Reżyser Simon Curtis oraz debiutujący scenarzysta Alexi Kaye Campbell podchodzą do rozterek bohaterów z typowo hollywoodzką subtelnością. W "Złotej damie" brakuje zazwyczaj miejsca na niedopowiedzenia, dwuznaczności, przestrzeń między słowami. Bohaterowie niezmiennie czują się w obowiązku, by powiedzieć na głos, co im w duszy gra. Z kolei Curtis – w obawie o to, czy widzowie rozumieją wagę wypowiadanych zdań – ilustruje rozmowy ckliwą partyturą na wiolonczele i łkający fortepian. Niekiedy zabieg ten wydaje się zupełnie niepotrzebny – jak np. w scenie pożegnania Marii. To rozdzierający moment, w którym czysto i mocno wybrzmiewa credo filmu: wspomnienia najbliższych to nasza jedyna nadzieja na życie po życiu.
Oczywiście w filmie Curtisa roi się uproszczeń (cyniczna, nierozliczona z nazizmem Austria kontra zbudowana na prawie i porządku Ameryka), zaś postaci drugoplanowe wydają się zaledwie pionkami rozstawionymi na fabularnej szachownicy. Nie zmienia to jednak faktu, że "Złota dama" została zrobiona pewną ręką rzemieślnika. Reżyser zgrabnie tasuje planami czasowymi, wypełniając kolejne białe plamy w biografii Marii. Kiedy trzeba, potrafi rozładować atmosferę dowcipnym dialogiem, podkręcić napięcie (jak w emocjonującej sekwencji ucieczki bohaterki z Austrii) albo wycisnąć łzę szczerego wzruszenia. Dzięki Mirren i Reynoldsowi reżyser bez problemu rozgrywa tarcia między rezolutną, prostolinijną Marią a niepewnym siebie, coraz bardziej zdesperowanym Randolem. Sercem filmu jest właśnie relacja między tą nietypową parą, która postanowiła zrobić porządek nad pięknym, modrym Dunajem.
Przed filmem będą oczywiście niespodzianki. ZAPRASZAMYChcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze