Smaki Chin Ni hao! - to po chińsku znaczy "Dzień dobry". Ni hao Państwu Środka mieliśmy okazję powiedzieć w połowie września ubiegłego roku, będąc uczestnikami wycieczki zorganizowanej przez jedno z biur turystycznych. Po kilkunastu godzinach lotu Pekin przywitał nas mglistą, wilgotną, duszną pogodą. To tutaj normalne. Na mgłę nakłada się duża wilgotność oraz zanieczyszczenie powietrza. 6- godzinna różnica czasu i podróż dają się we znaki, ale my rozpoczynamy zwiedzanie. Świątynia Nieba i pierwsze kroki na chińskiej ziemi Pierwszego dnia mamy w planie Świątynię Nieba. Kompleks został wzniesiony między 1406 a 1420 rokiem i był odwiedzany przez cesarzy Chin z dynastii Ming i Qing w czasie corocznych ceremonii, kiedy modlono się do Nieba o obfite plony rolne. Przejazd przez miasto też robi wrażenie. Ogromne wieżowce i mnóstwo dźwigów - Chiny szykowały się na letnią olimpiadę. Kilkudziesięciopiętrowe budynki mieszkalne to tutaj normalność. No, ale gdzieś trzeba pomieścić tyle milionów ludzi. Dojeżdżamy na miejsce i po raz pierwszy stykamy się z tradycyjnymi chińskimi budowlami. Charakterystyczne „zakrzywione” dachy, wysokie progi (aby zło, które pełza po ziemi, nie mogło dostać się do wewnątrz), kolorowe fasady sprawiają, że czujemy wreszcie, że jesteśmy w Chinach. Zwiedzając mamy także możliwość przyglądania się tubylcom. Większość z nich ma ze sobą termosy z herbatą, którą od czasu do czasu popijają. Chiny słyną z herbat. My po drodze mamy okazję spróbować herbat zielonych, czarnych a także smakowych - np. chryzantemowej czy jaśminowej. W parkach ludzie odpoczywają i uprawiają tai-chi. Wszędzie jest wielu zwiedzających, przewodnicy przekrzykują się, aby uczestnicy wycieczek mogli usłyszeć, co do nich mówią. Wieczorem kolacja, zatem jedziemy do restauracji. Mamy możliwość spróbowania prawdziwej "chińszczyzny", która znacznie różni się od tego, co można kupić w Polsce. Przy okrągłym stole jest miejsce dla kilku osób. Na stole znajduje się okrągła, obrotowa patera, na której kelnerzy stawiają potrawy. Do dyspozycji mamy tylko pałeczki, więc przy pierwszej kolacji trzeba sporo się napracować, aby napełnić żołądek. Spożywanie obiadu to też w pewnym sensie rytuał - na obrotowej paterze znajduje się misa z ryżem oraz misy z potrawami (mięsnymi i wegetariańskimi). Chcąc skosztować jakiejś potrawy, musimy do naszej miseczki nałożyć ryżu, a na to dopiero wybraną potrawę. Następnie, posługując się pałeczkami, można zrobić to, co my robimy za pomocą widelca i noża. Jaka była kolacja? Wyborna! Po kolacji pora na zasłużony odpoczynek. Następnego dnia czeka nas wycieczka na jeden z cudów świata - Wielki Mur Chiński. Kłódki zakochanych Mur w wielu miejscach jest w złym stanie, ale dla turystów udostępnionych jest kilka miejsc, gdzie mur został odbudowany. My jedziemy w górzystą okolicę do Badaling. Niestety jest pochmurno i mglisto, zatem na miejscu mur nie robi takiego wrażenia, jakie prawdopodobnie zrobiłby, gdyby była słoneczna pogoda. Sam mur ma zmienną szerokość - są miejsca, gdzie zmieściłoby się obok siebie kilka lub kilkanaście osób, ale są i takie, gdzie mieszczą się obok siebie jedynie dwie osoby. Co kilkadziesiąt, kilkaset metrów znajdują się wieżyczki strażnicze. Na spacer po murze mamy około 2 godzin, zatem wspinamy się stromo pod górę i robimy mnóstwo zdjęć. Chyba większe wrażenie niż sam mur robi świadomość, że jest się tu, na jedynej budowli widocznej z kosmosu. Także i tu jest bardzo wielu turystów, w przeważającej większości Azjatów. W niektórych miejscach po wewnętrznej stronie muru do liny przyczepione są kłódki. Jak się dowiadujemy zgodnie z chińskim obyczajem, zakochane pary, przysięgając sobie wierność, wieszają kłódkę na Wielkim Murze. Wizyta na Wielkim Murze i w zakładzie produkującym pokrywane emalią wyroby z miedzi (tzw. Cloisonne) zajęła nam cały dzień. Po powrocie do Pekinu udajemy się więc od razu na obiadokolację. Dzisiaj gwiazdą wśród potraw jest kaczka po pekińsku, czyli jedna z najsłynniejszych potraw pekińskich. Kaczki najpierw są karmione pastą sojową i zbożem. Kaczka po pekińsku od środka jest gotowana (poprzez wtłoczenie gorącej wody), zaś od zewnątrz pieczona nad ogniem. Do pieczenia używa się specjalnej mieszanki drewna z drzew owocowych. Przed spożyciem kucharz odkraja kawałki mięsa, które wraz z szalotką i sosem śliwkowym zawija się w małe placuszki przypominające naleśniki. Po obfitej uczcie udajemy się na odpoczynek. Plac Niebiańskiego Spokoju tajniaków Trzeci dzień wita nas słońcem. Dzisiaj w planie wizyta na słynnym placu Bramy Niebiańskiego Spokoju (Tiananmen Guangchang), zwiedzanie zimowej rezydencji cesarskiej Zakazanego Miasta (Gugong) - miejsca, do którego zwykli śmiertelnicy nie mieli dostępu oraz Pałacu Letniego. Na pierwszy ogień idzie Yi He Yuan, czyli Pałac Letni. Był on parkiem cesarskim dynastii Tsing, gdzie cesarze często przebywali w trakcie letnich miesięcy. Park, to przepiękny chiński ogród, który otacza dosyć duże jezioro. Wrażenie robi Długi Korytarz, który ciągnie się przez 728 metrów wzdłuż jeziora oraz Wzgórza Długowieczności, na którym zbudowana jest pagoda. Sufit Korytarza pokryty jest czternastoma tysiącami obrazów i jest to najdłuższa na świecie malowana galeria. Dla nas atrakcją są przepiękne chińskie ogrody, a także... Chińczycy. Jak się okazuje, my dla nich również, gdyż przyglądają nam się z zainteresowaniem. Być może nieczęsto mają okazję zobaczyć białego człowieka. Mimo bariery językowej pozdrawiamy się, a nawet robimy wspólne zdjęcia. Tubylcy są bardzo przyjaźni i chętni do pomocy. Następny punkt to wizyta na placu Tiananmen i w Zakazanym Mieście. Plac Bramy Niebiańskiego Spokoju to największy publiczny plac na świecie. W osi północ-południe mierzy 800 m, zaś w osi wschód-zachód 300 m. W północnej części znajduje się brama prowadząca do Zakazanego Miasta, na której wisi znany portret Przewodniczącego Komitetu Politycznego Komunistycznej Partii Chin - Mao Zedonga. Po placu krążą policjanci i tajniacy, którzy ponoć podsłuchują czy przewodnicy nie opowiadają o masakrze z roku 1989. Po obowiązkowym zdjęciu z Przewodniczącym w tle, wkraczamy do Zakazanego Miasta, zajmującego obszar o długości 960 m i szerokości 760 m. Pierwsza część to część oficjalna, gdzie odbywały się cesarskie uroczystości. Na ogromnych placach stoją m.in: budynek Hali Najwyższej Harmonii (tu urządzono uroczystości koronacyjne), pawilon Czunghotien (w którym cesarz przygotowywał się do uroczystości), Paohotien (sala audiencji). Dalej za murem i bramą jest część prywatna, gdzie oglądać można Pałac Niebiańskiej Czystości, Pałac Ziemskiego Spokoju (rezydencja cesarskiej pary) oraz Salę Jedności (łącząca parę cesarską). Będąc na jednym z wielu ogromych placów można sobie wyobrazić, jak okazale wyglądały tutaj uroczystości odbywające się za panowania cesarzy. Wyrwawszy się z Zakazanego Miasta wyruszamy rikszami w podróż po jednym z hutongów. Hutongi to dzielnice z tradycyjnymi, niskimi zabudowaniami oraz wąskimi uliczkami. Przejażdżka a następnie spacer pozwalają zobaczyć zupełnie inny Pekin niż ten z nowoczesnymi wieżowcami. Tutaj jakby czas się zatrzymał. Można wyobrazić sobie, jak wyglądało miasto kilkadziesiąt lat temu. Obecnie hutongi (często kojarzone z biedą) są wyburzane, a w ich miejsce stawiane są nowoczesne dzielnice. Dzień kończy się kolacją i przejażdżką na dworzec Beijing West, skąd nocnym pociągiem wyruszymy na spotkanie z Armią Terakotową w Xi"an. Do Armii Terakotowej na inwalidzkim wózku Po prawie 12 godzinach w komfortowym wagonie sypialnym pociągu relacji Pekin-Xi"an, wysiadamy rano i pędzimy zwiedzać. Dzisiaj głównym punktem jest Armia Terakotowa. Xi"an jak większość pozostałych chińskich miast poraża ogromem. Miasto jest rozległe a na dodatek, gdzie okiem sięgnąć, widać dźwigi, pod którymi rosną kolejne budowle. Nasza główna atrakcja jest zlokalizowana niedaleko Xi"an. Pogoda jest piękna, więc zachęca do spaceru z parkingu autobusowego do hal, pod którymi znajdują się wykopaliska. Dla bardziej zmęczonych grupka Chińczyków oferuje podwózkę na... wózkach inwalidzkich. Armia Terakotowa robi ogromne wrażenie. Każda figura jest inna, ma inną twarz, wyraża inne emocje. Żołnierze przedstawieni są w różnych pozycjach, niektórzy posiadają uzbrojenie. Oprócz zwykłych żołnierzy znajduje się także sztab oraz zaprzęgi konne. To wszystko wykonane z gliny przetrwało ponad 2000 lat. Wieczorem, po powrocie do Xi"an, odwiedzamy jeszcze dzielnicę muzułmańską oraz meczet. Wyznawców islamu w Chinach jest niewielu, a jedno z większych skupisk znajduje się właśnie w Xi"an. Godnym podziwu jest to, iż Chińczycy wyznający islam czytają Koran w oryginale, a więc napisany pismem arabskim. Zatem znają pismo chińskie, arabskie, no i łacińskie. Dzień kończy się bankietem pierożkowym i oglądaniem chińskiego baletu. Mamy możliwość spróbowania ponad 20 rodzajów pierożków. Kształt pierożków jest związany z ich nadzieniem, na przykład pierożki z farszem z dyni mają kształt tegoż warzywa. Pagoda Dzikiej Gęsi i landrynki „na ostro” Kolejnego dnia rano zwiedzamy Pagodę Dzikiej Gęsi i odlatujemy do Chongqing. Miasto to leży nad Jangcy powyżej budowanej Tamy Trzech Przełomów. Ponieważ tama ta znacznie podniesie poziom rzeki, zatem do Chongqing jest wysiedlanych wielu mieszkańców z terenów, które będą zalane. Ogólnie ma być wysiedlonych około 2 mln ludzi i dzięki temu aglomeracja Chongqing za kilka lat ma być największą na świecie i ma liczyć prawie 40 mln mieszkańców. Dlatego także i tu stawia się wiele nowoczesnych budynków. Samo miasto jest nowe i nie ma zbyt wielu atrakcji. Miejscem wartym zobaczenia są natomiast położone kilkadziesiąt kilometrów od Chongqing Groty Dazu. Dojeżdżamy do nich równą jak stół, szeroką autostradą. Groty Dazu stanowią jeden z najsłynniejszych chińskich zespołów jaskiń, w których wyrzeźbiono kilkadziesiąt tysięcy postaci związanych z buddyzmem, taoizmem i konfucjanizmem (w tym około 30-metrowy posąg leżącego Buddy). Bierzemy też udział w pokazie nalewania herbaty. Jako że Chongqing leży w Syczuanie, to tutejsze jedzenie jest ostrzejsze niż w innych częściach Chin. Ostre przyprawy są dodawane do wielu potraw, a także np. do cukierków. Mamy możliwość spróbowanie landrynek "na ostro". Wieczorem odbywamy spacer po centrum miasta, które przepychem i bogactwem w niczym nie ustępuje innym wielkim miastom na świecie. Jedynie chińskie flagi przypominają, że panuje tu komunizm. Dzień kończy się zaokrętowaniem na statek, którym będziemy płynęli po Jangcy w kierunku Tamy Trzech Przełomów. Rejs po Jangcy Podróż trwa trzy dni. Po drodze w wielu miejscach ustawione są słupki z napisem 175 m. Wyznaczają one poziom, na jaki podniesie się woda w wyniku spiętrzenia przez Tamę Trzech Przełomów. W niektórych miejscach poniżej tego poziomu jeszcze mieszkają ludzie, co oznacza, że niedługo będą musieli się wyprowadzić. W miastach, które leżą nad Jangcy, są całe dzielnice, które zostaną zalane i z których są wysiedlani albo już zostali wysiedleni mieszkańcy. W wielu miejscach brzeg jest umacniany płytami i betonem, aby grunt nie osiadł po podniesieniu się poziomu rzeki. Docieramy wreszcie do Tamy Trzech Przełomów. Zapora jest największą na świecie elektrownią wodną. Moc 26 generatorów wynosi łącznie 18,2 tys. MW, co stanowi ponad połowę mocy wszystkich polskich elektrowni. Morze wieżowców w kosmicznym mieście Nasz kolejny cel to Szanghaj. Po wylądowaniu na podszanghajskim lotnisku Pudong, oddalonym o prawie 40 kilometrów od miasta, do centrum docieramy pociągiem magnetycznym Maglev, który porusza się z prędkością 430 km/h. Podróż trwa kilka minut, a większą część czasu zajmuje rozpędzanie i hamowanie pociągu. Miasto wygląda bardzo futurystycznie, jak okiem sięgnąć widać dziesiątki, a może setki drapaczy chmur, wśród których nie ma podobnych sobie. Najwyższy z nich to Shanghai World Financial Center o wysokości 492 metrów. Oprócz niego znajduje się kilkanaście innych budynków o wysokości przekraczającej 200 metrów. Bardzo znaną budowlą jest także Perła Orientu, czyli wieża telewizyjna mierząca 468 metrów. Aby zobaczyć panoramę miasta wjeżdżamy windą na taras widokowy zlokalizowany na 263 metrze. Widok z góry jest oszałamiający. Aż po horyzont ciągnie się morze wieżowców przedzielonych przepływającą przez Szanghaj rzeką Huangpu. Mamy szczęście, bo jest ładna pogoda, co w tym mieście zdarza się nieczęsto. Mieszają się tu różne style architektoniczne. Jest to spowodowane tym, że w XIX wieku miasto było podzielone między Chiny, Wielką Brytanię, Francję, USA i Japonię. Z tego też powodu Szanghaj jest jedynym chińskim miastem, w którym znajduje się China Town. Wieczorem udajemy się na rejs statkiem po rzece. Miasto wygląda wprost kosmicznie. Bajecznie oświetlone, strzeliste wieżowce komponują się z pełnią księżyca na gwiaździstym niebie. Bez wątpienia Szanghaj wywarł na nas największe wrażenie spośród wszystkich odwiedzonych miast chińskich. Białe Chinki nie jedzą psów Z Szanghaju odlatujemy na wyspę Hajnan, nazywaną "chińskimi Hawajami". Wysepka znajduje się za zwrotnikiem Raka w kierunku równika, zatem panuje na niej klimat tropikalny. Jednak, jak dowiadujemy się od naszego pilota, Chińczycy niespecjalnie lubią spędzać czas na kąpielach. Na dodatek wśród młodych kobiet panuje moda, że tym kobieta jest atrakcyjniejsza im ma bardziej białe ciało. Dlatego w słoneczne dni bardzo wiele kobiet chodzi pod parasolkami i pewnie z tego powodu nie przepadają za opalaniem się. Dzięki temu na plaży nie ma tłoku i można bez problemu znaleźć miejsca pod parasolami. Nasza wycieczka kończy się wizytą w Hong-Kongu. Mamy tam tylko kilka godzin. Tu styl już bardziej europejski za sprawą Brtytyjczyków, którzy panowali tu ponad 150 lat. Zostawili oni po sobie m.in. angielskie nazwy niektórych ulic oraz ruch lewostronny. Podczas podróży przez miasto zwracają uwagę bambusowe rusztowania przy niektórych budynkach. Jak się okazuje, mimo pozornej delikatności, są one bardzo wytrzymałe, a zarazem lekkie, dzięki temu świetnie sprawdzają się przy remoncie wysokich budynków. Remont to raczej cecha lokalna, w pozostałej części Chin, zamiast remontować, budynki przeważnie się burzy. No i to koniec wycieczki. Drogę powrotną rozpoczynamy z lotniska w Hong-Kongu, które jest jednym z największych terminali pasażerskich świata. Na lotnisku zwracają uwagę anglojęzyczne reklamy firmy Allianz z hasłem "From Australian Dollars to Zlotys". Na koniec jeszcze kilka ciekawostek: - w zasadzie Chińczycy nie jedzą psów. Jeśli już, to specjalnie hodowane (są one spożywane przez bardzo niewielką grupę smakoszy). Za to można spotkać wiele egzotycznych przysmaków - np. smażone ważki, - na palcach jednej ręki potrafią pokazać liczby od 1 do 10, - w wielkich miastach jest coraz mniej rowerów, są one zastępowane samochodami, - podobno Chińczycy nie mają włosów na rękach, przez co u niektórych z nich wzbudzamy zainteresowanie naszym owłosieniem - chińskie miasto średniej wielkości liczy kilka milionów mieszkańców, natomiast wsie mogą liczyć nawet kilkadziesiąt tysięcy Mariusz Rogulski
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze