Reklama

Moja niezapomniana wigilia

Tygodnik Echo Powiatu
27/12/2007 10:18
W tym numerze "Echa Powiatu" publikujemy w całości pierwszą z nagrodzonych prac w konkursie bożonarodzeniowym "Moja niezapomniana wigilia". W kolejnych wydaniach prezentowane będą następne dwie opowieści wigilijne opatrzone rodzinnymi fotografiami a także zdjęciem ze świątecznym koszem - nagrodą w konkursie. Przypomnimy, że ich fundatorami były firmy Mars i Carrefour. Dodatkowy, czwarty kosz świąteczny trafił do grupki uczniów ze Szkoły Podstawowej w Budkach Piaseckich, którzy nadesłali swoje wigilijne opowieści. Nagrodzonych opowieści będziemy mogli wysłuchać w wigilijny wieczór na antenie Radia Fama.
as

Moja niezapomniana Wigilia miała miejsce w 1976 r. Byłam wtedy młodą zamężną kobietą, matką dwóch córeczek: ponad sześcioletniej Małgosi oraz półrocznej Dorotki. Mieszkałam w Iłowie, lecz tę niezapomnianą Wigilię przeżyłam w Velbert, niemieckim mieście, w którym, po powrocie z niewoli zamieszkała moja mama. Ale o wigilii za chwilę.
Najpierw trochę o moim dzieciństwie. Było ono nie do pozazdroszczenia. Wojna rozdzieliła mnie z najbliższymi. Ojciec i babcia zginęli podczas działań wojennych, mama wywieziona została do Astrachania. Zostałam sama. Dobrzy ludzie oddali mnie do ochronki. Życie w niej nie było łatwe. Dotkliwie odczuwaliśmy powojenną biedę, ale żyliśmy wszyscy nadzieją, ze ktoś z bliskich nas stamtąd zabierze. Ja wciąż czekałam na swoją mamę i wierzyłam, że wkrótce się spotkamy. Czas upływał, mijające dni podobne były do siebie jak dwoje bliźniąt. O świętach, o Wigilii nikt z nas w ochronce nie myślał.
Po paru latach znalazłam się w rodzinie zastępczej. Odczułam w niej rodzinną atmosferę, lecz nie byłam szczęśliwa. Często oddawałam się rozmyślaniom, wyobrażając sobie, że jestem z rodzicami i wtedy życie nie było takie smutne. Lata mijały i nic nie zapowiadało zmiany. Zaakceptowałam więc taką sytuację, ale wciąż żywiłam nadzieję, ze kiedyś spotkam się z mamą.
Gdy dorosłam, wyszłam za mąż. Oboje z mężem organizowaliśmy własne życie. Początek również był najłatwiejszy. Staraliśmy się jednak, by żyło nam się coraz lepiej. Wielką wagę przywiązywałam zawsze jako gospodyni, do urządzania wigilii i świąt Bożego Narodzenia, których brak odczuwałam w dzieciństwie. Pragnęłam, by były one najpiękniejsze. Mimo że miałam przy sobie swoich najbliższych - męża, a zbiegiem lat i córki - moim świętom towarzyszył smutek. Moje myśli biegły zawsze ku jednej z najbliższych mi osób, matce. Jeden pusty talerz wciąż stał na moim stole wigilijnym, a moje córeczki, które już podrosły, pytały, dlaczego na Wigilii nie ma drugiej babci. Ja odpowiadałam im ciągle, że za rok na pewno już będzie z nami.
Czas mijał nieubłaganie, a drugiej babci wciąż nie było. Nie wiedziałam nawet, czy żyje. Moje wielokrotne poszukiwania przez PCK były nadaremne. Los mojej mamy był ni nieznany. Minęło już 22 lata, a ja ciągle nie miałam żadnych wiadomości, ciągle czekałam.
Wreszcie nastał rok 1967. W maju otrzymałam wiadomość, że mama żyje i mieszka w Niemczech. Tę niespodziewaną wieść, ale jakże dla mnie szczęśliwą przyjęłam, zalewając się łzami. Tym razem były to łzy szczęścia. Radość moja nie miała granic. Podzieliłam się nią z pospiesznie ze swoimi przyjaciółmi i znajomymi, a oni radowali się razem ze mną.
Od tego momentu pozostało nam (mamie i mnie) czekać niecierpliwie na spotkanie. Po wielu trudach i kilkumiesięcznym oczekiwaniu mogło ono wreszcie nastąpić. Miało miejsce właśnie w wigilię 1976 r. Najpierw spotkanie na dworcu kolejowym ze mną i moimi córeczkami po 24 godzinach uciążliwej podróży (mąż nie uzyskał zezwolenia na wyjazd).
Były uściski, uśmiechy, radość i łzy. Bardzo płakała moja mama i bardzo płakałam ja.
Wreszcie przyjazd do domu i.... ogromna choinka, stół obficie zastawiony, wigilijna wieczerza. Wieczerza, na jaką czekałam aż 22 lata, wieczerza, podczas której łzom szczęścia nie było końca. Z niedowierzaniem i radością w oczach mama patrzyła na mnie, ja - na mamę. W pewnej chwili mama oznajmiła: "Wreszcie puste miejsce, które czekało na cienie, córeczko, co roku przy wigilijnym stole zostało zajęte: i znowu się rozpłakała, a z nią i ja. Opanowując płacz dodała jeszcze: "Wojna wyrwała nam z życia 22 lata, lecz teraz będziemy nadrabiać stracony czas".
Ta pamiętna Wigilia przebiegała z mieszanymi uczuciami, łzy przeplatane były wybuchami radości i szczęścia. Trwała prawie do rana, a w mojej pamięci trwała do dziś. 24 grudnia 1967 r jest jednym z najważniejszych w moim życiu i w życiu mojej mamy. Tego bowiem dnia odzyskałyśmy siebie, a mama pozyskała jeszcze dwie wnuczki, z których jest bardzo dumna i które troskliwie się nią opiekują. Moja mama ma obecnie 93 lata i cieszy się zdrowiem stosownym do swego wieku.


Henryka Wylot
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo e-Sochaczew.pl




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama