Płock - Dike już nie kontroluje. Spółka Cywilna Dike już nie prowadzi kontroli biletów w autobusach płockiej Komunikacji Miejskiej. Takie uprawnienia posiadają obecnie jedynie pracownicy KM z Wydziału Nadzoru oraz pracownicy firmy Arsen.
Firma Dike poinformowała nas, że nie ma kontrolerów, którzy mogą dokonywać kontroli biletów, wobec tego zdecydowaliśmy o zerwaniu umowy – powiedział prezes Komunikacji Miejskiej Marek Sawicki. Jak się dowiedzieliśmy nieoficjalnie, pomiędzy właścicielami Dike doszło do sporu, w wyniku którego powstałą firma Dike spółka z o.o. Pracownicy tej firmy dalej kontrolowali bilety w autobusach i wystawiali mandaty na drukach Dike spółki cywilnej, doczepiając później zszywaczem nazwę nowej firmy. Właśnie takie działania zdecydowały o ostatecznym zerwaniu umowy przez Komunikację Miejską. W związku z zaistniała sytuacja pasażerowie płockich autobusów powinni zwracać baczną uwagę na to, kto kontroluje bilety. (jac) Tygodnik Płocki 2002-09-05 13:46
Zdublowane mandaty wystawione przez firmę Dike Sebastian Śmietanowski 01-08-2003, ostatnia aktualizacja 01-08-2003 16:41
Płocczanie, którzy już raz zapłacili firmie Dike kary za jazdę na gapę, dostają znowu mandaty. Tym razem od firmy windykacyjnej z Piły.
Dike kontrolowała bilety w płockich czerwoniakach cztery miesiące, rok temu Komunikacja Miejska zerwała umowę z tą firmą.
- Przyznaję się bez bicia. W ubiegłym roku zostałem złapany na jeździe autobusem na gapę przez kontrolera firmy Dike, zostałem spisany i dostałem mandat, który zapłaciłem. Teraz firma windykacyjna Presco z Piły chce, żebym jeszcze raz zapłacił - alarmuje na internetowym forum "Gazety" internauta o pseudonimie Pretorian.
To możliwe
W tej sprawie rozdzwoniły się również redakcyjne telefony. - Ja też dostałem taki mandat, co mam zrobić? Najgorzej, że nie zachowałem dowodu wpłaty raz już uiszczonego mandatu!
Kolejny telefon: - Moi znajomi również dostali zawiadomienie z Presco. Dike nawet nie chciało z nimi rozmawiać.
W Gorzowie Wielkopolskim, gdzie Dike w ub.r. również kontrolowała bilety, mieszkańcy także dostają zdublowane mandaty.
- Pierwsze słyszę o takich rzeczach - dziwi się prezes Dike Mariusz Gołębiewski. - Ale takie sytuacje mogą się zdarzać.
Tłumaczy, że jego spółka sprzedała firmie windykacyjnej Presco blisko 30 tys. niezapłaconych mandatów, w tym ok. 5 tys. płockich. - Nie mogę wykluczyć, w tej liczbie są i takie, które już raz były zapłacone - przyznaje prezes spółki. - Bo np. ktoś mógł wpłacić pieniądze już po tym, jak sprzedaliśmy mandaty Presco, albo np. przelał pieniądze na złe konto. Były takie przypadki.
W pilskiej firmie windykacyjnej również zaskoczenie. - To nieprawdopodobne - zapewnia menedżer Piotr Gawron. Po chwili: - Chociaż przy takiej ilości mandatów mogą wkraść się błędy...
Podaje inny jeszcze powód pomyłek: - Komunikacja Miejska nieraz anuluje mandaty, ale często nie informuje o tym kontrolerów i w ich dokumentach nadal są to kary do ściągnięcia. Potem są sprzedawne firmie windykacyjnej, razem z prawdziwymi długami.
Dike razy dwa
Sprawa swój finał może jednak znaleźć w sądzie. Zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa zamierza złożyć były współpracownik Gołębiewskiego Bogdan Bełczewski. Jest właścicielem warszawskiej firmy Dike sp. cywilna, która w ubiegłym roku wygrała przetarg na kontrolę biletów w Płocku. Pośrednikiem między firmą a płocką KM i jednocześnie jego współpracownikiem był Mariusz Gołębiewski. W sierpniu ub.r. dogadał się ze wspólnikiem Bełczewskiego i założył nową spółkę - Dike sp. z o.o., która jakby nigdy nic przejęła kontrolę biletów w autobusach oraz wszystkie zobowiązania i wierzytelności. Komunikacja Miejska o całej zmianie dowiedziała się tylko dlatego, że nagle zmienił się numer konta spółki kontrolującej i podpisy na dokumentach. Natychmiast rozwiązała umowę z nową Dike.
- Oni nie mieli żadnych praw do mandatów, które jeszcze my wystawiliśmy. Nigdy nie było uchwały wspólników w sprawie przejęcia wierzytelności przez sp. z o.o. - twierdzi Bełczewski. - Dlatego teraz tamta Dike i Presco nie mają prawa wymuszać od ludzi pieniędzy. Właśnie przygotowuję w tej sprawie zawiadomienie do prokuratury o popełnieniu przestępstwa.
- To bzdury - odpowiada Gołębiewski. - Moja Dike legalnie kupiła mandaty od spółki cywilnej. Miałem prawo je sprzedać firmie windykacyjnej.
Nie płacić?
Co jednak mają robić gapowicze, którzy już raz zapłacili, a teraz dostają ponowne mandaty? Kto ma dowód wpłaty, może się nie przejmować. Kto nie ma - może poprosić pocztę lub bank o zaświadczenie o wpłacie. Gorzej, jeśli pieniądze trafiały bezpośrednio do kasy Dike - w firmie mówią, że takiej dokumentacji od spółki warszawskiej nie przejęli.
- Ale gdybym miał czyste sumienie, nie płaciłbym po raz drugi - przekonuje płocki prokurator rejonowy Józef Dubleski. - W razie ewentualnej sprawy przed sądem można dotrzeć do świadków, którzy widzieli moment zapłaty, albo do dokumentów, niezależnie gdzie się znajdują.
Pożegnanie z Dike 2004-01-06 Miejski Zakład Komunikacji w Grudziądzu kilka dni temu rozstał się z firmą kontrolerską Dike z Płocka. Kontrolerów zastąpili pracownicy MZK. Skargi na działanie kontrolerów i kierownictwa płockiej firmy grudziądzanie kierowali wielokrotnie do dyrekcji MZK, a także do redakcji "Nowości Grudziądzkich". Fikcyjne mandaty i nieuprzejma obsługa w biurze reklamacyjnym to najczęstsze zarzuty pasażerów. Fakty te nie były jednak głównym powodem rezygnacji miejskiego przewoźnika z usług firmy. - Firma Dike funkcjonowała na grudziądzkim rynku półtora roku - mówi Marek Sikora, prezes MZK w Grudziądzu. - Mieliśmy skargi na działalność firmy od pasażerów i samych kontrolerów, którzy narzekali na kilkumiesięczne opóźnienia w wypłatach wynagrodzeń. Powodem pożegnania się z firmą była umowa, która wygasła z końcem 2003 roku. Kierownictwo Dike chciało przedłużyć swoją działalność w Grudziądzu, ale zaczęli o to zabiegać dopiero o godzinie 11 w sylwestra. W grudziądzkich autobusach i tramwajach obecnie pracuje 25 kontrolerów z firmy Hadis i MZK. Jak poinformował Marek Sikora, były już prowadzone rozmowy z Powiatowym Urzędem Pracy o skierowanie do pracy kolejnych dziesięć osób z listy bezrobotnych. Zwiększenie zatrudnienia na tym stanowisku w MZK oznacza, że wkrótce w co drugim pojeździe będzie można spotkać kontrolera biletów. (ae) http://www.grudziadz.pl/archives_shw.php?sel=3&numer=145
Wojna kanarów 2003 10 13 10 51 Łapanka 3Od lipca do kontrolującej w Kołobrzegu bilety firmy Kanar dołączyła płocka firma Dike. Kontrolerzy obu firm szybko weszli w konflikt, kiedy rozeszła się wieść, że nowa firma ma zastąpić starą. Kontrolerzy Dike zarzucają Kanarowi produkowanie nielegalnych biletów miesięcznych, mówią o sobie „jesteśmy po to, by ich sprawdzać”. Kontrolerzy Kanara zarzucają firmie Dike, że bez zgody zbiera i gromadzi ich dane osobowe. Kierownik oddziału Dike w Kołobrzegu został ukarany mandatem jeszcze w 2001 roku i firma windykacyjna żąda, by wpłacił na rzecz konkurencji ponad 200 zł. Z kolei, jeśli wierzyć relacji kontrolerów Dike, konkurenci na skutek nieznajomości prawa, przy mimowolnej współpracy kołobrzeskiej policji, wyłudzają od gapowiczów pieniądze. Konflikt się pewnie nasili, ponieważ dyrektor Komunikacji Miejskiej nie pozostawia nikomu złudzeń: zostanie tylko jedna firma. Kiedy na początku lipca w Kołobrzegu pojawiła się Dike, szef Kanara dowiedział się o tym z... krążących po mieście plotek. – Dziwi mnie to o tyle, ponieważ kiedy postanowiłem przerwać działalność, prokurenci firmy namawiali mnie do zmiany decyzji. No i namówili. A potem usłyszałem na ulicy, że w Kołobrzegu sprawdza bilety jeszcze jedna firma – mówi szef Kanara Jacek Cygan. Twierdzi on również, że do tej pory nikt oficjalnie nie poinformował go na jakich zasadach ma się odbywać współpraca z nową firmą. Kontrolerzy obu firm sprawdzają bilety bez żadnego wspólnego planu, chaotycznie, jedni dublują działania drugich. – Im większa konkurencja między nimi, tym lepiej - mówi Adam Boguszewski, dyrektor Komunikacji Miejskiej – Dla nas liczy się liczba kupionych biletów. Wojna naklejkowaKontrolerzy Kanara bardzo skarżą się na Dike: - To śmieszne, kiedy oni dokonują kontroli w autobusie zaraz po nas – mówi jedna z „kanarzyc” – przecież jeżeli ktoś dostał mandat od nas, to nie może być ukarany drugi raz. Kanary też umilają życie kolegom z konkurencyjnej firmy jak mogą, kiedy zostali przez kontrolerów z Dike poproszeni o bilety, pokazali służbowe legitymacje dopiero w ostatniej chwili. Z kolei jeden z kontrolerów Dike miał zarekwirować mandaty Kanara, kiedy ten nie mógł znaleźć legitymacji. Ponoć nie wszystkie się potem znalazły. – Kiedyś jeden z nich do mnie w autobusie wystartował z łapami. Powiedziałem, chcesz się trzaskać? Dobrze, tylko wysiądźmy z autobusu – opowiada kontroler z Dike. Co zabawniejsze, obie firmy rywalizują z sobą również pod względem... ilości firmowych naklejek w autobusach. Najpierw w autobusach dominowały naklejki Kanara, potem pojawiły się jednak naklejki Dike i stopniowo to one zaczęły dominować na niektórych liniach. Pewnie dlatego, że w tym samym czasie zaczęły znikać naklejki Kanara. – Za rękę nikogo nie złapałem, ale dziwi mnie ze nagle nasze naklejki zaczęły znikać, a po cichu zastępują je naklejki Dike. – zastanawia się Jacek Cygan. – Czy my też mamy zostać zastąpieni w ten sposób? – zastanawiają się jego pracownicy. Jeden z nich dodaje. – Kiedyś pasażerowie odmówili okazania biletów do kontroli, ponieważ z nalepki wynikało, że bilety może sprawdzać tylko Dike. Uratował mnie wiszący na ścianie autobusu regulamin, w którym wyraźnie jest napisane, że bilety sprawdza Kanar. Ale najbardziej denerwuje mnie, że wszędzie w koło powtarzają, że się nas wkrótce pozbędą. Kontrolerzy z Dike odpowiadają: - To właśnie Kanar zrywa nasze nalepki. Kierownik klientem konkurencjiKanarzy zarzucają, że wielu kontrolerów tej firmy to „ich mandaty” czyli osoby, które były przed podjęciem pracy wielokrotnie spisywane za brak biletu. Dlatego teraz znaleźć mieliby okazję do odwetu. Co najciekawsze, klientem Kanara jest również kierownik oddziału Dike w Kołobrzegu, Marek Trawiński – aktualnie na urlopie. Pan Marek jest dłużnikiem Kanara od 7 lutego 2001 roku i do tej pory nie znalazł powodu, dla którego dług taki miałby uregulować. Nie uważa za niestosowne, że kierowanie oddziałem firmy zajmującej się kontrolą, jest co najmniej wątpliwe moralnie przy jednoczesnym byciu dłużnikiem konkurencyjnej firmy kontrolerskiej. Firma windykacyjna z Dolnego Śląska niedawno wezwała kierownika Dike do uiszczenia należności. Według pracowników Kanara pan Marek miał im powiedzieć, że dług odbiera jako osobistą zemstę Jacka Cygana i nie uiści należności. Nie udało nam się porozmawiać z Markiem Trawińskim z powodu jego urlopu, a zarząd firmy Dike zdecydowanie zdementował informacje o dyscyplinarnym zwolnieniu kierownika. – W Kanarze zasady są jednoznaczne, osoby karane mandatami nie mogą u nas pracować - mówi Jacek Cygan.Poznaj swojego wrogaKontrolerzy Kanara skarżą się również, że konkurencja gromadzi ich dane osobowe. Marek, jeden z nich opowiada: - Sprawdziłem to osobiście, jak tylko usłyszałem plotkę . Poszedłem do Dike i powiedziałem, że chciałbym u nich pracować. Szybko odszukali moje nazwisko na jakiejś liście i powiedzieli: Ale pan jest przecież pracownikiem Kanara. Ciekawe co jeszcze za informacje gromadzą na mój temat. I po co.Szef Kanara twierdzi że są dwie możliwości: - Jedynie ja posiadam te dane, nie ma ich nawet dyrekcja komunikacji. Mnie również dziwi celowość ich zbierania przez konkurencję. Na pewno nie otrzymali ich ode mnie. Nie wiem, czy wyciągnęli je z mojego biurka czy też dane te otrzymali od któregoś z nieuczciwych pracowników. Małgorzata Kałużyńska – Jasak, rzecznik Generalnego Inspektora Danych Osobowych twierdzi, że GIODo wyjaśni sprawę. – Nalegam na jak najszybsze przesłanie do nas skargi. Zbadamy sprawę i jeśli zaszło tam jakieś przestępstwo złożymy doniesienie – wyjaśnia pani rzecznik. Kanarzy zapowiedzieli wysłanie do GIODO zbiorowej skargi. W siedzibie DikePod drzwiami siedziby oddziału firmy słychać śmiech. -...I przydusimy kanarów... W środku kontrolerzy Dike pokazują powód radości: Kilka „lewych” biletów miesięcznych wydanych przez kontrolerów „Kanara”. – Pół miasta jeździ na tych - Ludzie z Dike starają się też pokazać ile radości sprawia im obcowanie z lokalna prasą. – Ale niech będzie to napisane jak należy, bo inaczej pogadamy w autobusie! To przecież nie groźba. My nie grozimy, tylko żartujemy. Kontrolerzy Dike pokazali również listę, nosiła tytuł „Lista byłych, nierzetelnych pracowników firmy Kanar. Kiedy pozwolono nam się z nią zapoznać, nie było na niej żadnego mężczyzny o imieniu Marek. To jednak logiczne, skoro jest to lista byłych kanarów. Mariusz Gołębiewski, prezes zarządu Dike okazał równie wiele entuzjazmu co jego pracownicy, twierdząc, że kontakty z dziennikarzami przyniosły mu same przykre doświadczenia. Z jego zarejestrowanej wypowiedzi wynika, że Dike ma ogólne pozwolenie GIODO na zarządzanie bazami danych dłużników, że imię i nazwisko danymi osobowymi nie są, a tak poza tym, to żadna lista pracowników Kanara w Dike nie istnieje. Może być tylko jedenKanarzy twierdzą, że nie handlują lewymi biletami miesięcznymi. Mieli to robić już zwolnieni pracownicy oferujący naznaczony długopisem bilet za stawkę: flaszka albo 15 złotych. – Myślę, że już te bilety to byłby powód, by rozwiązać z nimi umowę – mówi dyrektor Komunikacji Miejskiej Adam Boguszewski, który nie ukrywa, że bardziej do gustu przypadli mu kontrolerzy z Dike. – Może to dlatego, że starają się na początku o dobre wrażenie. Powtarzam, że konkurencja jest korzystna dla naszej kasy. Ale na dłuższą metę to nie zda egzaminu. Zostanie tylko jedna firma. Która? Na razie za wcześnie o tym mówić. Zapytani o to, czy jutro będzie tak, że zostanie tylko Dike, kontrolerzy tej firmy wybuchają śmiechem : -A co będzie jutro? No właśnie... tego nikt nie wie. Nie czytali uchwałyJeden z kontrolerów Dike, wysoki, szpakowaty mężczyzna opowiada o swojej pracy: - Na szczęście nasza współpraca z policją układa się wyśmienicie, bo w tej pracy różnie bywa. Na przykład dzisiaj - pokazuje mandat, na którym jest napisane „pasażerka w wulgarny sposób odnosiła się do kontrolera Dike”. - Zadzwoniliśmy po policję, ta podjechała za autobusem na pętlę i kobieta zapłaciła za siebie, za dziecko i za ustalenie danych, czyli interwencję policji razem 450 zł –chwali się kontroler. Wymienia przyprawiające o zawrót głowy sumy. - Zjazd autobusu na policję to przecież zbyt wiele kłopotu, my to załatwiamy szybciej, zjazdy były kiedyś – dodaje. Nie wiadomo jakich, „nieodpowiednich” słów wobec tego kontrolera użyła matka z dzieckiem, ale należy zakładać, że były to epitety i że część z nich była całkiem trafiona. Pobranie w takim przypadku opłaty „za interwencję” było wyłudzeniem, przy mniej lub bardziej biernym współudziale nieszczęsnej policji.Uchwała rady miejskiej w sprawie opłat za usługi przewozowe mówi: „Za spowodowanie zatrzymania lub zmiany trasy autobusu bez uzasadnionej przyczyny pasażer obowiązany jest uiścić opłatę dodatkową w wysokości zł 270,00”. Nie można pobierać tej opłaty w innych okolicznościach. Dyrektor Boguszewski powiedział krótko:- Natychmiast zajmę się sprawą. Trudno przypuszczać, że kontroler Dike czytał uchwałę rady. Jeżeli to co opowiadał, mówił poważnie, uznać go należy za dość mało kompetentnego kontrolera biletów. O wpadkach Kanara bywało głośno. Może już czas by przyjrzeć się dokładniej działalności nowej firmy?
Grupa uczniów dojeżdżających do sierpeckich szkół autobusami PKS ukarana została mandatami za jazdę na gapę. Mieli bilety miesięczne, ale nie mieli ważnych legitymacji. To precedens, bowiem bez tego dokumentu kasa nie wydałaby im biletu.
Dzieci i młodzież z okolic Sierpca dojeżdżają do szkół autobusami Państwowej Komunikacji Samochodowej. Najczęściej są zaopatrzeni w bilety miesięczne, które w trzydziestodniowym rozrachunku wychodzą taniej, aniżeli kupowane codziennie. Ażeby wykupić w kasie bilet, trzeba jednak spełnić określone warunki. - Każdy uczeń, który chce wykupić miesięczny bilet, musi mieć przy sobie podstemplowaną legitymację szkolną. W innym przypadku nie możemy go sprzedać - wyjaśnia Aneta Krawczyńska, kasjerka na sierpeckim dworcu PKS. Kilka tygodni temu trzynaścioro dzieci zostało ukaranych mandatami za brak ważnego dokumentu przejazdu. Nie miały przy sobie legitymacji szkolnych, okazując się wyłącznie miesięcznym biletem. Okazuje się, że to zbyt mało. Kontrolerzy z płockiej firmy DIKE wystawili uczniom mandaty po prawie 140 złotych. Oburzeni rodzice udali się do kierownictwa PKS. Przedstawili ważne legitymacje szkolne swoich dzieci, oczekując anulowania kary lub chociaż jej znacznego pomniejszenia. - Powiedzieli mi, że mimo ważnej legitymacji muszę zapłacić mandat. To nie w porządku, bo przecież dziecko z II czy III klasy ma prawo zapomnieć tego dokumentu. A wiadomo przecież, że ma legitymację, bo bez niej nie dostałby biletu - opowiada rozgoryczony ojciec.
Kierownik PKS w Sierpcu Henryk Nawrocki tłumaczy, że taka sytuacja nie mogła się wydarzyć, bo wówczas on otrzymałby pisemny raport na kierowcę. - Jeśli pasażer nie posiada kompletu dokumentów uprawniających do przejazdu, jest za to również odpowiedzialny kierowca. Przychodzi na niego raport i jest ukarany - tłumaczy Nawrocki. Bilet miesięczny jest ważny wyłącznie z ważną legitymacją szkolną lub, w przypadku osoby dorosłej, z dowodem osobistym. Takie są procedury wystawiania i honorowania biletów w PKS-ach, ponieważ - jak twierdzi kierownik - uczniowie fałszują bilety. Posiadanie dokumentu utrudnia ten proceder.
Rozgoryczeni rodzice zostali odesłani do firmy zajmującej się kontrolowaniem pasażerów PKS. Wiceprezes firmy kontrolerskiej Sylwester Górczyński wyjaśnia, że druk, który otrzymali uczniowie, nie jest mandatem, a jedynie wezwaniem do zapłaty kary za przejazd środkami komunikacji PKS bez ważnego biletu. Jeśli dziecko, czy rodzice okażą ważny dokument towarzyszący biletom miesięcznym, istnieje możliwość zmniejszenia nałożonej kary. - Ostatecznie wyniosłaby ona piętnaście złotych ze stu czterdziestu. To chyba znaczna obniżka - dodaje Górczyński.
Trybunał Konstytucyjny uznał za niezgodne z konstytucją pobieranie opłat od osób uprawnionych do ulgowych przejazdów, które podczas kontroli nie posiadają dokumentów uprawniających do zniżki. Trybunał rozpatrzył pytanie sądu rejonowego w Łodzi w sprawie ustawy o uprawnieniach do bezpłatnych i ulgowych przejazdów środkami komunikacji miejskiej. Sejm ma 7 miesięcy na opracowanie nowych przepisów. Zgodnie z wyrokiem Trybunału Konstytucyjnego, dotychczasowe przepisy nie różnicują osób, które mają uprawnienia do ulgowych przejazdów, i tych, które wyłudzają od przewoźnika przejazd, nie płacąc za bilet odpowiedniej kwoty. Teraz, obie te grupy, muszą płacić takie same kary. Zdaniem sędziów Trybunału, nie można traktować osób, które zapomniały, zgubiły lub ukradziono im dokumenty, tak samo jak tych, którzy jeżdżą na gapę. Trybunał Konstytucyjny zdecydował, że obecne przepisy określające wysokość kar za przejazd bez biletu lub dokumentu uprawniającego do ulgi, stracą moc 31 stycznia przyszłego roku. Trybunał uznał za konieczne odroczenie uchylenia niekonstytucyjnych przepisów do przyszłego roku, ponieważ - jak mówił sędzia Adam Janik - nie można doprowadzić do luki prawnej, która pozwałaby bezkarnie jeździć bez biletu, bądź bez uprawnień do ulgi. Jego zdaniem, narażałoby to przewoźników na straty. Źródło: Rzeczpospolita
Dlaczego odpowiedzial Pan na tylko jednego posta- każdy kolejny to ważna sprawa. Dodatkowo odpowiedzial Pan na najmniej istotny:-) Szczerze powiedziawszy liczyłam na inny odzew niż dziennikarzy, ale coż...
Płock - Dike już nie kontroluje.
Spółka Cywilna Dike już nie prowadzi kontroli biletów w autobusach płockiej Komunikacji Miejskiej. Takie uprawnienia posiadają obecnie jedynie pracownicy KM z Wydziału Nadzoru oraz pracownicy firmy Arsen.
Firma Dike poinformowała nas, że nie ma kontrolerów, którzy mogą dokonywać kontroli biletów, wobec tego zdecydowaliśmy o zerwaniu umowy – powiedział prezes Komunikacji Miejskiej Marek Sawicki.
Jak się dowiedzieliśmy nieoficjalnie, pomiędzy właścicielami Dike doszło do sporu, w wyniku którego powstałą firma Dike spółka z o.o. Pracownicy tej firmy dalej kontrolowali bilety w autobusach i wystawiali mandaty na drukach Dike spółki cywilnej, doczepiając później zszywaczem nazwę nowej firmy.
Właśnie takie działania zdecydowały o ostatecznym zerwaniu umowy przez Komunikację Miejską. W związku z zaistniała sytuacja pasażerowie płockich autobusów powinni zwracać baczną uwagę na to, kto kontroluje bilety.
(jac) Tygodnik Płocki 2002-09-05 13:46
Zdublowane mandaty wystawione przez firmę Dike
Sebastian Śmietanowski 01-08-2003, ostatnia aktualizacja 01-08-2003 16:41
Płocczanie, którzy już raz zapłacili firmie Dike kary za jazdę na gapę, dostają znowu mandaty. Tym razem od firmy windykacyjnej z Piły.
Dike kontrolowała bilety w płockich czerwoniakach cztery miesiące, rok temu Komunikacja Miejska zerwała umowę z tą firmą.
- Przyznaję się bez bicia. W ubiegłym roku zostałem złapany na jeździe autobusem na gapę przez kontrolera firmy Dike, zostałem spisany i dostałem mandat, który zapłaciłem. Teraz firma windykacyjna Presco z Piły chce, żebym jeszcze raz zapłacił - alarmuje na internetowym forum "Gazety" internauta o pseudonimie Pretorian.
To możliwe
W tej sprawie rozdzwoniły się również redakcyjne telefony. - Ja też dostałem taki mandat, co mam zrobić? Najgorzej, że nie zachowałem dowodu wpłaty raz już uiszczonego mandatu!
Kolejny telefon: - Moi znajomi również dostali zawiadomienie z Presco. Dike nawet nie chciało z nimi rozmawiać.
W Gorzowie Wielkopolskim, gdzie Dike w ub.r. również kontrolowała bilety, mieszkańcy także dostają zdublowane mandaty.
- Pierwsze słyszę o takich rzeczach - dziwi się prezes Dike Mariusz Gołębiewski. - Ale takie sytuacje mogą się zdarzać.
Tłumaczy, że jego spółka sprzedała firmie windykacyjnej Presco blisko 30 tys. niezapłaconych mandatów, w tym ok. 5 tys. płockich. - Nie mogę wykluczyć, w tej liczbie są i takie, które już raz były zapłacone - przyznaje prezes spółki. - Bo np. ktoś mógł wpłacić pieniądze już po tym, jak sprzedaliśmy mandaty Presco, albo np. przelał pieniądze na złe konto. Były takie przypadki.
W pilskiej firmie windykacyjnej również zaskoczenie. - To nieprawdopodobne - zapewnia menedżer Piotr Gawron. Po chwili: - Chociaż przy takiej ilości mandatów mogą wkraść się błędy...
Podaje inny jeszcze powód pomyłek: - Komunikacja Miejska nieraz anuluje mandaty, ale często nie informuje o tym kontrolerów i w ich dokumentach nadal są to kary do ściągnięcia. Potem są sprzedawne firmie windykacyjnej, razem z prawdziwymi długami.
Dike razy dwa
Sprawa swój finał może jednak znaleźć w sądzie. Zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa zamierza złożyć były współpracownik Gołębiewskiego Bogdan Bełczewski. Jest właścicielem warszawskiej firmy Dike sp. cywilna, która w ubiegłym roku wygrała przetarg na kontrolę biletów w Płocku. Pośrednikiem między firmą a płocką KM i jednocześnie jego współpracownikiem był Mariusz Gołębiewski. W sierpniu ub.r. dogadał się ze wspólnikiem Bełczewskiego i założył nową spółkę - Dike sp. z o.o., która jakby nigdy nic przejęła kontrolę biletów w autobusach oraz wszystkie zobowiązania i wierzytelności. Komunikacja Miejska o całej zmianie dowiedziała się tylko dlatego, że nagle zmienił się numer konta spółki kontrolującej i podpisy na dokumentach. Natychmiast rozwiązała umowę z nową Dike.
- Oni nie mieli żadnych praw do mandatów, które jeszcze my wystawiliśmy. Nigdy nie było uchwały wspólników w sprawie przejęcia wierzytelności przez sp. z o.o. - twierdzi Bełczewski. - Dlatego teraz tamta Dike i Presco nie mają prawa wymuszać od ludzi pieniędzy. Właśnie przygotowuję w tej sprawie zawiadomienie do prokuratury o popełnieniu przestępstwa.
- To bzdury - odpowiada Gołębiewski. - Moja Dike legalnie kupiła mandaty od spółki cywilnej. Miałem prawo je sprzedać firmie windykacyjnej.
Nie płacić?
Co jednak mają robić gapowicze, którzy już raz zapłacili, a teraz dostają ponowne mandaty? Kto ma dowód wpłaty, może się nie przejmować. Kto nie ma - może poprosić pocztę lub bank o zaświadczenie o wpłacie. Gorzej, jeśli pieniądze trafiały bezpośrednio do kasy Dike - w firmie mówią, że takiej dokumentacji od spółki warszawskiej nie przejęli.
- Ale gdybym miał czyste sumienie, nie płaciłbym po raz drugi - przekonuje płocki prokurator rejonowy Józef Dubleski. - W razie ewentualnej sprawy przed sądem można dotrzeć do świadków, którzy widzieli moment zapłaty, albo do dokumentów, niezależnie gdzie się znajdują.
Sebastian Śmietanowski
Dla niewtajemniczonych- ta firma wlasnie kontroluje bileciki w Socho.
Pożegnanie z Dike 2004-01-06
Miejski Zakład Komunikacji w Grudziądzu kilka dni temu rozstał się z firmą kontrolerską Dike z Płocka. Kontrolerów zastąpili pracownicy MZK.
Skargi na działanie kontrolerów i kierownictwa płockiej firmy grudziądzanie kierowali wielokrotnie do dyrekcji MZK, a także do redakcji "Nowości Grudziądzkich". Fikcyjne mandaty i nieuprzejma obsługa w biurze reklamacyjnym to najczęstsze zarzuty pasażerów. Fakty te nie były jednak głównym powodem rezygnacji miejskiego przewoźnika z usług firmy. - Firma Dike funkcjonowała na grudziądzkim rynku półtora roku - mówi Marek Sikora, prezes MZK w Grudziądzu. - Mieliśmy skargi na działalność firmy od pasażerów i samych kontrolerów, którzy narzekali na kilkumiesięczne opóźnienia w wypłatach wynagrodzeń. Powodem pożegnania się z firmą była umowa, która wygasła z końcem 2003 roku. Kierownictwo Dike chciało przedłużyć swoją działalność w Grudziądzu, ale zaczęli o to zabiegać dopiero o godzinie 11 w sylwestra. W grudziądzkich autobusach i tramwajach obecnie pracuje 25 kontrolerów z firmy Hadis i MZK. Jak poinformował Marek Sikora, były już prowadzone rozmowy z Powiatowym Urzędem Pracy o skierowanie do pracy kolejnych dziesięć osób z listy bezrobotnych. Zwiększenie zatrudnienia na tym stanowisku w MZK oznacza, że wkrótce w co drugim pojeździe będzie można spotkać kontrolera biletów. (ae)
http://www.grudziadz.pl/archives_shw.php?sel=3&numer=145
Wojna kanarów 2003 10 13 10 51
Łapanka 3Od lipca do kontrolującej w Kołobrzegu bilety firmy Kanar dołączyła płocka firma Dike. Kontrolerzy obu firm szybko weszli w konflikt, kiedy rozeszła się wieść, że nowa firma ma zastąpić starą. Kontrolerzy Dike zarzucają Kanarowi produkowanie nielegalnych biletów miesięcznych, mówią o sobie „jesteśmy po to, by ich sprawdzać”. Kontrolerzy Kanara zarzucają firmie Dike, że bez zgody zbiera i gromadzi ich dane osobowe. Kierownik oddziału Dike w Kołobrzegu został ukarany mandatem jeszcze w 2001 roku i firma windykacyjna żąda, by wpłacił na rzecz konkurencji ponad 200 zł. Z kolei, jeśli wierzyć relacji kontrolerów Dike, konkurenci na skutek nieznajomości prawa, przy mimowolnej współpracy kołobrzeskiej policji, wyłudzają od gapowiczów pieniądze. Konflikt się pewnie nasili, ponieważ dyrektor Komunikacji Miejskiej nie pozostawia nikomu złudzeń: zostanie tylko jedna firma. Kiedy na początku lipca w Kołobrzegu pojawiła się Dike, szef Kanara dowiedział się o tym z... krążących po mieście plotek. – Dziwi mnie to o tyle, ponieważ kiedy postanowiłem przerwać działalność, prokurenci firmy namawiali mnie do zmiany decyzji. No i namówili. A potem usłyszałem na ulicy, że w Kołobrzegu sprawdza bilety jeszcze jedna firma – mówi szef Kanara Jacek Cygan. Twierdzi on również, że do tej pory nikt oficjalnie nie poinformował go na jakich zasadach ma się odbywać współpraca z nową firmą. Kontrolerzy obu firm sprawdzają bilety bez żadnego wspólnego planu, chaotycznie, jedni dublują działania drugich. – Im większa konkurencja między nimi, tym lepiej - mówi Adam Boguszewski, dyrektor Komunikacji Miejskiej – Dla nas liczy się liczba kupionych biletów. Wojna naklejkowaKontrolerzy Kanara bardzo skarżą się na Dike: - To śmieszne, kiedy oni dokonują kontroli w autobusie zaraz po nas – mówi jedna z „kanarzyc” – przecież jeżeli ktoś dostał mandat od nas, to nie może być ukarany drugi raz. Kanary też umilają życie kolegom z konkurencyjnej firmy jak mogą, kiedy zostali przez kontrolerów z Dike poproszeni o bilety, pokazali służbowe legitymacje dopiero w ostatniej chwili. Z kolei jeden z kontrolerów Dike miał zarekwirować mandaty Kanara, kiedy ten nie mógł znaleźć legitymacji. Ponoć nie wszystkie się potem znalazły. – Kiedyś jeden z nich do mnie w autobusie wystartował z łapami. Powiedziałem, chcesz się trzaskać? Dobrze, tylko wysiądźmy z autobusu – opowiada kontroler z Dike. Co zabawniejsze, obie firmy rywalizują z sobą również pod względem... ilości firmowych naklejek w autobusach. Najpierw w autobusach dominowały naklejki Kanara, potem pojawiły się jednak naklejki Dike i stopniowo to one zaczęły dominować na niektórych liniach. Pewnie dlatego, że w tym samym czasie zaczęły znikać naklejki Kanara. – Za rękę nikogo nie złapałem, ale dziwi mnie ze nagle nasze naklejki zaczęły znikać, a po cichu zastępują je naklejki Dike. – zastanawia się Jacek Cygan. – Czy my też mamy zostać zastąpieni w ten sposób? – zastanawiają się jego pracownicy. Jeden z nich dodaje. – Kiedyś pasażerowie odmówili okazania biletów do kontroli, ponieważ z nalepki wynikało, że bilety może sprawdzać tylko Dike. Uratował mnie wiszący na ścianie autobusu regulamin, w którym wyraźnie jest napisane, że bilety sprawdza Kanar. Ale najbardziej denerwuje mnie, że wszędzie w koło powtarzają, że się nas wkrótce pozbędą. Kontrolerzy z Dike odpowiadają: - To właśnie Kanar zrywa nasze nalepki. Kierownik klientem konkurencjiKanarzy zarzucają, że wielu kontrolerów tej firmy to „ich mandaty” czyli osoby, które były przed podjęciem pracy wielokrotnie spisywane za brak biletu. Dlatego teraz znaleźć mieliby okazję do odwetu. Co najciekawsze, klientem Kanara jest również kierownik oddziału Dike w Kołobrzegu, Marek Trawiński – aktualnie na urlopie. Pan Marek jest dłużnikiem Kanara od 7 lutego 2001 roku i do tej pory nie znalazł powodu, dla którego dług taki miałby uregulować. Nie uważa za niestosowne, że kierowanie oddziałem firmy zajmującej się kontrolą, jest co najmniej wątpliwe moralnie przy jednoczesnym byciu dłużnikiem konkurencyjnej firmy kontrolerskiej. Firma windykacyjna z Dolnego Śląska niedawno wezwała kierownika Dike do uiszczenia należności. Według pracowników Kanara pan Marek miał im powiedzieć, że dług odbiera jako osobistą zemstę Jacka Cygana i nie uiści należności. Nie udało nam się porozmawiać z Markiem Trawińskim z powodu jego urlopu, a zarząd firmy Dike zdecydowanie zdementował informacje o dyscyplinarnym zwolnieniu kierownika. – W Kanarze zasady są jednoznaczne, osoby karane mandatami nie mogą u nas pracować - mówi Jacek Cygan.Poznaj swojego wrogaKontrolerzy Kanara skarżą się również, że konkurencja gromadzi ich dane osobowe. Marek, jeden z nich opowiada: - Sprawdziłem to osobiście, jak tylko usłyszałem plotkę . Poszedłem do Dike i powiedziałem, że chciałbym u nich pracować. Szybko odszukali moje nazwisko na jakiejś liście i powiedzieli: Ale pan jest przecież pracownikiem Kanara. Ciekawe co jeszcze za informacje gromadzą na mój temat. I po co.Szef Kanara twierdzi że są dwie możliwości: - Jedynie ja posiadam te dane, nie ma ich nawet dyrekcja komunikacji. Mnie również dziwi celowość ich zbierania przez konkurencję. Na pewno nie otrzymali ich ode mnie. Nie wiem, czy wyciągnęli je z mojego biurka czy też dane te otrzymali od któregoś z nieuczciwych pracowników. Małgorzata Kałużyńska – Jasak, rzecznik Generalnego Inspektora Danych Osobowych twierdzi, że GIODo wyjaśni sprawę. – Nalegam na jak najszybsze przesłanie do nas skargi. Zbadamy sprawę i jeśli zaszło tam jakieś przestępstwo złożymy doniesienie – wyjaśnia pani rzecznik. Kanarzy zapowiedzieli wysłanie do GIODO zbiorowej skargi. W siedzibie DikePod drzwiami siedziby oddziału firmy słychać śmiech. -...I przydusimy kanarów... W środku kontrolerzy Dike pokazują powód radości: Kilka „lewych” biletów miesięcznych wydanych przez kontrolerów „Kanara”. – Pół miasta jeździ na tych - Ludzie z Dike starają się też pokazać ile radości sprawia im obcowanie z lokalna prasą. – Ale niech będzie to napisane jak należy, bo inaczej pogadamy w autobusie! To przecież nie groźba. My nie grozimy, tylko żartujemy. Kontrolerzy Dike pokazali również listę, nosiła tytuł „Lista byłych, nierzetelnych pracowników firmy Kanar. Kiedy pozwolono nam się z nią zapoznać, nie było na niej żadnego mężczyzny o imieniu Marek. To jednak logiczne, skoro jest to lista byłych kanarów. Mariusz Gołębiewski, prezes zarządu Dike okazał równie wiele entuzjazmu co jego pracownicy, twierdząc, że kontakty z dziennikarzami przyniosły mu same przykre doświadczenia. Z jego zarejestrowanej wypowiedzi wynika, że Dike ma ogólne pozwolenie GIODO na zarządzanie bazami danych dłużników, że imię i nazwisko danymi osobowymi nie są, a tak poza tym, to żadna lista pracowników Kanara w Dike nie istnieje. Może być tylko jedenKanarzy twierdzą, że nie handlują lewymi biletami miesięcznymi. Mieli to robić już zwolnieni pracownicy oferujący naznaczony długopisem bilet za stawkę: flaszka albo 15 złotych. – Myślę, że już te bilety to byłby powód, by rozwiązać z nimi umowę – mówi dyrektor Komunikacji Miejskiej Adam Boguszewski, który nie ukrywa, że bardziej do gustu przypadli mu kontrolerzy z Dike. – Może to dlatego, że starają się na początku o dobre wrażenie. Powtarzam, że konkurencja jest korzystna dla naszej kasy. Ale na dłuższą metę to nie zda egzaminu. Zostanie tylko jedna firma. Która? Na razie za wcześnie o tym mówić. Zapytani o to, czy jutro będzie tak, że zostanie tylko Dike, kontrolerzy tej firmy wybuchają śmiechem : -A co będzie jutro? No właśnie... tego nikt nie wie. Nie czytali uchwałyJeden z kontrolerów Dike, wysoki, szpakowaty mężczyzna opowiada o swojej pracy: - Na szczęście nasza współpraca z policją układa się wyśmienicie, bo w tej pracy różnie bywa. Na przykład dzisiaj - pokazuje mandat, na którym jest napisane „pasażerka w wulgarny sposób odnosiła się do kontrolera Dike”. - Zadzwoniliśmy po policję, ta podjechała za autobusem na pętlę i kobieta zapłaciła za siebie, za dziecko i za ustalenie danych, czyli interwencję policji razem 450 zł –chwali się kontroler. Wymienia przyprawiające o zawrót głowy sumy. - Zjazd autobusu na policję to przecież zbyt wiele kłopotu, my to załatwiamy szybciej, zjazdy były kiedyś – dodaje. Nie wiadomo jakich, „nieodpowiednich” słów wobec tego kontrolera użyła matka z dzieckiem, ale należy zakładać, że były to epitety i że część z nich była całkiem trafiona. Pobranie w takim przypadku opłaty „za interwencję” było wyłudzeniem, przy mniej lub bardziej biernym współudziale nieszczęsnej policji.Uchwała rady miejskiej w sprawie opłat za usługi przewozowe mówi: „Za spowodowanie zatrzymania lub zmiany trasy autobusu bez uzasadnionej przyczyny pasażer obowiązany jest uiścić opłatę dodatkową w wysokości zł 270,00”. Nie można pobierać tej opłaty w innych okolicznościach. Dyrektor Boguszewski powiedział krótko:- Natychmiast zajmę się sprawą. Trudno przypuszczać, że kontroler Dike czytał uchwałę rady. Jeżeli to co opowiadał, mówił poważnie, uznać go należy za dość mało kompetentnego kontrolera biletów. O wpadkach Kanara bywało głośno. Może już czas by przyjrzeć się dokładniej działalności nowej firmy?
http://www.gazeta.kolobrzeska.netbiz.pl/publicystyka/archive_show.php3?tm=2003_10_13_10_51
Dostali mandat za bilet
Grupa uczniów dojeżdżających do sierpeckich szkół autobusami PKS ukarana została mandatami za jazdę na gapę. Mieli bilety miesięczne, ale nie mieli ważnych legitymacji. To precedens, bowiem bez tego dokumentu kasa nie wydałaby im biletu.
Dzieci i młodzież z okolic Sierpca dojeżdżają do szkół autobusami Państwowej Komunikacji Samochodowej. Najczęściej są zaopatrzeni w bilety miesięczne, które w trzydziestodniowym rozrachunku wychodzą taniej, aniżeli kupowane codziennie. Ażeby wykupić w kasie bilet, trzeba jednak spełnić określone warunki.
- Każdy uczeń, który chce wykupić miesięczny bilet, musi mieć przy sobie podstemplowaną legitymację szkolną. W innym przypadku nie możemy go sprzedać - wyjaśnia Aneta Krawczyńska, kasjerka na sierpeckim dworcu PKS. Kilka tygodni temu trzynaścioro dzieci zostało ukaranych mandatami za brak ważnego dokumentu przejazdu. Nie miały przy sobie legitymacji szkolnych, okazując się wyłącznie miesięcznym biletem. Okazuje się, że to zbyt mało. Kontrolerzy z płockiej firmy DIKE wystawili uczniom mandaty po prawie 140 złotych. Oburzeni rodzice udali się do kierownictwa PKS. Przedstawili ważne legitymacje szkolne swoich dzieci, oczekując anulowania kary lub chociaż jej znacznego pomniejszenia.
- Powiedzieli mi, że mimo ważnej legitymacji muszę zapłacić mandat. To nie w porządku, bo przecież dziecko z II czy III klasy ma prawo zapomnieć tego dokumentu. A wiadomo przecież, że ma legitymację, bo bez niej nie dostałby biletu - opowiada rozgoryczony ojciec.
Kierownik PKS w Sierpcu Henryk Nawrocki tłumaczy, że taka sytuacja nie mogła się wydarzyć, bo wówczas on otrzymałby pisemny raport na kierowcę. - Jeśli pasażer nie posiada kompletu dokumentów uprawniających do przejazdu, jest za to również odpowiedzialny kierowca. Przychodzi na niego raport i jest ukarany - tłumaczy Nawrocki. Bilet miesięczny jest ważny wyłącznie z ważną legitymacją szkolną lub, w przypadku osoby dorosłej, z dowodem osobistym. Takie są procedury wystawiania i honorowania biletów w PKS-ach, ponieważ - jak twierdzi kierownik - uczniowie fałszują bilety. Posiadanie dokumentu utrudnia ten proceder.
Rozgoryczeni rodzice zostali odesłani do firmy zajmującej się kontrolowaniem pasażerów PKS. Wiceprezes firmy kontrolerskiej Sylwester Górczyński wyjaśnia, że druk, który otrzymali uczniowie, nie jest mandatem, a jedynie wezwaniem do zapłaty kary za przejazd środkami komunikacji PKS bez ważnego biletu. Jeśli dziecko, czy rodzice okażą ważny dokument towarzyszący biletom miesięcznym, istnieje możliwość zmniejszenia nałożonej kary. - Ostatecznie wyniosłaby ona piętnaście złotych ze stu czterdziestu. To chyba znaczna obniżka - dodaje Górczyński.
Data: 2004-05-14
http://www.zw.com.pl/apps/a/tekst.jsp?place=zw2_a_ListNews1&news_cat_id=2030&news_id=38836
Trybunał Konstytucyjny uznał za niezgodne z konstytucją pobieranie opłat od osób uprawnionych do ulgowych przejazdów, które podczas kontroli nie posiadają dokumentów uprawniających do zniżki.
Trybunał rozpatrzył pytanie sądu rejonowego w Łodzi w sprawie ustawy o uprawnieniach do bezpłatnych i ulgowych przejazdów środkami komunikacji miejskiej. Sejm ma 7 miesięcy na opracowanie nowych przepisów.
Zgodnie z wyrokiem Trybunału Konstytucyjnego, dotychczasowe przepisy nie różnicują osób, które mają uprawnienia do ulgowych przejazdów, i tych, które wyłudzają od przewoźnika przejazd, nie płacąc za bilet odpowiedniej kwoty.
Teraz, obie te grupy, muszą płacić takie same kary. Zdaniem sędziów Trybunału, nie można traktować osób, które zapomniały, zgubiły lub ukradziono im dokumenty, tak samo jak tych, którzy jeżdżą na gapę.
Trybunał Konstytucyjny zdecydował, że obecne przepisy określające wysokość kar za przejazd bez biletu lub dokumentu uprawniającego do ulgi, stracą moc 31 stycznia przyszłego roku.
Trybunał uznał za konieczne odroczenie uchylenia niekonstytucyjnych przepisów do przyszłego roku, ponieważ - jak mówił sędzia Adam Janik - nie można doprowadzić do luki prawnej, która pozwałaby bezkarnie jeździć bez biletu, bądź bez uprawnień do ulgi. Jego zdaniem, narażałoby to przewoźników na straty.
Źródło: Rzeczpospolita
Dlaczego odpowiedzial Pan na tylko jednego posta- każdy kolejny to ważna sprawa. Dodatkowo odpowiedzial Pan na najmniej istotny:-)
Szczerze powiedziawszy liczyłam na inny odzew niż dziennikarzy, ale coż...
Przepraszam, jeżeli poczułaś się urażono tym, że tylko ja odpowiedziałem na twój post.
Widocznie tylko mnie to zainteresowało.