Nie tak dawno mieliśmy okazję podziwiać w Sochaczewie stare samochody. Ten niezbyt często spotykany u nas przypadek zwrócił moją uwagę na szczegół budowy pojazdów, z którym na co dzień mamy do czynienia, ale który na ogół interesuje nas głównie w momencie, gdy trzeba przewieźć coś większego . W niektórych krajach szczegół ten jest tak istotny, że najpopularniejszą formą nadwozia jest sedan. Nasi Czytelnicy zaczęli już zapewne się domyślać o co chodzi. Tak jest to bagażnik. Ta część karoserii na przestrzeni dziejów pojazdów przeszła, jak również reszta auta, olbrzymią ewolucję. W pierwszych samochodach bagażnika nie było w ogóle. Sama możliwość przemieszczania się z miejsca na miejsce pojazdem bez koni, była tak wspaniała, że nikt nie zastanawiał się, że można ze sobą zabrać np. walizkę. Drobiazgi lądowały pod siedzeniami lub wręcz na podłodze auta. Z czasem nasze wymagania zaczęły wzrastać, a i pojazdy pozwalały na przemieszczanie się na coraz większe odległości, toteż powstała konieczność wygospodarowania jakiejś przestrzeni na bagaż. Pierwsze bagażniki to po prostu kufry przytroczone z tyłu do auta. Ich kształt ewoluował coraz bardziej w kierunku integracji z nadwoziem pojazdu. Nadwoziem, które zresztą co pojazd, nawet tej samej marki, było inne. Wszak samochód kupowało się wtedy u producenta, a potem podwozie należało dostarczyć do firmy wykonującej na zamówienie nadwozie. W tym właśnie czasie bagażnik zaczęto nazywać kufrem. Nazwa ta często jest i teraz używana. Wydzielony bagażnik coraz bardziej stawał się częścią nadwozia i w miarę potrzeb coraz bardziej powiększał swoją pojemność. No może bez przesady. Kto pamięta jak wyglądał bagażnik malucha. Małe auto, ale jak było potrzeba to wszystko się w nim zmieściło. W tym okresie stały się zresztą popularne tzw. bagażniki dachowe, mocno powiększające zdolności przewozowe. Sam kiedyś zresztą jeżdżąc maluchem i korzystając z takiego bagażnika, przewoziłem tym autem 13 dużych skrzynek z owocami. Maluch, jak zresztą inne auta PRL-u coraz szybciej znikają z naszych ulic, a bagażniki dachowe stają się coraz bardziej wyspecjalizowane. Teraz coraz częściej służą do przewozu rowerów, nart lub zgodnie z zasadami aerodynamiki stają się opływowymi boxami. A bagażniki dawniej zwane kuframi? Po prostu są. Jedne mniejsze, inne większe, o bardziej lub mniej regularnych kształtach. W środku uchwyty i siatki do mocowania bagaży, szyny, schowki i inne udogodnienia. Ale czy te staromodne kufry, ze swymi lśniącymi okuciami, często wykonane z najlepszej skóry, nie były piękniejsze? Przytoczę anegdotę z czasów PRL: W okresie produkcji MIKRUSA (tak, tak, było takie „auto” polskiej konstrukcji) istniało duże, tzw. zapotrzebowanie społeczne na samochód bagażowy. Niepodzielnie rządząca wtedy partia, wzywała do siebie konstruktorów nakazując im zbudowanie takiego pojazdu na bazie tego samochodu. Ci twierdzili, że auto jest zbyt małe, a silniczek umieszczony z tyłu, wręcz uniemożliwia taką przeróbkę. Pewnego dnia, w jednej z większych ówczesnych gazet (pewnie w Trybunie Ludu), ukazało się ogłoszenie: mikrus bagażowy sprzedam. Tego już dla partyjnych bonzów było za dużo. Jak to? Prywaciarz mógł przerobić mikrusa na bagażówkę, a fabryczni konstruktorzy nie potrafią? Dyrektor fabryki dostał polecenie jak najszybszego skonstruowania takiej, bagażowej, wersji. Prace konstrukcyjne ruszyły. Dopiero po pewnym czasie okazało się, że chochlik drukarski poprzestawiał literki a w/w ogłoszenie miało brzmieć: mikrus beżowy sprzedam.
Piotr Gadziński
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze