Maratony Góry wysokie, co nam po nich chodzić każe? Na tak postawione pytanie, chyba każdy z grona 3000 maratończyków odpowiedziałby inaczej. Mimo to, wszyscy oni 11 czerwca o godzinie 22.00 wyruszyli z miejscowości Biel-Bienne w Szwajcarii żeby pokonać stukilometrową trasę jednego z najtrudniejszych supermaratonów na świecie. Walczyli oni nie tylko z majestatem Alp. Musieli pokonać swoją słabość, upływający czas, nocny mrok, lodowaty deszcz oraz extremalnie długi dystans. Na przekór przeciwnościom losu ludzie Ci biegli lub szli ze starożytnym hasłem na ustach – „altius, fortius, citius” czyli: wyżej, dzielniej, szybciej. Wielu z nich nie wytrzymało i odpadło z walki. Wielu, gdy brakowało sił fizycznych, szli dalej dzięki hartowi ducha. W mijanych po drodze miejscowościach tysiące kibiców zagrzewało do walki okrzykiem „hopp, allez”. Dokąd podążacie? - pytały śmiałków duchy gór, dolin i gajów. Do mety, do zwycięstwa – powtarzało alpejskie echo słowa maratończyków, wśród których był sochaczewski nestor – Jan Cebrzyński ( zajął XVII miejsce w swojej grupie wiekowej z czasem 16 godzin 14 minut). „Spod szczytów Alp ślę pozdrowienia Przyjaciołom, entuzjastom sportu, naszemu prastaremu grodowi, a jednocześnie serdecznie dziękuję SPONSOROWI – Urzędowi Gminy Sochaczew” – to słowa nie zmordowanego, siedemdziesięcioletniego Pana Jana, który już za tydzień ponownie pójdzie w góry, tym razem Świętokrzyskie. Tomasz Ertman "Ziemia Sochaczewska" nr 25/04
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze