Reklama

Marek Gołkowski - jaka jest współpraca ze mną? Kim byłem? Kim jestem?

18/04/2024 23:09

Nie lubię mówić o sobie - wolę o tym, co chciałbym zrobić dla miasta i dla Was, Sochaczewianie. 

Ciepłe słowa na temat mojej osoby mogli Państwo usłyszeć, oglądać filmik nagrany przez panią Małgorzatę Kidawę-Błońską i słuchając dygnitarzy obecnych na Konwencji KO (Minister koordynator służb specjalnych – Tomasz Siemoniak, Wiceminister Edukacji Katarzyna Lubnauer, Wicemarszałek Sejmiku Województwa Mazowieckiego - Wiesław Raboszuk, były Poseł na Sejm RP z ramienia Nowej Lewicy - Arkadiusz Iwaniak). Polecam przejrzeć feed na stronie, jeśli to Państwu umknęło! Współpraca i dobry kontakt z osobami na szczeblach rządowych to kwestia kluczowa dla zabezpieczenia przyszłych interesów Sochaczewa. 

Reklama

Ale dzisiaj nie o tym.

Odznaczenia i medale to miły sposobem uhonorowania pracy, lecz naprawdę liczy się to, jak zapamiętują mnie ludzie. Zamiast chwalenia się Srebrnym Krzyżem Zasługi (choć otrzymanym od razu z pominięciem Brązowego) czy Odznaką Honorową za Zasługi dla Turystyki, wolę przedstawić Państwu kilka wspomnień o mnie i współpracy ze mną. 

Jestem dyplomatą, nauczycielem, wykładowcą, ale też pasjonatem poznawania świata i nauki, a przede wszystkim człowiekiem, który stara się doskonalić przez całe życie, nie tylko w kwestiach zawodowych. Wierzę w szacunek dla ludzi, historii i miejsc. Dziękuję osobom, które nadesłały mi poniższe notki. Cieszę się, że dobrze mnie wspominacie – i ja Was! Drzwi mojego domu są zawsze otwarte, pamiętajcie. To nigdy się nie zmieni.

Reklama

Zaczniemy lekko i miło, by przejść do poważniejszych tematów. Mogę z dumą powiedzieć, że Jacek Hugo-Bader to mój przyjaciel i brat. Znamy się od dzieciństwa. To fascynujący, odważny człowiek o złotym sercu, który potrafił znaleźć w innych dobro nawet w najdalszym i najzimniejszym zakątku świata. Szukamy w ludziach człowieczeństwa i zawsze je odnajdujemy, a nasza relacja… sami zobaczcie. Bez pompy, samo serce.

 

Do jego rodziców od urodzenia mówiłem „ciociu” i „wujku”. Chociaż nimi nie byli. Nasze mamy przyjaźniły się od dziecka, w okropnych, powojennych czasach siedziały w jednej ławce w sochaczewskim Liceum.

Reklama

Marek Gołkowski jest więc jakby moim bratem. Do tego nie przez więzy krwi, co jest łatwe, proste i oczywiste, ale przez magiczną bliskość rodowodu, wspólnotę wartości „wyssanych z mlekiem matek” – że się posłużę wyświechtaną metaforą. Takimi braćmi jak Frodo i Sam z „Władcy pierścieni”, jak Wiedźmin i Zoltan, jak chłopaki z „Kompanii braci”, jak Pat Garrett i Billy The Kid, a nawet – niech będzie – jak Kubuś z Prosiaczkiem ze Stumilowego Lasu.

Bo Marek Gołkowski nie zawiedzie NIGDY. Solidny, prawdziwy, konkretny, rzetelny, do bólu uczciwy.

Reklama

Jacek Hugo-Bader

Podróżnik, pisarz, urodzony w Sochaczewie

 

Poniżej znajdziecie wspomnienie innego mojego przyjaciela, z którym przeżyliśmy na morzu niejedno. Naprawdę, tych historii jest tyle… Ach, trzeba wrócić na żagle, acz spływ kajakiem też mi się marzy. Kocham wodę i wiatr, dlatego bardzo cenię sobie w naszym Sochaczewie to, że mamy rzekę, nasze naturalne bogactwo. Wierzę, że niedługo zaczniemy wykorzystywać jej potencjał. Bo warto.

dr inż. Andrzej Szklarski

Uniwersytet Morski w Gdyni, Pełnomocnik Rektora ds. reaktywowania żeglarstwa

Reklama

Szanowni Państwo,

Marek jest żeglarzem regatowym, a tak bardziej precyzyjnie, morskim żeglarzem regatowym. Ja z kolei jestem szkoleniowcem i organizatorem morskich rejsów stażowych. Chciałbym wspomnieć jeden szczególny, wspólny rejs.

Był to Rejs Morsów na żaglowcu Zawisza Czarny. Rejs Morsów, bo odbył się zimą, w marcu. Wyszliśmy w morze z Gdyni, przy dosyć silnym wietrze, który cały czas się wzmagał, aż wreszcie osiągnął siłę sztormu. Wiatromierz osiągnął maksimum swojej skali. Przy sile wiatru 66 węzłów czyli nieco ponad 120 km/h włączał się alarm wiatromierza i urządzenie się wyłączało. Szliśmy na żaglach. 

Reklama

Marek, który jest bardzo dobrym sternikiem i lubi sterować, stał za sterem. W pewnym momencie słyszę jego krzyk,

- Kapitanie, statek nie słucha steru!

No pięknie, myślę sobie, mamy duże kłopoty. 

Szybko się okazało, że uszkodziła się maszynka sterowa. Trzeba było przejść na sterowanie awaryjne. Na tak dużym jachcie to nie taka prosta sprawa. Założyliśmy potężny rumpel awaryjny, do którego doczepione zostały po obu burtach specjalne liny ze zbloczami. Marek obsadził te liny żeglarzami ze swojej wachty po dwóch czy trzech na każdej burcie i sterowaliśmy przestawiając linami rumpel, orientując go względem desek pokładu na komendy np. „dwie deski w lewo” lub „deska w prawo”. Tak dopłynęliśmy bezpiecznie do portu. To nie był łatwy rejs, ale udało nam się wyjść cało z opresji.

Reklama

Później jeszcze wielokrotnie pływaliśmy razem, między innymi na żaglowcu Pogoria po Morzu Liguryjskim i na dużym oceanicznym jachcie Gedania po Morzu Norweskim. Na mniejszych jachtach opłynęliśmy wspólnie prawie całe Morze Bałtyckie. Nasze ostatnie wspólne pływanie zorganizowaliśmy w ubiegłym roku na jachcie Uniwersytetu Morskiego s/y Nest. Tym razem płynęliśmy czysto rekreacyjnie i odwiedziliśmy port Nowy Świat, czyli słynny przekop z Zatoki Gdańskiej na Zalew Wiślany, Hel i Puck. 

Marek to dobry sternik i odpowiedzialny żeglarz. Pływałem z nim nie raz i chętnie będę pływał dalej.

Reklama

 

Pamiętają Państwo, że moja kariera akademicka zaczęła się od polonistyki i nauczania języka polskiego jako obcego? To drugi najtrudniejszy język do nauki na świecie, na równi z chińskim! Zdecydowanie łatwiej jest wziąć się za rumuński czy suahili. Moi studenci to niezwykli ludzie, prawda? Oj, tak, i to nie tylko przez to, że pokochali Polskę, i to tyle lat temu, gdy było u nas szaro i biednie (a jednak nasza postawa i my, Polacy, jako ludzie, zainspirowaliśmy ich). 

Móc porozmawiać po polsku z obcokrajowcem to wielka duma i przeżycie. Pamiętam, jak kiedyś, w środku nocy, do drzwi Uniwersytetu ktoś zapukał. Przed drzwiami stał skośnooki mężczyzna, na oko Japończyk, rzecz w ówczesnych czasach nie do pomyślenia. Skąd on tutaj, po co? I wtedy odezwał się przepiękną polszczyzną: „Czołem, waszmościowie!”. Ten pan nauczył się polskiego z książek Sienkiewicza… okazał  się być profesorem Uniwersytetu Tokijskiego. Nauka tak trudnego języka uczyniła ze mnie i moich studentów osoby naprawdę sobie bliskie, bo przecież nic tak nie zbliża, jak wspólne nieszczęście…???? Ogromną radość uczyniła mi Elisabetta przesyłając wiadomość po polsku. Po tylu latach takie słownictwo! Eli, ściskam Cię. 

Reklama

Elisabetta Mattei

Członkini stowarzyszenia polonijnego w Perugii (Włochy), właścicielka księgarni

Mieszkańcy Sochaczewa,

40 lat przyjaźni z Markiem. Trudno w kilku słowach zawrzeć tak wiele żywych wspomnień. 

Tutaj, we Włoszech, moi przyjaciele znają go jak mojego „polskiego brata” i nauczyciela pełnego pasji. To on nauczył mnie języka polskiego. Mam do dziś notatki z jego zajęć z literatury o Brunonie Schulzu, Herbercie, Stachurze i wielu innych. I niewymawialne łamańce językowe! Pamiętam z moich wizyt w okupowanej Polsce tajne spotkania i spacery z bibułą do rozpowszechniania, którą nadal mam. I egzemplarz „Etyki Solidarności”, który podał mi gdy tylko przyjechałam, owinięty w kartkę z gazety… Gdy spacerowaliśmy razem po Sochaczewie z pasją opowiadał mi o wszystkich zabytkach, które odwiedzaliśmy. Później, w Rzymie, był znakomitym dyrektorem polskiego biura turystycznego, a przy tym pasjonatem historii Montecassino. 

Reklama

Nasza wieloletnia przyjaźń i szacunek dla jego pracy, jego szacunek dla drugiego człowieka i docenianie tego, co dobre w innych, każą mi powiedzieć: Brawo, Marku, idź tak dalej! Życzę Ci ogromnego powodzenia.

 

Języki, uniwersytet… Tak, jestem humanistą. Nigdy jednak nie uważałem, że to wyklucza kogokolwiek z zabiegania o wiedzę i umiejętności z innych dziedzin. Jestem pasjonatem świata – języków, historii, sztuki, ale też nauki: fizyki, architektury, technologii. To nie czyni mnie ekspertem, broń Boże! Robię jednak wszystko, by nie być kompletnym ignorantem. Czasami się to przydaje.

Stanisław Witold Bienias

Artysta malarz, urodzony w Chodakowie

Sochaczewianie!

Parę zdań o kandydacie na burmistrza miasta Sochaczew Marku Gołkowskim. 

Znam go od ponad pięćdziesięciu lat. Wyobraźcie sobie Państwo, że ów człowiek z wykształceniem uniwersyteckim parę miesięcy temu uczył mnie konstrukcji drewnianych – mnie, dyplomowanego architekta Politechniki Warszawskiej – i nie mylił się! Nie dość tego, pamiętam, że w moim domu-pracowni malarskiej wykonał pełną elektrykę i hydraulikę w taki sposób, że fachowcy, którzy to oglądali, wyrażali się o jego robocie z dużym uznaniem. 

Marek jest osobą wszechstronnie uzdolnioną, wręcz chciałoby się powiedzieć: człowiekiem Renesansu. Nie bójcie się oddać miasta w jego ręce. Jest uczciwy, uczynny i niezwykle pracowity. Będzie dobrym gospodarzem! 

 

Dowiedziałem się od córki, że jestem boomerem. Co to znaczy? Że należę do pokolenia „baby boomers”, urodzonych między 1943 a 1960 rokiem. Nazwa nawiązuje do wysokiej liczby urodzeń po II wojnie światowej, ale może też być używana ironicznie na określenie kogoś, kto ma staroświeckie poglądy… Na szczęście zapewniła mnie, że to drugie nie odnosi się do mnie. Tym niemniej muszę przyznać, że pewne sprawy są dla mnie i mojego pokolenia niezwykle ważne. Taką „sprawą” jest święty Jan Paweł II i wymiar religijny naszego życia. Wiem, że temat potrafi budzić w dzisiejszych czasach kontrowersje, ale głęboko wierzę w to, że wszyscy, niezależnie od poglądów, możemy tworzyć dojrzałą, mądrą społeczność. I dla nas, wierzących, i dla niewierzących, jest miejsce przy wspólnym stole. 

Teresa Jagodzińska

Była współwłaścicielka przychodzi medycznej, obecnie emerytka

Mieszkańcy Sochaczewa,

Pragnę wspomnieć pewne wydarzenie, które w moim odczuciu bardzo wyraźnie opisuje to, jakim człowiekiem jest Marek Gołkowski.

W czasach jego pobytu w Rzymie na stanowisku dyrektora placówki Polskiej Organizacji Turystycznej przez jego dom przewinęły się tabuny gości. Wiele osób chciało odwiedzić Wieczne Miasto oraz udać się na plac św. Piotra, by posłuchać naszego papieża Jana Pawła II, który zasiadał wtedy na Tronie Piotrowym. Wśród nich byłam i ja, gdy udałam się na odprowadzenie Naszego Papieża w ostatnią podróż.

Marek i jego żona Danusia każdego gościa, czy bliskiego czy prawie nieznajomego, przyjmowali jak własną rodzinę. Poświęcali swój czas i energię, by zapewnić nam godny pobyt. Dzięki ich dobremu sercu mogłam przeżyć tak ważne dla nas wszystkich wydarzenie w atmosferze skupienia i pobożności.

Marek jest człowiekiem wielkiego serca. Uważam, że będzie dobrym burmistrzem dla Sochaczewa.

 

Kto nie słyszał o Monte Cassino? Dla Polaków to prawie klasyka. Wiele osób potrafi zanucić „Czerwone maki…”, sporo potrafi powiedzieć coś więcej: generał Anders, przemarsz, wyzwolenie włoskiego miasta. Ale Włosi wiedzą o tym niewiele (poza mieszkańcami samego Monte Cassino). 

Wraz z moim wieloletnim przyjacielem, Roberto Avallone, działaliśmy w dwojaki sposób: z jednej strony popularyzując wśród Włochów wiedzę o Polakach, a wśród Polaków – o Monte Cassino. Spotkania i wydarzenia, jakie zorganizowałem (przyjazd włoskich dziennikarzy do Sochaczewa i godzinny materiał radiowy, spotkanie z sochaczewskimi harcerzami na Monte Cassino w 2004 roku…) pozwoliły naszym miastom, Sochaczewowi i Monte Cassino,  zbliżyć się do siebie i wzajemnie poznać. 

Do dziś możemy oglądać sprowadzone przeze mnie pamiątki z Monte Cassino w Muzeum Ziemi Sochaczewskiej, a oni wspominają nasze Muzeum Kolejki czy wydarzenia Bitwy nad Bzurą. Mało? Metoda małych kroków to coś, w co wierzę całym sercem! My pamiętamy ich, oni nas, opowiadamy o sobie swoim przyjaciołom i dzieciom. Tak tworzy się wspólnota społeczności!

Roberto Avallone

Właściciel Muzeum Monte Cassino War Memorial 1944 w Cassino, Włochy

Szanowni Mieszkańcy miasta Sochaczew,

Marek Gołkowski to osoba niezwykła. Mówię to z pełnym przekonaniem i bez żadnej przesady. Takich ludzi jak on nie ma wielu i należy się im wielki szacunek. 

Marek jest patriotą polskim, ale przede wszystkim także lokalnym. Przez całą naszą wieloletnią znajomość działał w interesie nie tylko Polski, ale też Sochaczewa. 

Poznaliśmy się we Włoszech i to dzięki Markowi nawiązała się współpraca pomiędzy prowadzonym przeze mnie muzeum Cassino War Memorial 1944 w Monte Cassino, upamiętniającym działania armii generała Andersa, a Muzeum Ziemi Sochaczewskiej. Monte Cassino (muzeum i miejsce pamięci) było stałym punktem wycieczki dla wszystkich jego gości, czy to oficjalnych, czy nieoficjalnych, a musiał przejechać do mnie ponad 150 kilometrów w jedną stronę! 

Szczerze i z oddaniem szerzył wiedzę o polskiej historii i zasługach Polaków, kierowany autentyczną dumą i poczuciem misji. Jednocześnie popularyzował swój rodzinny Sochaczew za granicami kraju, nigdy o nim nie zapominając i robiąc wszystko, by Włochy usłyszały o tym polskim mieście. I udało mu się! Pokazał nam historię Bitwy nad Bzurą, Muzeum Kolejki Wąskotorowej, Żelazową Wolę i sprawił, że nawiązaliśmy owocną współpracę ze wspomnianym Muzeum Ziemi Sochaczewskiej. 

Łączy nas szacunek do historii i miłość do naszych krajów, ale także prawdziwa, szczera przyjaźń. Marek jest zaangażowany, skuteczny i oddany, a przy tym uczciwy i ma dobre serce. To nie tylko historyk-pasjonat, ale autentyczny lokalny patriota. Bramy mojego muzeum będą zawsze otwarte dla niego i wszystkich Sochaczewian, a ja jestem pewien, że ten człowiek zrobi jeszcze wiele dobrego dla Sochaczewa!

 

Stopniowo przechodzimy do tematów coraz cięższych. Było już Monte Cassino, a teraz czas na sprawy naprawdę trudne: miejsca pamięci narodowej. Polacy z ochotą wspominają 1 sierpnia i inne chwalebne dla naszego narodu wydarzenia. Są one częścią naszej narodowej tożsamości, tak jak język i kultura. Co jednak z Polakami, których wiatry historii wywiały poza nasze obecne granice? Co z tymi, którzy zostali tam, gdzie niegdyś była Polska, ale granice przesunęły się? O nich też musimy pamiętać, ponieważ dla nich zachowanie tożsamości i uczczenie wspólnej historii jest szczególnie trudne. Zwłaszcza, gdy – tak jak na Białorusi – władze robią wszystko, by to uniemożliwić.

Na Białorusi zrobiłem wiele dla pamięci o Polakach i polskich Białorusinach. Tak, tak, na Białorusi mieszkają nie tylko Białorusini! Nasze języki nie bez kozery są do siebie tak podobne (Białorusini mają własny język i nie jest to rosyjski!) i nie bez kozery Rosja i Łukaszenka od lat próbuje wykorzenić białoruski ze szkół i domów. Ten język przypomina im, że są odrębnym od Rosjan narodem, zbliża ich do nas, narodów wyzwolonych, a więc do Zachodu, do niezależności, a tego Łukaszenka i jego Wielki Brat Putin nie mogą zdzierżyć. Podobnie sprawa ma się z językiem polskim, który dla wielu osób na Białorusi jest językiem babć i dziadków. Muszą o niego walczyć, tak samo jak o swoją tożsamość. 

Dlatego tak ważne jest kultywowanie i otaczanie troską miejsc, które upamiętniają inną od wizji Łukaszenki historię Białorusi, m.in. dotyczy to kwestii polskiej. Doprowadziłem m.in. do powstania szkolnictwa polskojęzycznego na Białorusi. Utworzyliśmy Muzeum Adama Mickiewicza w Nowogródku, Muzeum Stanisława Moniuszki w Ubieli, gdzie się urodził. Wspólnie z białoruskimi kompozytorami i muzykami zorganizowałem jako założyciel i dyrektor Instytutu Polskiego na Białorusi festiwal muzyczny „Muzyka Litwy i Korony”, obecny przez wiele lat już po moim wyjeździe z Białorusi. Zasada była prosta: polską muzykę współczesną grali i śpiewali wykonawcy białoruscy, natomiast muzykę współczesną białoruskich kompozytorów wykonywali artyści polscy. Przykłady mógłbym, jeszcze mnożyć, ale nie będę Państwa zanudzał. Robiłem to dla nich, Białorusinów i dla nas, Polaków. Im pokaże to, że można inaczej, nam: że pamiętamy. 

Kwestia Białorusi jest niezwykle trudna, podobnie jak w przypadku Rosji. To narody od lat brutalnie indoktrynowane. Wierzę, że mają przed sobą demokratyczną przyszłość, co jednak będzie wymagało od nich ogromnych poświęceń i zmian. Ale o tym dalej. Przywołuję poniżej wspomnienie pana doktora Milewskiego z wyjazdu do Kuropat, wprowadzając tym temat najcięższy. Kuropaty to Katyń na Białorusi. Połowa z siedmiu tysięcy niezidentyfikowanych ofiar zbrodni katyńskiej spoczywa najpewniej właśnie tam. Hołd składał tam m.in. prezydent Lech Wałęsa, a w Katyniu śp. prezydent Lech Kaczyński.

dr Jan Jerzy Milewski

Honorowy Członek Polskiego Towarzystwa Historycznego, Instytut Pamięci Narodowej

Szanowni Państwo,

 

pana Marka Gołkowskiego poznałem w Mińsku, w marcu 1993 r., gdy był pracownikiem tamtejszej Ambasady RP i opiekował się polską częścią Komisji, której przewodniczył śp. prof. Jerzy Kłoczowski. Ja byłem członkiem Polsko Białoruskiej Komisji ds. Podręczników Historii, której pierwsze posiedzenie odbyło się z wielką pompą (z udziałem ministra edukacji) właśnie w marcu 1993 r. w Mińsku.

 

Wszyscy byliśmy pod wrażeniem życzliwości Marka, zwłaszcza że podejmował działania znacznie wykraczające poza jego obowiązki. Szczególnie pamiętam jak zawiózł nas do podmińskiego uroczyska Kuropaty, miejsca straceń w czasach stalinowskich dziesiątek tysięcy Białorusinów i Polaków. 

 

Podobnie troskliwie zajmował się nami podczas kolejnych spotkań w Mińsku. Mnie było szczególnie miło, gdyż również pochodzę z Mazowsza (północnego), choć całe życie zawodowe związałem z Białymstokiem: miejscowy Uniwersytet, a także przez kilka lat Instytut Pamięci Narodowej (pracowałem na takim samym stanowisku jak Ryszard Terlecki w Krakowie). 

 

Tacy ludzie jak Pan Marek Gołkowski (solidni, życzliwi, inteligentni i przyzwoici) są bardzo potrzebni we władzach samorządowych.

 

Na koniec temat najcięższy – Moskwa, Kaliningrad, czyli, krótko mówiąc: Rosja. Kraj odległy nie tyle w kontekście kilometrów, ile światopoglądu. Rosjanie są od nas diametralnie inni, a to wynika z ich historii. Temat jest szeroki i bardzo trudny, dlatego nie będę zanudzał Was analizami. Od historii (a powinno się powiedzieć: od rosyjskiego fałszowania historii – pozdrawiam tu hejterów) jednak nie sposób uciec, bo to właśnie w niej zasadzają się nasze narodowe różnice. Metoda małych kroków, o której wspominałem wyżej, ma tutaj szczególne znaczenie i siłę. I delikatność, bo wzajemne zrozumienie w takich sprawach buduje się bardzo powoli, długo trzeba czekać na jego owoce, a zniszczyć można je w parę chwil. Wierzę jednak, że jest sens przekraczać bariery, bo Rosjanie to też ludzie, a mieszkają tam także Polacy i osoby o narodowości „pomiędzy” – z mieszanych małżeństw, z babcią Polką czy babcią Rosjanką. 

Chcę łączyć, a nie dzielić. Nie oznacza to, że w jakikolwiek sposób pochwalam „politykę” Federacji Rosyjskiej. Gardzę nią tak mocno, jak ona gardzi zwykłym człowiekiem. Całe moje życie zawodowe walczyłem z niszczeniem pamięci o odrębności kulturowej i spuściźnie historycznej: na Białorusi, w Rosji, w Królewcu, czyli Kaliningradzie. Wszędzie spotkałem obrzydliwą propagandę i zwykłych ludzi, którzy próbują się w niej odnaleźć. Musiałem też nauczyć się oddzielać „zwykłych ludzi” od podstawionych aparatczyków… ale to zupełnie inna historia. Wróćmy do naszych opowieści!

Po co mówić o Katyniu, o Miednoje (Ostaszkowie, Niłowej Pustyni), o cmentarzach i miejscach kaźni, po co w ogóle tam jeździć? Dla wielu młodych (a i nie tylko) sprawa wydaje się kompletnie nieistotna, bo dotyczy wydarzeń sprzed wielu, wielu lat, miejsc oddalonych od nas o setki kilometrów. Gdzie Sochaczew, a gdzie Katyń? 

A jednak uważam, że jest to ważne i warto o tym wspomnieć. To nasz obowiązek. Przywołany przykład konferencji i seminariów ma pokazać, że chcę, jestem w stanie oraz, co najważniejsze, umiem sprawić, że skrajnie różne środowiska, takie jak Rosjanie i Polacy, otworzą się na dialog w sprawach trudnych. My, Polacy, wiemy czym był Katyń, jak wielką tragedią i cynicznym działaniem, jak straszliwe miał konsekwencje dla nas. Dla Rosjan ta wiedza jest niezwykle trudna, nie chcą jej, odrzucają ją, również z powodu bombardowania propagandą od najmłodszych lat. Dla nas jest to nie do pomyślenia, ale Rosjanie naprawdę żyją w zupełnie innym kraju. Takim, jakiego nigdy tutaj nie chcielibyśmy mieć.

Udało mi się nakłonić ich do zmierzenia się z prawdą, odnaleźć kilku odważnych, którzy przetrą szlaki. To znów metoda małych kroków, która w przyszłości przyczynia się do budowania w Rosjanach świadomości obywatelskiej. Ufam, że kiedyś, w dalekiej  przyszłości, zaowocuje ona prawdziwym patriotyzmem, takim, jaki w Polsce doprowadził do upadku komunizmu i sięgnięcia po wolność. My, Polacy, musimy już tylko tę wolność utrzymać i jej bronić.

W Rosji zrobiłem jeszcze parę rzeczy, takich jak konferencja o polskim samorządzie zorganizowana wraz z kaliningradzkim oddziałem rosyjskiej KSAP (Krajowa Szkoła Administracji Publicznej), gdzie wzięli udział twórcy polskiej samorządności: profesorowie Jerzy Regulski i Michał Kulesza. Przedstawiłem tam własne doświadczenia z samorządu w Sochaczewie dotyczących komunalizacji mienia i zwrotu zagrabionych przez komunistów terenów i budynków. Konferencja katyńska była jednak czymś niezwykłym. Nawet teraz naukowe porozumienie Polaków i Rosjan ponad podziałami jest możliwe, chociaż rosyjscy naukowcy nie mogą mówić tego, co by chcieli powiedzieć.

 

Prof. Dr prof. Mariusz Wołos

historyk, Uniwersytet Komisji Edukacji Narodowej w Krakowie i Instytutu Historii PAN w Warszawie

 

Szanowni mieszkańcy miasta Sochaczew,

Marek Gołkowski posiada fenomenalny dar przełamywania bariery oddzielającej człowieka od człowieka. Właśnie dlatego szybko nawiązaliśmy relacje nie tylko zawodowe, ale także prywatne. Zbliżyła nas podobna, jeśli nie tożsama ocena sytuacji panującej w Rosji, która powoli, ale wyraźnie zmierzała już wówczas ku systemowi autorytarnemu, dzisiaj nazywanemu najczęściej putinizmem. 

Marek posiada nie tylko szeroką wiedzę humanistyczną, ale także głębokie zrozumienie dla nauki, w tym jej potrzeb i uwarunkowań. Nie jest to bynajmniej cecha powszechna wśród polskich dyplomatów. To stanowiło podstawę naszej efektywnej współpracy na tak trudnym odcinku, jakim była Rosja.

Poznałem go późnym latem 2007 roku w Moskwie. Był wówczas zastępcą ambasadora Rzeczypospolitej w Federacji Rosyjskiej. Objąłem w tym czasie stanowisko dyrektora Stacji Naukowej Polskiej Akademii Nauk w stolicy Rosji i jednocześnie Stałego Przedstawiciela PAN przy Rosyjskiej Akademii Nauk.

Podejmowaliśmy wspólnie trudne wyzwania. Niewątpliwie najtrudniejszym z nich była organizacja w Smoleńsku międzynarodowej konferencji na temat zbrodni katyńskiej. Była to pierwsza międzynarodowa konferencja poświęcona zbrodni katyńskiej w Rosji. Jej przygotowanie kosztowało nie tylko wiele wysiłku organizacyjnego i przełamania bariery niechęć oraz strachu, ale także doskonałego wyczucia gruntu, po którym stąpaliśmy z ministrem Gołkowskim. Wzięło w niej udział około 700 osób.. Wśród referentów znaleźli się wybitni uczeni, by wymienić prof. Natalię Lebiediewą z Moskwy i prof. Mariana Głoska, archeologa z Uniwersytetu Łódzkiego, który w latach 1994–1995 stał na czele polskiej ekipy prowadzącej badania terenowe i ekshumacyjne w Katyniu. Marek Gołkowski jako przedstawiciel Ambasady RP brał aktywny udział w konferencji, moderując część obrad i zabierając kilkukrotnie głos w dyskusji o trudnej historii. Gośćmi honorowymi byli przedstawiciele Federacji Rodzin Katyńskich, polscy parlamentarzyści oraz zastępca gubernatora obwodu smoleńskiego. 

Po objęciu przez Marka Gołkowskiego stanowiska konsula generalnego w Królewcu nasza współpraca na niwie naukowej była kontynuowana, niezależnie od dzielącej nas odległości. Po merytorycznej dyskusji z przedstawicielami Rosyjskiego Państwowego Uniwersytetu im. Immanuela Kanta postanowiliśmy utworzyć cykliczne interdyscyplinarne seminarium naukowe z udziałem Polaków, Rosjan, Litwinów, Niemców i Białorusinów pt. „Między Wisłą a Niemnem: skrzyżowanie kultur”. Głównym pomysłodawcą był konsul Gołkowski. 

W spotkaniach wzięli udział uczeni z tejże uczelni, a także polscy badacze reprezentujący Ośrodek Badań im. Wojciecha Kętrzyńskiego w Olsztynie, konsul generalny Litwy Vaclav Stankevič, konsul generalny Niemiec dr Aristide Fenster, referenci z Polski (prof. Marek Kornat), Rosji (prof. Julia Kantor) i Niemiec (prof. Bernd Martin). Temat wywołał interesującą dyskusję. Ostatnie posiedzenie seminarium było poświęcone sześćsetleciu bitwy pod Grunwaldem. 

Podobnych przykładów współpracy mógłbym podać więcej. Myślę, że nie o to wszak chodzi. Chciałbym nade wszystko podkreślić cechy ministra Gołkowskiego, w tym nieprzeciętną znajomość  europejskiego Wschodu (Rosja, Białoruś, Ukraina), wybitną inteligencję i pewną naukową zadziorność w najlepszym rozumieniu tego słowa. Dodać do tego trzeba zmysł organizacyjny, który okazał się tak bardzo przydatny podczas naszej współpracy w Rosji.

 

Dziękuję, że doczytaliście do końca. Po co to wszystko w wspominam? Chcę pokazać Państwu, że potrafię i chcę zrobić dla Sochaczewa jeszcze wiele. Jak chciałbym zakończyć ten artykuł? Wielką prośba o wzięcie udziału w wyborach i nieuginanie się pod hejtem. Gdy wyborca głosuje, tryumfuje demokracja. Takiej Polski chcę: wolnej, niezłomnej, radosnej. Bądźmy w tym razem. 

 

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 19/04/2024 14:20
Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    Wyborca - niezalogowany 2024-04-19 07:59:37

    Pani Gołkowski, piszę Pan, ,, Współpraca i dobry kontakt z osobami na szczeblach rządowych to kwestia kluczowa dla zabezpieczenia przyszłych interesów Sochaczewa. ". Mam nadzieję, że wykorzysta Pan wpływy na jakie się Pan powołuje i fakt, że do Polski wpłynęły i jeszcze będą wpływać olbrzymie pieniądze z KPO, żeby wreszcie powstała długo oczekiwana trasa Północ-Południe. To Pan obiecał mieszkańcom Sochaczewa w kampanii i z tego Pana rozliczymy przy następnych wyborach.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • szanowny trollu - niezalogowany 2024-04-19 08:29:09

    może w końcu nauczysz się pisać e i ę

    • Zgłoś wpis
  • robroy 2024-04-19 10:52:54

    @szanowny trolu- bystrzak jesteś, za literówkę tak dokopałeś @wyborca , że ten długo nie usiądzie do napisania komentarza. A Ty ,drogi @wyborca nie ciesz się z OLBRZYMICH pieniędzy z KPO , 70 % to pożyczka którą trzeba spłacić, duża część z tej kasy odpłynie do firmy Simens na wiatraki do produkcji ekologicznego prądu. Niemcy ograniczają farmy wiatrowe , farmy fotowoltaiki też nie zdają egzaminu, w tym roku importowali ogromne ilości megawatów z ościennych krajów mających elektrownie atomowe, sami usuwają wiatraki , w ich miejscu uruchamiają kopalnie odkrywkowe, elektrownie węglowe.No ,ale u nas jest inny , śródziemnomorski klimat, nam wiatraki będą produkowały jak szalone, panele fotowoltaiki rozgrzewać się będą do czerwoności , mamy przecież ponad 300 dni w roku pełnego słońca, damy radę tam gdzie inni rezygnują.Nie wierzysz ?-potrzymaj mi piwo ! https://www.money.pl/gospodarka/ustawa-wiatrakowa-ma-ratowac-niemiecki-przemysl-eksperci-o-oskarzeniach-premiera-6969076243106688a.html ---art z 2023 roku

    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo e-Sochaczew.pl




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama