- Pilotów nie zatrudnia się po znajomości, tylko muszą to być osoby z odpowiednim doświadczeniem i przygotowane. Administracja to bodaj jedyne miejsce, gdzie wygląda to inaczej i gdzie godzimy się na miernotę - przyznaje prof. Michał Kulesza.
Profesor Michał Kulesza do niedawna współpracował z samorządem sochaczewskim w kwestii przygotowania się do sporu sądowego z Generalną Dyrekcją Dróg Krajowych i Autostrad, dotyczącego roszczeń odszkodowawczych za przekazane miastu mocą ustawy, po oddaniu obwodnicy Sochaczewa, zdewastowane drogi. Jeszcze poprzednia Rada Miejska przeznaczyła w budżecie miasta 100 tys. zł na kaucję sądową, ale obecne władze miasta najwidoczniej zrezygnowały z pomocy prawnej profesora i trudnego sposobu wyegzekwowania należnych miastu pieniędzy od GDDKiA. Pomimo wsparcia Związku Miast Polskich dla Sochaczewa we wcześniejszych rozmowach ze szczeblem rządowym oraz jego rekomendacji i finansowania pomocy prawnej profesora. Zabezpieczone na kaucję pieniądze wydano na inne potrzeby, a w temacie kontynuacji starań cisza! Natomiast głośno w mieście o próbie sprzedaży kolejnych nieruchomości miejskich, która może być łatwym sposobem ucieczki od problemu sensownego ich zagospodarowania przez miasto. Kuszące są też „łatwe pieniądze” dla budżetu. Profesor Michał Kulesza zaszczycił nas swoją obecnością podczas uroczystych obchodów 20-lecia samorządu terytorialnego w Sochaczewie w 2010 roku. Z wcześniejszymi osiągnięciami sochaczewskiego samorządu miejskiego zetknął się pracując w Kapitule Rankingu Samorządowego Rzeczpospolitej.
Czy jego refleksje odnośnie kondycji administracji wyrażone na łamach portalu samorządowego nie dotyczą też Sochaczewa?
Postrzeganie władzy cofa nas do PRL-u (Michał Rodak 14-08-2012 )
Czy dzięki ujawnionym w ostatnich tygodniach informacjom dotyczącym zjawisk nepotyzmu i kumoterstwa dowiedzieliśmy się czegoś nowego na temat etyki w polskiej sferze publicznej?
Prof. Michał Kulesza, twórca reformy samorządowej i społeczny doradca prezydenta Bronisława Komorowskiego: Właściwie nic nowego, poza jedną rzeczą, która rzeczywiście jest nowa, bardzo ważna i bardzo smutna. Mianowicie niebywały jest stopień znieczulenia na tego typu zjawiska wśród osób działających na różnych szczeblach władzy. W środowiskach władzy administracyjnej stało się całkiem normalne, że należy sobie wzajemnie pomagać. Ciekawe więc, czy ostatnimi rewelacjami ktoś się w ogóle przejmuje. Nie twierdzę, że tak jest wszędzie, niemniej - problem jest i narasta, tym bardziej, że rynek pracy jest coraz trudniejszy. Gdy nie ma pracy, to ludzie próbują ją znaleźć tam, gdzie mają dojścia. W wielu środowiskach stało się naturalne, że posada w rządowej czy samorządowej instytucji to proste narzędzie rodzinnej, partyjnej czy koleżeńskiej samopomocy i wdzięczności. Właśnie tego rodzaju objawy "miłości bliźniego" powodują, że postrzeganie władzy cofa nas do PRL-u. Używając dawnego języka, rządzący to znów "oni". Wiele osób mówi: my ze swoimi problemami jesteśmy tu, a tam "oni" - rządząca sitwa.
Na ile wynika to z niedoskonałości prawa, a na ile znaczenie ma czynnik ludzki?
Prawo jest oczywiście ważne, ale to przede wszystkim problem kulturowy. Polak potrafi, więc gdy prawo się zmieni, zawsze znajdzie się też sposób, by je obejść. Zresztą, choć trudno się tym pocieszać, podobne kłopoty występują również w innych krajach. Problem leży zatem gdzie indziej, nie w samych przepisach. Nie dlatego przecież powstrzymujemy się od kradzieży, że kradzież jest zakazana, a jak nas złapią to będzie jeszcze wstyd, tylko dlatego, że kradzież to rzecz nieuczciwa. Z drugiej strony, gdy przechodzimy przez jezdnię na czerwonym świetle, to uważamy, że nic się nie stało. Podstawą jest więc czynnik kulturowy. W polskiej administracji w zbyt małym stopniu znaczenie mają kompetencje pracownika czy kierownika. Liczy się papier, np. ukończone studia czy inne wymogi formalne. Są konkursy, ale coraz to słyszę, że z góry można się zakładać, kto wygra. Procesy rekrutacyjne często nie są nastawione na merytoryczne wzmocnienie instytucji w realizacji jej statutowych celów, lecz na osiągnięcie konkretnego rezultatu personalnego. To dowodzi, że zwierzchnikom nie leży na sercu merytoryczny poziom pracy instytucji, którymi kierują. W efekcie bywa i tak, że instytucja nie jest w stanie dobrze wykonywać swoich zadań, więc zleca ich wykonanie podmiotom zewnętrznym, ale ponieważ sama jest kiepska merytorycznie - nie umie nawet dobrze postawić zadania przed zewnętrznym zleceniobiorcą. Są liczne przykłady, ale się powstrzymam.
Jak temu zaradzić?
- W administracji nie ma rozdziału pomiędzy sferą polityczną, sferą urzędniczo-administracyjną i zarządzaniem gospodarką publiczną, czyli przedsiębiorstwami państwowymi i komunalnymi. Tymczasem powinno być tak, że każda z tych dziedzin jest autonomiczna względem pozostałych i w każdej z nich jest inny mechanizm kariery. W sferze zarządzania politycznego jest oczywiście miejsce dla polityków - po to są i po to ich wybraliśmy, by byli radnymi, burmistrzami, posłami czy ministrami. Ale to, że są burmistrzami, radnymi, posłami czy ministrami nie oznacza, że mają prawo ingerować w zasoby kadrowe urzędu. Od tego w ministerstwie powinien być dyrektor generalny, a w mieście sekretarz miasta. To osoba, która ma odpowiadać przed rządzącymi za gotowość urzędu do pracy, a w tym także prowadzić politykę kadrową i przeprowadzać rekrutację, opierając ją na kryteria merytorycznych. A dzisiaj, gdy minister czy prezydent miasta mówi, by kogoś zatrudnić, bo to bardzo dobry kandydat, to co taki dyrektor czy sekretarz może zrobić? Zatrudnia... I wszyscy przyjmują to za normalne. A to nie jest normalne. W urzędzie jest miejsce na różne grupy pracowników. Są tam stanowiska doradcze, gdzie ludzi dobiera sobie bezpośrednio sam polityk - ci współpracownicy odchodzą później razem ze swoim szefem. Ale w pozostałym zakresie praca w administracji musi mieć sens z punktu widzenia kariery zawodowej urzędnika - taka kariera musi być bezwzględnie oparta na podstawie merytorycznej oceny, a nie na gruncie koneksji partyjnych czy kumoterskich, musi być więc neutralna politycznie, bo w toku długoletniego zatrudnienia w urzędzie pracownikowi przyjdzie współpracować z politykami z różnych opcji politycznych. Jest też problem lojalności urzędniczej - urzędnik winien być lojalny wobec swoich zwierzchników, to jasne, ale granicą tej lojalności jest obowiązujące prawo oraz interes państwa czy gminy. Wreszcie jest problem kontekstu etycznego służby urzędniczej - niestety, w Polsce tzw. infrastruktura etyczna w administracji w zasadzie nie istnieje. Nie ma choćby najprostszych mechanizmów z tego zakresu, takich np. jak oświadczenia dotyczące kolizji interesów. Nie ma też w urzędach doradców etycznych. Wszystko są to warunki i wymagania, które jednoznacznie winny wynikać z ustaw urzędniczych. Ich spełnienie zarówno przez urząd, jak i przez pracownika powinno gwarantować dobre funkcjonowanie urzędu, zaś zainteresowanym - stabilną karierę urzędniczą.
Służba cywilna nie zdała w Polsce egzaminu?
Ogrodnicy mówią czasem, że roślina się nie przyjęła. Natomiast w Polsce nie przyjęła się służba cywilna. Prawidłowo zorganizowana i dobrze funkcjonująca służba cywilna charakteryzuje się podejściem merytorycznym, co oznacza neutralność polityczną i partyjną urzędnika, a także lojalnością, ale nie wobec zwierzchnika partyjnego, a wobec rządu lub samorządu. Urzędnik jest osobą, która działa w imię interesu publicznego. Dyrektor generalny urzędu powinien się obrazić, gdyby proponowano mu zatrudnienie kogoś tylko dlatego, że jest krewnym ministra. "Dlaczego bierzemy gorszego niż lepszego?" - powinien zapytać. U nas nikt jednak tak nie pyta. Pilotów nie zatrudnia się po znajomości, tylko muszą to być osoby z odpowiednim doświadczeniem i dobrze do tego przygotowane. Podobnie w innych zawodach. W sektorze prywatnym nie stać firmy na zatrudnienie kogokolwiek, kto nie spełnia wymagań merytorycznych. Administracja to bodaj jedyne miejsce, gdzie wygląda to inaczej i gdzie godzimy się na miernotę. Powoduje to, że administracja publiczna jest bardzo słaba, z powszechnie widoczną szkodą dla interesu publicznego. Wszyscy wiedzą, że nie ma tu możliwości kariery życiowej na długie lata. Dominuje myślenie, że gdy przyjdą nowi, to i tak wszystkich wymienią, więc nie ma czym się przejmować. Administracja traci pamięć instytucjonalną - nowi muszą uczyć się wszystkiego od nowa. Ginie lojalność urzędnicza. Nie ma też gry między administracją i polityką, która zżarła w Polsce wszystko. Takich sytuacji jest bardzo dużo, ale nie chcę też mówić, że jest tak wszędzie. Mówiąc to obraziłbym wielu ludzi, bo są instytucje państwowe czy samorządowe, gdzie wszystko działa tak jak należy.
Nawiązując do przywołanej wcześniej terminologii ogrodniczej, pewne rośliny trzeba w tej sytuacji wyrwać z korzeniami?
Tak, to jest ugór, na którym rosną chwasty. Potrzebny jest impuls na wysokim poziomie przywództwa politycznego - w gminie, powiecie, rządzie. Potrzeba osoby, która powie: "Jak kogoś na tym złapię, to ręce poobcinam". Jestem jednak pesymistą. Nie widzę herosa, który byłby w stanie walczyć z tym rakiem niszczącym państwo.
Komentarze