie to jest prawo, pytam? regulamin pracowniczy, prawo moralne, czy może strywializowany profesjonalizm?
Wybacz - nic nie importuję. Właśnie dlatego, że urzędnicy traktowani są stereotypowo, użyłam sformułowania "nie mam prawa". Bo, gdy do urzędu przychodzi klient, czy petent, jak to wspomniałeś, i jest on nastawiony na totalne "nie", to gdy tylko nie uśmiechniesz się wystarczająco szeroko, to zostaniesz już oceniony. I gdy Twój zwierzchnik będzie musiał zareagować na skargę (złożoną wprost lub anonimowo), to wtedy Ty nie masz nic na swoje usprawiedliwienie. Różnicą między urzędem a firmami prywatnymi jest polityka i właśnie stereotypy. Jeśli będę dla kogoś niemiła, to oprócz tego, że zachowałam się nieludzko, czy nieetycznie, to jeszcze jestem oceniana jako zły pracownik samorządowy, a przez pryzmat mojego zachowania oceniany jest jeszcze mój zwierzchnik. Czasami się nie przeskoczy złych opinii, kształtowanych przez "społeczeństwo", co można zaobserwować na naszym sochaczewskim podwórku - czego by Miasto nie zrobiło, będzie źle - ale boli mnie, że nadal są przykłady pojedynczych urzędników, czy całych urzędów, które funkcjonują jeszcze na zasadach "nie przeszkadzaj Pan, przecież ja teraz jem". Młoda kadra wprowadza do urzędów coś nowego. Pracuje się w firmie, a nie w urzędzie - bo słowo urząd się, niestety, źle kojarzy...
Nie importujesz Patrycja, bo to już, niestety, żyje od dawna własnym życiem.
Młoda kadra wprowadza do urzędów coś nowego. Pracuje się w firmie, a nie w urzędzie - bo słowo urząd się, niestety, źle kojarzy
I tak powinno być. Mam nadzieje, że koleżanka nie broni bezpodstawnie swojego miejsca pracy, a ta wypowiedź ma odbicie w rzeczywistości. Bo ja niestety spotykam tylko tych
funkcjonujących jeszcze na zasadach "nie przeszkadzaj Pan, przecież ja teraz jem".