Do dziś siedzi mi w głowie jedno z ćwiczeń z warsztatu interpersonalnego. Moim zadaniem było sprawić, by zaciśnięte w pięści dłonie Emilki otworzyły się… Przypomniała mi się zabawa paluszkowa, którą bardzo lubiłam wykorzystywać podczas zajęć rewalidacji indywidualnej. Zaciśniętą piąstkę dziecka otwierałam wierszykiem, po jednym paluszku, zaczynając od kciuka:
Ten pierwszy to dziadziuś,
a obok babunia.
Najwyższy to tatuś,
a przy nim mamunia.
To dziecinka mała.
A to moja rączka cała.
I w tym momencie machało się z dzieckiem jego otwartą dłonią.
Z pierwszą piąstką Emilki poszło mi gładko. Przy drugiej musiałam się trochę bardziej postarać. Odwołałam się nawet do wyjątkowego stanu mojej koleżanki i perspektywy wykorzystania zabawy przez przyszłą mamę z jej maleństwem. W końcu otworzyłam i drugą dłoń Emilki. Byłam z siebie zadowolona. I miałam przekonanie, że to moja kreatywność zadziałała. Nieźle się zdziwiłam, kiedy nadszedł czas na feedback i usłyszałam od Emilki, że przekonało ją … moje poczucie humoru :)
I choć w gruncie rzeczy wspomniane ćwiczenie dotyczyło sposobu, w jaki nawiązujemy relacje z innymi ludźmi, wyniosłam z niego jeszcze coś. Potwierdza się, że człowiek wiele jeszcze nie wie o sobie samym. Prawda na temat siebie samego jest tylko częściową prawdą. Poznajemy siebie dzięki relacjom z innymi ludźmi, którzy wrzucają do naszego ogródka swoje cząstki prawdy o nas. Warto mieć wokół siebie życzliwe osoby, które powiedzą nam, co jest w nas dobrego, pięknego, budującego. Ale też w razie czego zwrócą uwagę, że coś ich w nas niepokoi, coś jest nie tak. Oczywiście to drugie działa tylko wtedy, kiedy jest wyrażone z prawdziwą troską i życzliwością, a my mamy do tej osoby zaufanie. Inaczej może wzbudzić reakcję obronną, wyparcie i niechęć.
I w tym momencie zakończyłabym dzisiaj swoją refleksję. Jednak mam w pamięci słowa bliskiej mi osoby, która powiedziała, że lubi te moje pytania na zakończenie, dające do myślenia, na które nie zawsze łatwo jest znaleźć odpowiedź, ale się szuka… (Dziękuję: )) Dlatego postanowiłam zrobić z tego swój rytuał blogowy i kończę pytaniem.
Czy masz w swoim życiu kogoś, od kogo jesteś w stanie bez urazy przyjąć kawałek prawdy o sobie? Kto to jest?
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Dziękuję pani Moniko za dobre słowo:)Ale chyba źle mnie Pani zrozumiała.Stawiając siebie w pozycji pryzmatu mogłem wprowadzić Panią w błąd.I chyba zrobiłem to trochę z przekory.Opisałem tylko możliwą sytuację. Chodziło mi o wskazanie jedynej płaszczyzny na której takie uczucia jak przyjaźń czy miłość mogą zaistnieć.Tylko w tańcu z aniołami dwa może stać się jednym. A wtedy poplątane ścieżki życia przestają mieć znaczenie.Do Raju nie można wejść w ubraniu - prawda:) Chociaż prawdą też jest, że łatwiej o tym pisać niż zrealizować ten postulat.A jeśli chodzi o samotną walkę...Przekonałem się że inni pragną spokoju. Nie chcą jej. Nie jest ich.Nawet gdy problem ich dotyka wolą zostawić wszystko po staremu.A gdy próbują walczyć i zaczynają ponosić straty (które przecież są czymś naturalnym jeśli się decydujemy coś zmienić), rezygnują i stają się sojusznikiem stagnacji."To zło znam, przyzwyczaiłem się do niego, po co z nim walczyć?" - W ten sposób myślą.Czasami postępują tak bo mają w tym własny interes. Może nawet w ich przekonaniu każda walka jest złą walką. Bo wprowadza w ich życie elementy chaosu. I ten który walczy staje się "persona non grata".A wtedy czy uczciwym jest wciągać przyjaciół w konflikt? Lub szukać ich bo akurat są potrzebni sojusznicy?Nie pozostaje więc nic innego jak stanąć na skale pośrodku zdarzeń i samotnie zmagać się z problemem :)
Jest Ktoś, kto wskazuje drogę, nie jest łatwa, ale prowadzi do pięknego celu. Co do poplątanych ścieżek życia… musi być cel podróży, trzeba sobie odpowiedzieć na podstawowe pytania: Dokąd zmierzam? Czego chcę w swoim życiu? Później wpisać adres w nawigację :) Wówczas, nawet jak się drogę pomyli, łatwo zawrócić na obraną trasę. W awaryjnych sytuacjach śmiało prosić o pomoc. Szerokości :)
Ten pierwszy to dziadziuś,
a obok babunia.
Najwyższy to tatuś,
a przy nim mamunia.
To dziecinka mała.
A to moja rączka cała.
Zdobyła Pani moje zaufanie :) Na otwartej dłoni poplątana linia życia... I gdzieś tam błąka się mała bezbronna istota. Pozbawiona osłon. Otwarta na ciosy. Oczekująca . Kto może powiedzieć o sobie że zasługuje na spotkanie z tą istotą? Że jest tak pewny swego człowieczeństwa że nawet nieumyślnie jej nie zrani? Że jest tak pewny swej mądrości że potrafi wskazać jej drogę?
Napisała Pani że lubi trudne pytania... :)
Witam serdecznie i bardzo dziękuję za ten głos. Oczywiście, że można odpowiedzieć ,,Nie”. Najważniejsze jest to, co znaczy dla Pana być dla siebie jedyną godną zaufania osobą i jak Panu jest z tą myślą. Dostrzegam człowieka, który dzielnie i odważnie podejmuje życiowe wyzwania, a siłę do tego czerpie ze swego wnętrza. I nie poddaje się. Słyszę też wiele przekonań, min. że trzeba być ostrożnym wobec ludzi, że ufać można jedynie samemu sobie i liczyć tylko na siebie, że bez względu na efekty warto walczyć ze swoimi słabościami, że nieuczciwe jest obarczanie innych swoimi problemami, że inni ludzie nie mogą lub nie potrafią pomóc, a nawet mogą zranić. Nie ma dobrych i złych przekonań, ale są takie, które pomagają w życiu i takie, co nas ograniczają. Może warto spojrzeć na nie w ten sposób? Nikt z nas nie jest doskonały i to prawda, że ze swoimi słabościami musimy poradzić sobie sami, nikt inny za nas tej pracy nie wykona. Ale w zmaganiach tych wcale człowiek nie musi być samotny. Chyba, że tej samotności po prostu potrzebuje.
A jeśli odpowiedź brzmi - nie? Co wtedy? Jeśli osobą godną zaufania jestem ja sam? Bo mam przekonanie że każda inna osoba w określonych warunkach zadziała przeciwko mnie? Albo po prostu ucieknie bo mój problem ją przerośnie? Czy w tym świecie nie lepiej liczyć tylko na siebie? Niech mi Pani powie czy uczciwym jest obarczać innych swoją słabością? Może lepiej stanąć na skale pośrodku zdarzeń i nie licząc na nikogo stawić jej (słabości) czoło. Bez względu na wygraną czy przegraną walczyć tak jak by to miała być ostatnia rzecz którą robi się w życiu. Samotnie. Nawet nie mając nadziei na wygraną. Nie poddając się.
Nie licząc na wsparcie kogokolwiek. Do końca.
Dziękuję pani Moniko za dobre słowo:)Ale chyba źle mnie Pani zrozumiała.Stawiając siebie w pozycji pryzmatu mogłem wprowadzić Panią w błąd.I chyba zrobiłem to trochę z przekory.Opisałem tylko możliwą sytuację. Chodziło mi o wskazanie jedynej płaszczyzny na której takie uczucia jak przyjaźń czy miłość mogą zaistnieć.Tylko w tańcu z aniołami dwa może stać się jednym. A wtedy poplątane ścieżki życia przestają mieć znaczenie.Do Raju nie można wejść w ubraniu - prawda:) Chociaż prawdą też jest, że łatwiej o tym pisać niż zrealizować ten postulat.A jeśli chodzi o samotną walkę...Przekonałem się że inni pragną spokoju. Nie chcą jej. Nie jest ich.Nawet gdy problem ich dotyka wolą zostawić wszystko po staremu.A gdy próbują walczyć i zaczynają ponosić straty (które przecież są czymś naturalnym jeśli się decydujemy coś zmienić), rezygnują i stają się sojusznikiem stagnacji."To zło znam, przyzwyczaiłem się do niego, po co z nim walczyć?" - W ten sposób myślą.Czasami postępują tak bo mają w tym własny interes. Może nawet w ich przekonaniu każda walka jest złą walką. Bo wprowadza w ich życie elementy chaosu. I ten który walczy staje się "persona non grata".A wtedy czy uczciwym jest wciągać przyjaciół w konflikt? Lub szukać ich bo akurat są potrzebni sojusznicy?Nie pozostaje więc nic innego jak stanąć na skale pośrodku zdarzeń i samotnie zmagać się z problemem :)
Jest Ktoś, kto wskazuje drogę, nie jest łatwa, ale prowadzi do pięknego celu. Co do poplątanych ścieżek życia… musi być cel podróży, trzeba sobie odpowiedzieć na podstawowe pytania: Dokąd zmierzam? Czego chcę w swoim życiu? Później wpisać adres w nawigację :) Wówczas, nawet jak się drogę pomyli, łatwo zawrócić na obraną trasę. W awaryjnych sytuacjach śmiało prosić o pomoc. Szerokości :)
Ten pierwszy to dziadziuś,
a obok babunia.
Najwyższy to tatuś,
a przy nim mamunia.
To dziecinka mała.
A to moja rączka cała.
Zdobyła Pani moje zaufanie :) Na otwartej dłoni poplątana linia życia... I gdzieś tam błąka się mała bezbronna istota. Pozbawiona osłon. Otwarta na ciosy. Oczekująca . Kto może powiedzieć o sobie że zasługuje na spotkanie z tą istotą? Że jest tak pewny swego człowieczeństwa że nawet nieumyślnie jej nie zrani? Że jest tak pewny swej mądrości że potrafi wskazać jej drogę?
Napisała Pani że lubi trudne pytania... :)