Kto przychodzi na Dni Sochaczewa? Mam tu na myśli występy na Muszli, które przede wszystkim się z nimi kojarzą. Wystarczy chwila skupienia i baczna obserwacja tłumu na Podzamczu, by dojść do pewnych wniosków. Mianowicie przychodzimy by, świadomie lub nie, dołączyć do specyficznych grup i kultywować ich obyczaje. Pierwsza, paradoksalnie, najmniej liczna grupa to ludzie, którzy przyszli się bawić na koncercie. W istocie są to pierwsze rzędy przed sceną, po których widać przynajmniej zainteresowanie tym, co dzieje się pod zadaszeniem naszej "Sydney Opera". Wśród nich znajdują się oczywiście lokalne podgrupy, luźno rozrzucone po całym terenie. To narąbani kolesie szukający dymu. Byli nieźle widoczni zwłaszcza podczas koncertu Myslovitz. Grupy te żyją w symbiozie z następną formacją, dosłownie formacją. Chodzi o ochroniarzy. Jedni żyją z drugich i nie można im mieć tego za złe. Wspomniani zadymiarze mają swój daleki rodowód się z szeroko pojmowanej i występującej we wszystkich chyba warstwach zgromadzonych na DS ekipie "Ludzi, Którzy Przyszli Się Napić Bo Można), do których niestety przez jakiś czas zaliczałem się i ja:( Generalnie, cała reszta, stojąca czy krążąca powyżej szalejących przed sceną "zainteresowanych koncertem" to postacie, które przyszły, choć tak naprawdę nie wiedzą po co, ale coś się dzieje, więc wypada się pojawić. Wśród nich pojawiały się nieliczne grupki "wapniaków". Można ich było poznać po odświętnym stroju, baloniku na druciku i spuszczonej głowie, na której widać było pełne zdumienia (bądź nieufności) oczy. Ta "starsza młodzież" wypierana była sukcesywnie przez pozostałych w miarę zbliżania się koncertów czy dyskoteki. Gdy rozpoczynały grę Myslovitz czy Ostrowska, na placu boju pozostawała już tylko młodzież... i rdzenni mieszkańcy terenów, sochaczewscy "aborygeni muszli" - żule. Ci kręcili się po swoim, jakże odmienionym terenie z wyraźnym zdenerwowaniem, odszukując na nowo swe siedziska i miejsca wodopoju. Nad wszystkim zaś czuwała policja, która ufortyfikowała sobie placyk przy zjeździe nad rzekę i stamtąd panowała nad terenem. Nie pomyśleli tylko o tym, że atak może nadejść z góry, co się i zdarzyło, gdy podczas pokazu sztucznych ogni parę rakiet przywaliło w ich pozycje. Całe szczęście, że mieli stalowe nerwy i nie odpowiedzieli ogniem. Dwa dni minęły, wszyscy się bawili. Kto miał jednak największą zabawę? Właściciel monopolowego w budynku przy muszli. Panie ekspedientki miały gest, sprzedawały piwo nawet nieletnim, żeby jednak nie było, że demoralizują, "za karę" sprzedawały im tylko "królewskie". I te panie były ostatnią grupą, którą wyselekcjonowałem podczas tegorocznych Dni Sochaczewa.
Luke luke@e-sochaczew.pl
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze