W sobotni wieczór wracałam z pewnego bardzo dużego spotkania. No dobrze, powiem Wam. Byłam na spotkaniu z Jezusem na naszym Stadionie Narodowym. Pewna wyjątkowa mama powiedziała mi, że przyjeżdża do Polski ojciec John Bashobora z Ugandy, który z niesamowitą charyzmą prowadzi rekolekcje. Bardzo się ucieszyłam, ale w ferworze obowiązków nie dopilnowałam tej sprawy i było po wejściówkach. Okazało się, że moja znajoma zakupiła więcej biletów, jednak ponieważ członkowie jej rodziny nie mogli skorzystać z wyjazdu, zaproponowała mi udział. No i pojechałam. Moje towarzyszki wróciły wcześniej, ale wieczorem z prawdziwą troską dzwoniły i pytały, jak moja podróż do domu. Uspokajałam je, że wszystko dobrze i choć ostatnim pociągiem, to na pewno wrócę do domu w jednym kawałku. W sumie niewiele brakowało, a wróciłabym w dwóch. To znaczy ja w jednym, a ktoś inny w drugim. Ale po kolei…
Jestem przyzwyczajona do podróży samochodem i nieskromnie powiem, że radzę sobie bez GPS-a. Tym razem musiałam zaufać komunikacji miejskiej i PKP. Po wyjściu ze stadionu, zmierzając do Śródmieścia, udałam się na najbliższy przystanek. Kilka osób ze spotkania razem ze mną oczekiwało na autobus. Późna pora, brak kiosku, brak biletomatu, brak drobnych. Zapytałam, czy ktoś może odsprzedać mi bilet. Młoda, sympatyczna uczestniczka spotkania zaoferowała mi swą pomoc, ale okazało się, że ma w portfelu tylko jeden bilet, oddała mi więc swój, stwierdzając, że ma tylko dwa przystanki do domu. Na dodatek nie chciała pieniędzy, bo nie miała wydać z dziesięciu złotych, a i nie chciała przyjąć więcej niż cena biletu. Pomyślałam więc o barterze i z radością oddałam jej paczkę petitek.
W autobusie próbowałam oszacować, który przystanek najbliżej Śródmieścia. Tym razem swoją pomoc zaoferował mi młody chłopak, który powiedział, że jedzie do Złotych Tarasów. Zaproponował przesiadkę do innego autobusu, który miał dowieźć nas do Śródmieścia. Wybrałam jednak spacer, bo nie miałam biletu na kolejny autobus. Był bardzo miły i otwarty, więc od razu pomyślałam, że pewnie wracamy z tego samego spotkania. Zapytał mnie, z jakiego miasta jestem, a ja jego, czy czasem tak jak ja, nie wraca ze stadionu. Okazało się, że jednak nie. Przy okazji dopytywał, co tam się działo i mocno upewniał się, czy to nie było czasem spotkanie Świadków Jehowy. Rozmowa toczyła się sympatycznie, aż w końcu padło pytanie, czy mieszkam sama… bo on jest bezdomny. W tej chwili szybko włączył się mój GPS. Szczerze odpowiedziałam, że mieszkam z mężem i dziećmi i niestety nie mogę go przygarnąć. Ale już moje głowa intensywnie zaczęła szukać jakiegoś sensownego rozwiązania dla człowieka, który nie ma domu. Miałam jeszcze w pamięci parę dobrych kontaktów z czasów pracy w interwencji kryzysowej. Nim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, usłyszałam więcej szczegółów z życia. Od razu powiem, że rozmowa nie była poufna, bo przysłuchiwało jej się pół autobusu.
Usłyszałam skróconą historię życia tego młodego człowieka, który właśnie się rozwiódł z żoną i pochodzi z Łodzi, ale nie wróci tam, bo jego ojciec pije, a on natomiast nie. Moja głowa coraz intensywniej pracowała, jak zwykle pojawiło się to moje poczucie odpowiedzialności za cały świat, pewnie pozostałość po doświadczeniach zawodowych w pomocy społecznej. Schronisko dla bezdomnych dla tego człowieka, który dobrze wygląda i mimo problemów wydaje się bardzo sprawczy, mogło być jednak zbyt mocną i nazbyt wyrazistą formą pomocy. Może ktoś z jego przyjaciół pozwoliłby mu na parę dni się zatrzymać, dopóki nie stanie na nogi. Wspomniał jeszcze, że szuka pracy, dopytywał, czy nie słyszałam o czymś na budowie. Dopytywał też, gdzie ja pracuję. Mój GPS stanowczym głosem kazał mi zawracać. W tym momencie zapytałam, w jakim celu jedzie do Złotych Tarasów. Odpowiedział, że do kafejki internetowej. Nie dowiedziałam się już jednak, po co do niej zmierzał. Może potrzebował dostępu do ogłoszeń o mieszkaniu i pracy. Może chciał tymczasowo gdzieś się zakotwiczyć. Może chciał odreagować i spędzić czas na grach. A może wcale nie był bezdomny. Autobus dojechał do przystanku, na którym chłopak miał przesiadkę. Ja wysiadłam przystanek dalej, skąd miałam najbliżej spacerkiem do Dworca Centralnego.
Po tej rozmowie przypomniało mi się pewne opowiadanie, do którego lubiłam wracać podczas spotkań z wolontariuszami. Tym razem podzielę się nim z Wami. A może mój towarzysz sobotniej podróży autobusem także trafi na nie, kiedy znowu będzie w kafejce internetowej…
Kamienie życia
Pewnego dnia, pewien stary profesor został zaangażowany aby przeprowadzić kurs dla grupy dwunastu szefów wielkich koncernów amerykańskich, na temat skutecznego planowania czasu.
Kurs ten był jednym z pięciu modułów przewidzianych na dzień szkolenia. Stary profesor miał więc do dyspozycji tylko jedna godzinę by wyłożyć swój przedmiot. Stojąc przed tą elitarną grupą (która była gotowa zanotować wszystko, czego ekspert będzie nauczał), stary profesor popatrzył powoli na każdego z osobna, następnie powiedział: "Przeprowadzimy doświadczenie". Spod biurka, które go oddzielało od studentów, stary profesor wyjął wielki dzban (o pojemności 4 litrów), który postawił delikatnie przed sobą.
Następnie wyjął około dwunastu kamieni, wielkości piłki do tenisa, i delikatnie włożył je kolejno do dzbana. Gdy dzban był wypełniony po brzegi i niemożliwym było dorzucenie jeszcze jednego kamienia, podniósł wzrok na swoich studentów i zapytał ich: "Czy dzban jest pełen?" Wszyscy odpowiedzieli: "Tak" Poczekał kilka sekund i dodał: "Na pewno?". Następnie pochylił się znowu i wyjął spod biurka naczynie wypełnione żwirem. Delikatnie wysypał żwir na kamienie po czym potrząsnął lekko dzbanem. Żwir zajął miejsce miedzy kamieniami... aż do dna dzbana. Stary profesor znów podniósł wzrok na audytorium i znów zapytał: "Czy dzban jest pełen?"
Tym razem świetni studenci zaczęli rozumieć. Jeden z nich odpowiedział: "Prawdopodobnie nie" "Dobrze" odpowiedział stary profesor. Pochylił się jeszcze raz i wyjął spod biurka naczynie z piaskiem. Z uwagą wsypał piasek do dzbana. Piasek zajął wolna przestrzeń miedzy kamieniami i żwirem. Jeszcze raz zapytał: "Czy dzban jest pełen?"
Tym razem, bez zająknienia, świetni studenci odpowiedzieli chórem: "Nie", "Dobrze" odpowiedział stary profesor. I tak, jak się spodziewali, wziął butelkę wody, która stała na biurku i wypełnił dzban aż po brzegi. Stary profesor podniósł wzrok na grupę studentów i zapytał ich: "Jaka wielką prawdę ukazuje nam to doświadczenie?" Niegłupi, najbardziej odważny z uczniów, biorąc pod uwagę przedmiot kursu, odpowiedział: "To pokazuje, że nawet jeśli nasz kalendarz jest całkiem zapełniony, jeśli naprawie chcemy, mażemy dorzucić więcej spotkań, więcej rzeczy do zrobienia". "Nie" odpowiedział stary profesor, "To nie o to chodziło".
"Wielka prawda, która przedstawia to doświadczenie jest następująca: jeśli nie włożymy kamieni, jako pierwszych do dzbana, później nie będzie to możliwe". Zapanowało głębokie milczenie, każdy uświadomił sobie oczywistość tego stwierdzenia.
Stary profesor zapytał ich: "Co stanowi kamienie w waszym życiu?" "Wasze zdrowie?", "Wasza rodzina?", "Przyjaciele?", "Zrealizowanie marzeń?", "Robienie tego, co jest waszą pasją?" "Uczyć się?", "Odpoczywać?", "Dać sobie czas...?", "Albo jeszcze coś innego?", "Należy zapamiętać, że najważniejsze jest włożyć jako pierwsze swoje KAMIENIE życia, w przeciwnym wypadku ryzykujemy przegrać... własne życie Jeśli damy pierwszeństwo drobiazgom (żwir, piasek), wypełnimy życie drobiazgami i nie będziemy mieć wystarczająco dużo cennego czasu, by poświęcić go na ważne elementy życia.
Zatem nie zapomnijcie zadać sobie pytania: "Co stanowi kamienie w moim życiu?"
Następnie, włóżcie je na początku do waszego dzbana (życia) "Przyjacielskim gestem dłoni, stary profesor pozdrowił audytorium i powoli opuścił salę...
Opowiadanie to niedawno powróciło do mnie. W trochę innej formie na moich studiach z coachingu przytoczył je Bartosz prowadzący zajęcia z metaforą. O ile dobrze pamiętam, w tej wersji profesor dodał jeszcze trochę soli, która zmieściła się w słoiku na samym końcu.
Co w Twoim życiu stanowi kamienie?
Czym jest żwir?
Co oznacza piasek?
Co jest wodą?
A co solą?
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Miłego wypoczynku na rowerku w najpiękniejszym okresie wakacyjnym...:) życzę.
Karol
Dzisiaj nie ma ani jednego pytania, a jest miłość... do roweru ;)
Samochód? Nieee. Rower!
Zaskakuje mnie pani Monika, tyle pytań a jedna odpowiedź....Miłość
Pozdrawiam, Karol
Miłego wypoczynku na rowerku w najpiękniejszym okresie wakacyjnym...:) życzę.
Karol
Dzisiaj nie ma ani jednego pytania, a jest miłość... do roweru ;)
Samochód? Nieee. Rower!
Zaskakuje mnie pani Monika, tyle pytań a jedna odpowiedź....Miłość
Pozdrawiam, Karol