Były dancingi do świtu, wianki płynące po Bzurze i chłopcy, którzy przez miesiąc szlifowali kajaki, żeby zasłużyć na miejsce w klubie. Wystarczyło powiedzieć „idę na przystań”, a każdy w Sochaczewie wiedział, dokąd zmierzasz. Dziś po dawnym obiekcie zostały fotografie i wspomnienia, ale dla wielu mieszkańców to właśnie tam zaczęło się ich dorosłe życie.
Jeszcze kilkadziesiąt lat temu trudno było wyobrazić sobie Sochaczew bez przystani nad Bzurą. Nie była zwykłym budynkiem nad rzeką ani tylko klubem sportowym. Była miejscem spotkań kilku pokoleń mieszkańców, wakacyjnym salonem miasta i przestrzenią, w której rodziły się przyjaźnie, pierwsze miłości i marzenia o dalekich podróżach.
Dzisiaj nad Bzurą stoi nowoczesna przystań. Ładna, uporządkowana, pełna spacerowiczów. Ale ci, którzy pamiętają jej poprzedniczkę, mówią o niej z nostalgią. Bo tamto miejsce miało duszę.

Przystań otwarto 28 czerwca 1933 roku, podczas obchodów Dni Morza. Powstała z inicjatywy Powiatowego Komitetu Przysposobienia Wojskowego i Wychowania Fizycznego, w czasach, gdy w całej Polsce promowano żeglarstwo i sporty wodne.
Nad samą Bzurą stanął drewniany, dwukondygnacyjny budynek z hangarem na sprzęt pływający, pomostami i zapleczem klubowym. Szybko stał się jednym z najbardziej charakterystycznych miejsc w Sochaczewie.
W tamtych latach rzeka wyglądała zupełnie inaczej. Była czysta, pełna ryb i ludzi. W upalne dni całe rodziny schodziły nad wodę. Dzieci kąpały się w Bzurze, młodzież wypożyczała kajaki, a starsi siadali na trawie i obserwowali życie miasta.
Potem przyszła wojna. Wrzesień 1939 roku zatrzymał wszystko. Sochaczew znalazł się w centrum największej bitwy kampanii obronnej - Bitwy nad Bzurą. W dolinie rzeki toczyły się ciężkie walki, a okolica została zniszczona. Przystań jednak przetrwała. I właśnie po wojnie rozpoczął się jej najpiękniejszy okres.
Po 1945 roku obiekt przejęła Liga Przyjaciół Żołnierza, a później Liga Obrony Kraju. Powstały sekcje kajakarska, motorowodna i żeglarska.
Przystań miała jednak jeszcze jednych, nieformalnych gospodarzy. Byli nimi państwo Felczakowie.
Mieszkali na terenie przystani i przez lata praktycznie nie opuszczali tego miejsca. Pilnowali sprzętu, dbali o porządek i znali każdego, kto pojawiał się nad Bzurą. Dla wielu młodych ludzi byli niemal częścią krajobrazu.
- Jak się szło na przystań, to państwo Felczakowie zawsze tam byli - wspominał Kazimierz Orzechowski.
To oni przez lata sprawiali, że miejsce żyło od rana do późnego wieczora.
Na przystań nie wchodziło się z ulicy
Największym prestiżem cieszyła się sekcja żeglarska.
- Każdy chciał być żeglarzem. To była elita. Człowiek czuł się kimś - wspomina Orzechowski.
Do klubu nie trafiało się jednak przypadkiem. - Przyszedłem i myślałem, że zaraz dadzą mi łódkę. Dostałem papier ścierny i kazali czyścić kajaki. Chyba przez miesiąc nic innego nie robiłem.
Jak wyglądało przyjęcie do klubu? Najpierw trzeba było udowodnić, że naprawdę chce się tu być. Czyściło się kajaki, malowało łodzie i porządkowało hangar.
- Przyjmowano tych, którzy wykazali się cierpliwością. Trzeba było sobie zasłużyć.
Była to pierwsza lekcja. Nie żeglarstwa. Życia.
Pachniało drewnem i farbą
W hangarze stały kajaki, łodzie wiosłowe i żaglówki. Były „Cadety”, „Finny” i dwie słynne „szóstki”, które znał każdy klubowicz. Po sezonie hangar zamieniał się w warsztat. Naprawiano sprzęt, szlifowano drewno i przygotowywano łodzie na kolejny rok.
- Nie było tak, że coś się zepsuło i kupowało nowe. Wszystko się reperowało.
Przystań miała także motorówkę z silnikiem „Moskwa” i przyczepny silnik „Wiatr”. Dla wielu chłopców były to pierwsze lekcje odpowiedzialności.
Jedną z najbardziej charakterystycznych postaci na przystani był Marian Janota, znany wszystkim jako „Szary”. Nie był komandorem ani instruktorem, ale prawdziwym, zapalonym wodniakiem, który żeglarstwu oddał całe swoje serce. Po prostu stanowił nierozerwalną część tego miejsca.
Prawdziwe zmiany przyszły jednak później. - Szary potrafił zjednoczyć ludzi wokół rzeki, ale gdy odszedł na wieczną wachtę, jego następca miał już zupełnie inne priorytety - wspomina Orzechowski. - Zamiast dbać o klub, wolał całymi dniami chodzić po polach i szukać starych rzeczy. Interesowała go historia i zbieranie artefaktów związanych z przeszłością Sochaczewa, podczas gdy sprawy przystani schodziły na dalszy plan.
A przecież to właśnie pan Marian znał każdy zakątek Bzury i pamiętał niemal każdą historię. Dla młodszych był starszym kolegą, mentorem i przewodnikiem. Dawniej takich oddanych ludzi było na przystani więcej - i to właśnie oni tworzyli jej prawdziwego ducha.
Życie klubu nie kończyło się na Bzurze. Żeglarze regularnie wypływali na Wisłę.
- Mieliśmy tam swoją bazę. Dwie „szóstki” ciągnęliśmy nad Wisłę, a wracało się pod prąd na burłaka.
Kilka osób szło wtedy brzegiem i ciągnęło łódź na grubej linie. Dzisiaj brzmi to jak scena z innej epoki. Wtedy było czymś zupełnie normalnym.
W 1965 roku zorganizowano rejs do Koszelówki, odbywały się również wyjazdy na Zalew Zegrzyński i szkolenia nad jeziorem Lucień.
Dla wielu młodych mieszkańców Sochaczewa były to pierwsze podróże w życiu.

Jeżeli jednak zapytać dawnych mieszkańców o najpiękniejsze wspomnienie, większość odpowie bez zastanowienia: dancingi. Od maja do sierpnia niemal w każdą sobotę nad Bzurę schodziło pół miasta. Grała muzyka. Działał bufet. Tańczono do świtu.
- Do nocy, czasem prawie do rana. Zwykle do trzeciej, ale bywało, że do czwartej albo piątej.
Za każdy taniec płaciło się trzy złote.
- Im dłużej trwała zabawa, tym lepiej, bo klub więcej zarabiał.
Ci, którzy nie zmieścili się na parkiecie, stali po drugiej stronie Bzury i słuchali muzyki.
- Dużo ludzi stało po drugiej stronie rzeki i patrzyło.
To właśnie tutaj rodziły się pierwsze miłości i przyjaźnie. Tutaj zaczynało się lato.
Gdy Bzura świeciła od wianków
Każdego roku, 24 czerwca, nad rzeką obchodzono Noc Świętojańską.
- Wianki wypuszczano właśnie z przystani. Po drugiej stronie nie było jeszcze domów, tylko puste tereny i łąki.
Dziesiątki kolorowych wianków płynęły z nurtem Bzury. Dla mieszkańców był to jeden z najpiękniejszych wieczorów w roku.
Potem wszystko zaczęło się zmieniać. Najpierw zmieniła się sama rzeka.
- Przestała nadawać się do użytkowania. Zwyczajnie śmierdziała.
Coraz mniej ludzi przychodziło nad wodę.
Po śmierci najaktywniejszych działaczy i wyprowadzce państwa Felczaków przystań zaczęła pustoszeć. Pojawiły się włamania i dewastacja.
Aż w końcu, pod koniec lat sześćdziesiątych, doszło do tragedii.
- Pod drewnianą podłogą wagarowicze zrobili sobie miejsce do spania. Zostawili zapaloną świeczkę i wszystko się spaliło. Po pożarze część sprzętu trafiła do Wyszkowa, część do Chodakowa.
Jedną z „szóstek” Kazimierz Orzechowski odprowadzał osobiście.
- Było żal. Człowiek czuł, że kończy się coś ważnego.
Droga do przystani zarosła. Pomostów już nie było. Nie było muzyki. Nie było łodzi.
- Ludzie nie reagowali, bo ona ginęła śmiercią naturalną.

Po wielu latach znaleźli się jednak ludzie, którzy postanowili wrócić nad rzekę. W drugiej dekadzie XXI wieku rozpoczęto porządkowanie terenów nadrzecznych, organizację pierwszych spływów kajakowych i przywracanie Bzury mieszkańcom. W 2019 roku otwarto nową przystań. Historia zatoczyła koło.
Ale dla tych, którzy pamiętają dawną przystań, najważniejsze pozostały wspomnienia.
Kazimierz Orzechowski, patrząc na nowy obiekt, mówi tylko:
- Jest piękna, ale bez ducha. To tylko szkielet.
Bo ducha dawnej przystani nie tworzyły deski, pomosty i hangar. Tworzyli go ludzie. Państwo Felczakowie, którzy pilnowali tego miejsca przez lata. „Szary”, który znał każdą historię. Chłopcy szlifujący kajaki. Muzyka niosąca się po wodzie. I Bzura, nad którą dla kilku pokoleń mieszkańców Sochaczewa zaczynało się lato.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze