Łowicz..., to miasto ma szczęście. Nie ucierpiało tak bardzo jak nasze w czasie wojny, ma prężne centrum kulturalne. W przypadku naszego o centrum nie warto w ogóle mówić.
Wybraliśmy się na początku lutego, konkretnie czwartego (sobota) na koncert jazzowy w ramach Och! Film Festiwal do klubokawiarni (sic!) Tipes Topes. Grał kwartet Mikołaja Trzaski.
Tipes Topes nie jest klubem jazzowym sensu stricte, jest raczej salką nie większą od przeciętnego, tak zwanego dużego pokoju w naszych blokach, i pretensji żadnych sobie nie rości.
Jakże uroczo zatem i jak sielsko poczuliśmy się siadając na drewnianych krzesełkach dookoła nielicznych stolików wykonanych z lamp jakiś czy reflektorów i mając bliski, niemalże osobisty kontakt z muzykami.
Jeszcze przed koncertem, gdzieś w pobliżu baru, usłyszałem jak Trzaska się odgrażał, że koncert raczej punkowy przewiduje. No i się zaczęło. Już na początku bardzo nas zaskoczyło instrumentarium, bowiem oprócz sekcji rytmicznej, Ksawery Wójciński - kontrabas i Robert Rasz - perkusja, na scence pojawiły się dwa klarnety basowe, których dosiedli lider i Wacław Zimpler, niezwykle utalentowany młody człowiek.
Wszystko to przewiercało, choć nie ukrywam, że na tak silne doznania estetyczne wpływ miała odległość, a raczej przekroczenie tej sfery intymnej między muzykami a publicznością. Artyści beztrosko sobie poczynali i raczej nie w głowie im było informowanie publiczności o tytułach prezentowanych utworów. Gdzieś kątem ucha, że tak się wyrażę, przyciąłem tytuł „Sfinks” i faktycznie, klimat utworu był orientalny.
Ciekawostką tej muzyki była owa „kolektywna improwizacja”, która przeradza się raz w dialog klarnetów, to znowu w prowadzenie dwóch głosów na zasadzie kontrapunktu. Muzycy wydawali ze swych instrumentów dźwięki bardziej i mniej artykułowane. Niektóre przypominały wręcz odgłosy niestrawności.
Punktem kulminacyjnym było agresywne wtargnięcie lidera z altem i dokonało się rzucanie przewrotnie przyjemną kakofonią w publiczność. Siedzący obok przyjaciel nie wytrzymał i jego Cogito kazało mu szepnąć: „być bogiem, to znaczy ciskać gromy”.
Niestety, publiczność również zaczęła odpowiadać gromami i rozmowy stały się bardziej natarczywe. Artysta, aby uspokoić słuchaczy, zaproponował basiście, aby zagrał bardzo sugestywne ostinato, smykiem zresztą. Wyczarowali piękny, liryczny, chciałoby się rzec utwór filmowy, muzykę niezwykle ilustracyjną. W ten sposób uśpili gadających.
Och! Film Festiwal potrwa do niedzieli 26. lutego, miasta nasze dzieli dwadzieścia parę kilometrów. Powiem jeszcze tylko, bo może mieć to znaczenie, że bilet na koncert kosztował osiem złotych. Bądźcie czujni.
B. F.
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze