Pierwszy raz mam tak duży problem, by sensownie określić kilkoma wyrazami bohatera cyklu „Ludzie Sochaczewa”. To znaczy określić tak, by nazwać po imieniu to, z czym najbardziej utożsamiają go mieszkańcy. Myślałam o „lokalnym społeczniku zafascynowanym Wschodem”, ale to nie oddaje istoty roli Marcina. Myślałam o „humaniście”, i choć to właściwe słowo, zbyt rozmywa wagę czynionego przez niego dzieła. Nie jestem też pewna, czy Marcin sam już wie, kim jest w tak postawionym kontekście, i czy w ogóle chciałby usłyszeć odpowiedź na to pytanie, zwłaszcza od osoby, która zna go przecież niewiele.
Od początku wiedziałam, że rozmowa nam sama popłynie i że będzie niezwykle przyjemna. Tak jest zawsze i to z solidnych powodów. Kultura osobista Marcina, oprawiona w szacunek dla rozmówcy, a przede wszystkim umiejętność wysłuchania go, co nie jest zjawiskiem powszechnym. Często jesteśmy uczestnikami spotkań z innymi, po których czujemy się wycieńczeni. I odwrotnie, są też tacy, którzy nawet w krótkiej rozmowie potrafią nam naładować życiowe akumulatory. Marcin należy do tych rzadkich drugich.
Marcin uważa, że licencjat z ekonomii i podobny profil w liceum Iwaszkiewicza nie był mu specjalnie w życiu potrzebny, ale na chleb zarabia jako kierownik działu finansów w dużej firmie produkcyjnej. Nie specjalnie też jest zadowolony ze studiów dziennikarskich na Uniwersytecie Warszawskim, ale przecież pisuje zgrabne felietony, a ostatnio sprawnie, z wdziękiem i polotem prowadzi programy video promujące historię i kulturę naszego miasta. Z błyskiem w oku wypowiada się jedynie o Studium Europy Wschodniej przy UW, które podyplomowo ukończył i które do dziś owocują podróżami i podsumowującymi te podróże artykułami, które od czasu do czasu Marcin publikuje.
Gdy próbuje odpowiedzieć na pytanie, skąd jego zainteresowanie historią i innymi kulturami, sięga pamięcią do podstawówki w Żukowie, a zwłaszcza uczącego go małżeństwa Chlebowskich. To ich malownicze opowieści o historii i literaturze rozbudziły w nim marzenia o dalekich podróżach i w tym marzeniu trwa do dziś. Pierwszą rzeczą, jaką zrobił po ukończeniu 18 roku życia, było wyrobienie paszportu. Pamięta każdy szczegół odbytego niedługo potem, z kumplem, krótkiego wypadu na Słowację, po to tylko, by posiedzieć z nim pod przygranicznym sklepem ze szczęściem degustując, że oto właśnie nie są już w Polsce, że świat otworzył przed nimi swoje ramiona.
Gdy tylko podróże stały się możliwe, wybrał kierunek wschodni. Miał świadomość, że Zachód, włącznie z Polską, mimo różnorakiej historii, mentalności, architektury i tradycji, jest do siebie bardzo podobny, ujednolicony i uproszczony współczesną jakością codziennego życia, zalany tą samą kulturą tak zwaną masową. A on chciał poczuć życie innych nacji bardziej osadzonych w swojej odrębnej historii, tradycji i religii, życie prawdziwsze, choćby smutniejsze czy biedniejsze. W ciągu kilkunastu lat zwiedził niemal wszystkie kraje Europy Wschodniej, i to w czasach, gdy nie były one tak łatwo jak dziś dostępne turystycznie. Po podróżach przekuwa swoje obserwacje w felietony, które publikuje m. in. na eastbook.eu.
Gdzieś na początku tej drogi, zafascynowany wielokulturowością poznawanych krajów, zaczął jej szukać w Polsce i w najbliższym regionie. Pamięta swoje zainteresowanie tabliczką w Puszczy Kampinoskiej informującą o pochowanych w tym miejscu kolonistach. Jakich kolonistach? Pamięta rozmowy z dziadkiem o lokalnych Żydach, o codziennych z nimi relacjach Polaków. Zgłębiając historię Sochaczewa i okolic, natrafił na nadwiślańskich osadników, na olendrów, poznał też ludzi o podobnych zainteresowaniach i wrażliwości, jak on pragnących przywrócić Sochaczewowi należyte, bardziej zgłębione postrzeganie przez mieszkańców, wzmocnić ich utożsamianie się z miejscem urodzenia i życia. I tak oto w 2005 roku na świat wydane zostało Stowarzyszenie, którego nazwa ewoluowała do dzisiejszego prostego „Nad Bzurą”. Przywołana Bzura łączy się z bardzo ważną misją, którą członkowie organizacji postawili sobie za cel.
By odwrócić miasto do rzeki, by świadomość jej rekreacyjnych i estetycznych walorów była obecna wśród mieszkańców, stowarzyszenie przeprowadziło szereg cyklicznych akcji jej fizycznego sprzątania. Z czasem, nawiązując ścisłą współpracę z przystanią w Plecewicach, Marcin i jego przyjaciele poprzez organizację również ogólnopolskich spływów, przystąpili do skutecznego promowania kajakarstwa. W zbudzeniu miłości i przywiązania do Bzury, pomagać też mają organizowane przez obu partnerów Sobótki, czy udział w ogólnopolskim konkursie Rzeka Roku, w którym nasza Bzura zajęła wysokie trzecie miejsce.
A to tylko część działalności Marcina i jego kolegów ze stowarzyszenia. To dzięki nim mieszkańcy mogli wziąć udział w szeregu Spotkań z historią, odsłaniających dzieje naszego regionu, to dzięki nim wydano kilka ważnych z tych samych powodów publikacji. I wreszcie ostatnie dzieło – Kanał Historia, podzielony na zgrabne odcinki program telewizyjny, w którym Marcin jako prowadzący i autor scenariusza, uwypuklając najważniejsze atrakcje kulturalne i rekreacyjne naszego miasta i okolic, przybliża jednocześnie mieszkańcom jego historię. Cykl jest chyba najbardziej, jak dotąd, udaną formą promocji Sochaczewa.
Żeby zrozumieć i dostatecznie docenić wagę opisanej powyżej działalności Marcina, trzeba zrozumieć, że robi to wszystko społecznie i z autentycznego powołania. Realizacja takich przedsięwzięć, jak publikacje historyczne czy filmy, wymaga nakładów finansowych, dlatego członkowie stowarzyszenia co roku zabiegają o wsparcie grantowe w samorządach. Z tym wsparciem i zrozumieniem bywa różnie, na szczęście Kanał Historia doczekał się niewielkiego dofinansowania z UM.
Słucham go i podziwiam, jak bez robienia szumu wokół siebie, konsekwentnie, mimo że często ma pod górę, robi to, do czego większość z nas, zjedzona prozą życia, już dawno by się zniechęciła. Przecież nawet specjalnie nie dziękujemy mu za nic. Dlatego, kiedy mówi, że chciałby kiedyś móc też żyć ze swoich pasji, że myśli o rozwinięciu regionalnej turystyki, która ma ogromny potencjał, wierzę i ufam, że mu się uda, bo nikt tak dobrze jak on tego potencjału nie widzi.
tekst Monika Figut
foto Wiktor Wachowski
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Pana Marcina poznałem w 2009 roku podczas realizacji projektu historycznego "Sochaczewskie dorożki". Mimo niesprzyjającej deszczowej pogody wspólnie z kolegami ze Stowarzyszenia przygotował świetną atrakcję dla mieszkańców. Zaimponował mi wówczas swoim wielkim poświęceniem. Od tamtej pory zdarzyło mi się uczestniczyć w kilku innych projektach Stowarzyszenia. Z uznaniem obserwowałem wielkie zaangażowanie p. Marcina w ich realizację i jego troskę o ich wysoki poziom. Nie wątpię, że dzięki takim społecznikom sochaczewskie NGOsy są wielkim skarbem dla lokalnej społeczności. Gratuluję pomysłu na promocję Sochaczewa i okolic. Życzę dalszych sukcesów. :)
Pana Marcina poznałem w 2009 roku podczas realizacji projektu historycznego "Sochaczewskie dorożki". Mimo niesprzyjającej deszczowej pogody wspólnie z kolegami ze Stowarzyszenia przygotował świetną atrakcję dla mieszkańców. Zaimponował mi wówczas swoim wielkim poświęceniem. Od tamtej pory zdarzyło mi się uczestniczyć w kilku innych projektach Stowarzyszenia. Z uznaniem obserwowałem wielkie zaangażowanie p. Marcina w ich realizację i jego troskę o ich wysoki poziom. Nie wątpię, że dzięki takim społecznikom sochaczewskie NGOsy są wielkim skarbem dla lokalnej społeczności. Gratuluję pomysłu na promocję Sochaczewa i okolic. Życzę dalszych sukcesów. :)