W tym cyklu wywiadów swoim rozmówcom zadaję po pierwsze sakramentalne pytanie o to, dlaczego znaleźli się w gronie osób nominowanych do tytułu "Człowieka sukcesu 2002". Tadusz Szymańczak jednak, nie czekając na jakiekolwiek pytanie z mojej strony, od razu i z pasją zaczął mi opowiadać o działalności na rzecz rolników i potrzebie podejmowania kolejnych inicjatyw. W trakcie tej wypowiedzi swoje pytanie uznałam za całkowicie zbędne, zapał pana Tadeusza za wręcz nieokiełznany, a cechę mówienia jak najwięcej o sprawach dla niego i innych istotnych, za po prostu mu wrodzoną. I z tego powodu zdecydowałam się też nie burzyć porządku wywiadu, jaki pan Tadusz nam narzucił.
Rolnik. Mieszkaniec Skrzelewa. Członek prezydium Mazowieckiego Sejmiku Samorządu Gospodarczego, Mazowieckiej Izby Rolniczej, Zarządu Solidarności Rolników Indywidualnych Gminy Teresin, były poseł Porozumienia Ludowego. Inicjator i współorganizator Mazowieckich Dni Kukurydzy, społecznik na rzecz rolników z gminy i powiatu. Laureat wielu nagród. Za szczególne osiągnięcia we wdrażaniu i upowszechnianiu wiedzy o kukurydzy otrzymał w 2002 roku puchar Ministra Rolnictwa i Wicepremiera Jarosława Kalinowskiego.
...Parlamentarny okres mojej działalności przyczynił się do wielu sukcesów, jak efektywna pomoc w pozyskaniu budynku od POM-u, w którym do dzisiaj mieści się Gimnazjum w Teresinie. Udało mi się również uratować szczególnie dla mnie ważny budynek Szkoły Podstawowej w Szymanowie, który w pewnym momencie, wykorzystywany w inny sposób, zaczął zastraszająco niszczeć, a przy tym były zamiary jego zbycia. Wówczas zapowiedziałem, że zrobię wszystko, żeby pomóc i odbudować szkołę. Wyznając zasadę: nigdy nie zabieraj nikomu tego, co ma, a staraj się pozyskać pieniądze z zewnątrz, mogę powiedzieć, że wspólnie ze Stanisławem Wójcikiem udało się nam wydeptać ścieżki do pozyskania miliarda złotych na budowę Technikum Rolniczego w Teresinie. A przypomnę, że szkoła zaczynała w domkach kempingowych. Do dzisiaj bardzo intensywnie współpracujemy ze szkołą, podobnie jak z innymi szkołami z naszego terenu, nagradzając na koniec roku najlepszych uczniów, co, mamy nadzieję, wyzwala w nich ducha zywalizacji.
- Panie Tadeuszu, skąd wzięło się pana zamiłowanie do rolnictwa, skąd predyspozycje do prowadzenia tak aktywnego życia zawodowego i społecznego? - To, kim jestem, zawdzięczam swojej mamie. Była to kobieta bardzo pracowita, prosta i sympatyczna. Bardzo lubiła kwiaty, temu zamiłowaniu i my do dzisiaj jesteśmy wierni, co najlepiej widać przed naszym domem. Swoje gospodarstwo prowadziła tak, jak potrafiła. Pamiętam dokładnie, mieliśmy wtedy 3,4 ha. Charakter tego gospodarstwa bardzo różnił się od mojego. To było istne zoo, świnki, krówki, kury, wszystkie dostępne zwierzęta, co wynikało z tak rozumianej przez moją mamę zaradności. Co najważniejsze, mama konsekwentnie dążyła do tego, bym wyuczył się na człowieka. Słowa te powtarzała mi niemal codziennie. Kiedy byłem mały, marzyła, żebym został księdzem. Ale najwyraźniej na to zadatków nie miałem i mama postanowiła, że zostanę rolnikiem. Z wiekiem, po prostu dojrzewając, uznałem, że nie powinienem jej się sprzeciwiać. Do końca studiów jednak nie traktowałem tej decyzji szczególnie poważnie. W 1980 roku, zamykając edukację, stwierdziłem, że dość, po 18 latach nauki zamierzam być wreszcie człowiekiem wolnym i samodzielnym. - Ale studia skończył pan rolnicze? - Tak. Na SGGW. Będąc tak wykształcony i z zamiarem wreszcie samodzielnego życia, z naiwną wiarą, że wszystko już umiem, zająłem się gospodarstwem. Szybko się jednak okazało, że mój papier ukończenia uczelni niewiele znaczy i uczyć się muszę dalej. Aż do dzisiaj, bo tego wymaga ciągły postęp. W tym samym 1980 roku jednak, kiedy zaczął się społeczny ruch solidarnościowy, wpadłem w szpony Gabriela Janowskiego. A ponieważ chciałem już wtedy coś robić dla środowiska i z chęci zdobycia kształcących szlifów społecznych, rozpocząłem drugą istotną dla mojego życia działalność. Na tej drodze bardzo ważna była praca, wspólnie z Gabrielem Janowskim, w Solidarności Rolników Indywidualnych. Pierwsze spotkanie w sprawie budowy w naszym środowisku wiejskim niezależnego związku zawodowego odbyło się na Skrzelewiu. Przybyło około 14 osób, Gabriel Janowski spóźnił się jakieś 2 godziny, ale wszyscy na niego czekali. Spotkanie przebiegało dobrze do momentu, kiedy powstała potrzeba sporządzenia listy obecności. Część osób nagle zaczęła się bardzo spieszyć do domów. I tak się zaczęła moja historia odbudowania związku zawodowego. Stałem się bardzo aktywny, szybko zostałem szefem Rady Wojewódzkiej Solidarności w Skierniewicach. Po okresie intensywnego i twórczego budowania przyszedł jednak czas smutny. W czasie dramatycznych wydarzeń 13 grudnia 1981 roku zostałem internowany, a dodam, że wówczas aż sześciu rolników z województwa skierniewickiego spotkał ten sam los, co świadczyło o tym, że nasza działalność związkowa była na tyle aktywna, iż doceniły ją służby bezpieczeństwa. - Miał pan już wtedy rodzinę? - Tak. Ożeniłem się w 1977, w czasie tych wydarzeń miałem już dwójkę dzieci. W związku z nimi właśnie, po ostudzeniu gorączki tamtych miesięcy, musiałem poważnie przemyśleć sprawę utrzymania rodziny. Od początku podstawowym źródłem naszego dochodu było gospodarstwo... - I zasadziliście kukurydzę? - Ależ skąd, kukurydza jest piątym kierunkiem naszej produkcji. Wtedy zajęliśmy się przede wszystkim bydłem mlecznym. Zaciągnęliśmy kredyt, postawiliśmy piękny budynek i zaczęliśmy sukcesywnie powiększać i rozwijać gospodarstwo. I dziś liczy ono ok. 70 ha, a przy tym, co ważne, jest prawdziwym rodzinnym gospodarstwem, bo najstarsza córka, Sylwia, i syn, Kamil, są rolnikami. - Jaka jest zatem historia kukurydzy, dzięki której osiąga pan takie sukcesy? - Istnieje w naszym gospodarstwie od 20 lat. Początkowo uprawialiśmy ją wyłącznie na kiszonkę, próbując jednak zauważać, że jest to również duża masa ziarna. Pierwszą osobą, od której uczyłem się świadomej uprawy kukurydzy, był Stefan Grzybek z Teresina. To od niego się wszystko zaczęło. Muszę też przy tym podkreślić, że gmina Teresin jest kolebką Mazowsza, jeśli chodzi o rozwój kukurydzy. - Mam wrażenie, że od dawna jest pan związany z ziemią teresińską. - W Skrzelewie się urodziłem, gospodarstwa moich dziadków niestety już nie ma, ziemia należy do kogo innego. Natomiast kilometr dalej moi rodzice pobudowali mały budynek i tu zostaliśmy. Nigdy nie zamienię Skrzelewa na inną miejscowość, ponieważ po pierwsze jestem do niego bardzo przywiązany, a po drugie uważam, że wciąż jest tu jeszcze wiele do zrobienia. Muszę o tym powiedzieć, choć wiem, że skaczę trochę po tematach, W Skrzelewie co roku odbywa się wigilia dla wszystkich mieszkańców wsi. Inicjatywa ich urządzania pochodzi zawsze od rodziny mojej i Lipińskich, ku naszej radości dołączają do nas także inni. Organizujemy ją przede wszystkim dla ludzi starszych, niejednokrotnie samotnych, i dla dzieci, żeby mogły się nauczyć szacunku właśnie dla starszych. Wigilię rozpoczynamy mszą świętą i tutaj muszę podkreślić, że bardzo jesteśmy wdzięczni księdzu Pawłowi Flaszczyńskiemu, który zawsze nas wtedy wspiera. Potem dzielimy się opłatkiem i zasiadamy do prawdziwej wieczerzy wigilijnej, śpiewając kolędy. - Poza podtrzymaniem tradycji i ideą wspierania osób starszych, wigilie te służą na pewno integracji waszej społeczności? - Z integracją jest różnie, co absolutnie nas nie zraża. Opieramy się na chęciach, własnej inicjatywie i więziach międzysąsiedzkich, które również na tym polu się wykształciły. Z drugiej strony, ponieważ jak w każdym środowisku, również w wiejskim bywają kłótnie i urazy, te spotkania mogą służyć i służą wzajemnemu porozumieniu, wybaczeniu, zawarciu zgody po prostu. - Zapewne zatrudnia pan w swoim gospodarstwie pracowników, jakimi zasadami pan się kieruje w ich doborze, czy są to sprawdzone, od lat zatrudniane osoby? - W okresach szczytowych, czyli wiosną i na jesieni, rzeczywiście muszę zatrudniać pracowników, chociaż wszyscy, również córki i żona, jeździmy na ciągnikach. Stosuję się przy tym do prostej zasady: nikogo nigdy w pracy nie popędzam, lubię dobrą robotę, czyli może być wolniej, ale dokładnie. Po drugie, nienawidzę alkoholu w pracy. Dla osoby, która zechciałaby w trakcie pracy wypić piwo, nie ma u mnie miejsca. I mam też sprawdzonych pracowników. Jest na przykład jeden pan z ośmiorgiem dzieci, któremu powiedziałem: nawet, gdyby nie było u mnie pracy, możesz przyjść, coś dla ciebie znajdę. Bo jest pracowity i szanuje to, co robi. - Mam wrażenie, że praca zawodowa i społeczna wypełnia panu całe życie. Co na to pana rodzina? - Praca społeczna tylko wtedy sprawia przyjemność, gdy człowiek do jej wykonywania znajduje akceptację i wsparcie w rodzinie. Przecież wymaga ona nie tylko czasu, ale też niejednokrotnie własnych nakładów finansowych. Jeśli żona pewnych moich działań społecznych nie akceptuje, w domu jest awantura. Ale tak naprawdę daje mi pełną tolerancję i wsparcie, mimo iż przez to spada na nią bardzo dużo obowiązków. Sama w dzieciństwie miała podobny dom. Mój teść był bardzo aktywny społecznie i politycznie, swego czasu również zajmował stanowisko posła. Nie wiem, czy dzieci miały wystarczająco dużo taty, może należałoby o to je spytać. Jestem bardzo surowym ojcem, często myślałem, że nawet za surowym. Ale też sposób wychowywania, jakiemu byłem wierny, przyniósł efekty. Dzieci są samodzielne, pewne tego, co chcą, wykształcone. - I kroczą tą samą drogę, co tata? - Chyba nie chciałbym, żeby tak się stało, bo to naprawdę ciężka i czasochłonna praca. Ale już widzę, że są również aktywne społecznie. Najmłodsza córka Agata, Kamil i jeszcze kilku młodych ludzi, zawiązali inicjatywną grupę krwiodawstwa właśnie dlatego, że chcą pomagać innym. Wszystkie moje dzieci aktywnie uczestniczyły w akcjach dla powodzian. - Miał pan wpływ na to, że Sylwia i Kamil są rolnikami? - Stosowaliśmy z żonę zasadę uczenia dzieci samodzielności w podejmowaniu decyzji. Po raz pierwszy miały taką sposobność podczas Pierwszej Komunii Świętej. Same decydowały, w jaki sposób mamy zorganizować ten dla nich ten szczególny dzień. W czasie, gdy były małe, tak nimi sterowaliśmy, żeby zawsze myślały, że same podjęły decyzję. Jeśli były w błędzie, nie zakazywaliśmy, tylko rozmawialiśmy, czasami bardzo burzliwie. I nie baliśmy się wysyłać ich w samotne podróże po Europie, chociaż miały po 16 lat. Same wybierały szkoły, same zdecydowały się, kim będą w życiu. Wiedzą też, że dopóki się uczą, mogą liczyć na nasze wsparcie finansowe. Potem muszą sobie zacząć radzić same. - A co pan najbardziej lubi robić w wolnym czasie? - Właściwie nie mam takiego czasu. Już od długiego czasu marzę o wyjeździe na ryby, nawet nie pamiętam, kiedy wędkowałem. Powoli też rodzi mi się nowa pasja - chodzenie na grzyby. Mam własny las! Nareszcie! - I kiedy ostatnio był pan w nim na grzybach? - Wczoraj. Nic nie znalazłem, ale za to sobie pochodziłem.
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze