Środa, 23. maja, wytworna sala balowa Hotelu Chopin w Sochaczewie. Dzień to może nie do końca typowy dla spektaklu kabaretowego. A jednak – niemal wszystkie krzesła zajęte. Publiczność rozgląda się, wypatrując Marcina Dańca. To właśnie jego wieczór. Punktualnie o 19. pojawia się między rzędami i od razu wiadomo, że kontakt został nawiązany. Satyryk pierwszej klasy - daje odczuć, że sochaczewska publiczność jest w tym momencie dla niego najważniejsza. Tradycyjnie wciąga do gry widzów. Wyjątkowo trafne komentarze do otaczającej nas rzeczywistości, wręcz bijąca od artysty energia, niesamowita żywiołowość – taki Daniec był zawsze i taki jest teraz. Blisko dwie godziny doskonałej zabawy, choć z nutką refleksji, bo, jak spuentował artysta „Nasze życie sekundy ułamek ulatuje jak mgiełka znad łąk nasze życie raz jeden nam dane więc niełatwo wypuśćmy je z rąk”
Udało mi się zamienić kilka słów z Marcinem Dańcem, który do Sochaczewa przyjechał kolejny raz na zaproszenie swych przyjaciół - Maryli i Jacka Pliszków. Stąd też miejsce występu i powitanie - sochaczewianie kochani!
Czy istnieją dla Pana tematy tabu? Jak mogła pani zauważyć, staram się sprawiedliwie rozdawać razy na lewo i prawo. Sam jestem bezpartyjny, kompletnie apolityczny i nie oszczędzam nikogo. Staram się nie machać na ślepo kolczastą maczugą, ale potrafię obserwować i wyciagac wnioski. Nie chodzi mi o to, by komuś dokopać, ale pokazać, może wyśmiać głupoty, które wielu robi. Z całą pewnoscia nigdy nie będę szydził z wiary, żadnej wiary, Boga i chorób, które los brutalnie poprzydzielał.
Śmiechoterapeuta polskiej reprezentacji – Pan wie, o czym mówię? Rzeczywiście, byłem zapraszany na piłkarskie wyjazdy i imprezy jako taki odstresowywacz. Niestety od pewnego czasu już nie jestem zapraszany przez reprezentację. Ubolewam nad tym, ponieważ starałem się być przydatny, a czyniłem to w tzw. czynie społecznym. Mam nadzieję, że wkrótce śmiechoterapeuta wróci do gry.
Zamiłowanie sportowe jakoś zapewne wynika z kieruku studiów przez Pana ukończonych?No tak, od 20 lat zajmuję się satyrą i kabaretem, jestem absolwentem Studium Teatralnego. Ale ukończyłem też Akademię Wychowania Fizycznego. Ma to pewnie jakiś wpływ na sportową żyłkę.
Na scenie wyśmiewa Pan polskie zadęcie... No tak, przecież u nas pełno jest wszędzie obcobrzmiących nazw, jakbyśmy swoich nie mieli. A przecież nie mamy się czego wstydzić, no może poza tym, co sprzedaliśmy lub jakoś straciliśmy. Jak ktoś przyjedzie do Polski pierwszy raz lub po bardzo długiej nieobecności, to jest zwyczajne zaskoczony, aż oczy przeciera ze zdumienia. Mieszkam w Krakowie i jestem dumny ze swego miasta, z pierwszego na planecie supermarketu.
Słucham? Z jakiego supermarketu jest Pan dumny? No przecież chodzi o Sukiennice. Jak słyszę głosy turystów, pełne zachwytu nad Sukiennicami, Zamkiem Królewskim, a także uliczkami, kamienicami to aż robi mi się przjemnie. Uwielbiam słuchać „My Gott”, „Jezus”, Może turyści spodziewali się tu dzikich zwierząt hasających swobodnie. Albo myśleli, że w Polsce wszystko jest bardzo przaśne, jak lata wstecz. Jestem dumny, serce mi rośnie, jak słyszę te zachwyty.
A propos zachwytów. Czy był Pan w Żelazowej Woli po jej restauracji? Byłem, jestem pod wrażeniem.
Pozytywnym? Pytanie może nieco tendencyjne, ale sprecyzuję – jak Pan odbiera park i dworek po przemianie? Park jest wspaniały, pięknie zadbany. Zaś co do dworku... Chyba ktoś chciał zaszaleć i nieco przedobrzył.
Nie zapomni Pan łatwo o Sochaczewie? Nie mógłbym. Publiczność wspaniała, jakoś nikt nie uciekał z pierwszego rzędu.
Dlaczego ktoś miałby uciekać? Miałam wrażenie, że raczej wszyscy się tu pchali... Bo podobno ludzie się boją, że Daniec wciąga tych najbliżej siedzących do gry. A ja tylko lubię kontakt z publicznością. Z Pani miny wynika, że Sochaczewianie się nie boją.
Monika Gadzińska
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze