W miniony weekend w Złotoryi odbył się II Bieg Szlakiem Wygasłych Wulkanów. Ta ogromna ekstremalna impreza biegowa podzielona zaostała na dwa dni. W sobotę rozgrywano eliminacje do biegów, w niedzielę finał.
Bieg eliminacyjny prowadził ok. czterokilometrową trasą naszpikowaną różnego rodzaju przeszkodami terenowymi. Obfitowały liczne i strome podbiegi, czołganie w rurach, wspinaczka na strome zbocze itp. To był dopiero przedsmak tego co miało wydarzyć się w niedziele 19 czerwca. W biegu eliminacyjnym zająłem wyskoą 6 pozycję na ok 60 startujących. Uzyskane miejsce dało mi prawo startu w pierwszej grupie startującej biegu głównego.
W niedzielny poranek czuć było specyficną atmosferę biegu ekstremalnego. Polega ona na tym że każdy uczestnik myśli by tylko dobiec. Nie ważne na którym miejscu - ważne by ukończyć. Początkiem biegu była inscenizacja Bitwy pod Legnicą. W pewnym momencie walczące wojska skierowały się przeciw stojącym na starcie zawodnikom. Teraz juz każdy z nas wiedział po co przed biegiem dostał miecz (tekturowy oczywiście). Po chwili pierwsza przeszkoda - "wojownicy" została pokonana. Zaczęło się wesoło i nie typowo. Nie spotkałem się jeszcze nigdy z tak realistycznym połączeniem inscenizacji historycznej z imprezą sportową. Pomysłowością organizatora było rozplanowanie trasy w taki sposób by był jak największy kontakt biegacza z kibicami. Dlatego trasa nie wiodłą daleko od Złotoryi, niejednokrotnie przebiegaliśmy przez okolice stadionu i sam sdadion, dzięki czemu doping dodawał jeszcze większego ferworu by dobiec, ukończyć, przetrwać.
Nie zabrakło oczywiście "zwiedzania" słynnych wulkanów. Trasa obfitowała w różnego rodzaju przeszkody zbudowane specjalnie na okazję biegu. Często trzeba było pokonywać przeszkody czołgając się w ciasnych rurach, przechodząc przez opony lub między szczeblami mostu. Do tego typu startów trzeba być wszechstronnie przygotowanym - pojawiały się dość często na stromych zboczach elementy wspinaczki przy pomocy lin. Nie zabrakło również wodnych i błotnych odcinków biegu. Trasa była niezwykle długa ale dobre rozłożenie sił pozwalało na ukończenie jej każdemu ze startujących.
Meta biegu znajdowała się w olbrzymim namiocie cyrkowym grupy Ocelot. W środku ustawiono specjalną scenę na której odbywała się dekoracja zawodników. Kolorowe światła i muzyka robiły niesamowite wrażenie.
Nie był to mój pierwszy tak ekstremalny bieg - mam już za sobą dwa Biegi Katorżnika, ale "wulkany" to zdecydowanie trudniejsze i bardziej zróżnicowane ekstremum. W gronie ok 400 biegaczy zająłem wysokie 20 miejsce w klasyfikacji generalnej. Dystans 11 kilometrów jaki był do pokonania przebiegłem w 1.21.24 min. Dla porównania w normalnych "ulicznych" warunkach 11 kilometrów biegam w granicach 40-41 minut. Różnica kolosalna.
Emanuel Zimny
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze