Na warsztatach plastycznych w sochaczewskim Miejskim Ośrodku Kultury (ul.Chopina101) można poznać wiele dziedzin sztuki, wiele dyscyplin i technik. Mimo tego, są takie specjalności, które pozostają niezgłębione i tajemnicze. Często wydaje się nam, że „znamy” je, bo czytaliśmy o nich w książkach, oglądaliśmy o nich program telewizyjny, lub znamy je z opowieści. Nic nie jest jednak dokładnie poznane, dopóki nie jest doświadczone. Dlatego też, wspólnie z dziećmi z sekcji plastycznej i przy wsparciu p.Teresy Mazippus, postanowiliśmy rozpocząć poszukiwania warsztatów specjalizujących się w tych dziedzinach plastycznych, których w pracowni MOK-u nie jesteśmy w stanie zbadać empirycznie (czy to z powodu braku przestrzeni, czy z powodu braku profesjonalnego i kosztownego wyposażenia, czy też z przyczyny nieznajomości tajemnic i tricków warsztatowych). Początek cyklu wycieczek „sztukoznawczych” dał wyjazd w czasie ferii zimowych do pracowni garncarskiej pana Jana Konopczyńskiego w Bolimowie. Pracownia ta liczy sobie ponad wiek i jest jedyną, która utrzymała się spośród 200 niegdyś prosperujących na ziemi bolimowskiej. Nie jest łatwo pisać o silnych emocjach, a takie właśnie wzbudziła w młodych artystach, p.Teresie i we mnie owa wyprawa. Wszystko zaczęło się od naszego zaskoczenia. Spodziewaliśmy się bowiem, że zawitamy do jakiejś starej lepianki, w której garnki toczy dwoje starych prostych „ludzieńków”. Tymczasem przywitała nas światła młoda artystka, córka i wspólniczka p.Konopczyńskiego, która barwnie i wyczerpująco opowiedziała o działalności pracowni i o tajnikach powstawania glinianych naczyń. Dowiedzieliśmy się o właściwościach wielu gatunków gliny (glina glinie nie równa, jak się okazało, i występuje w różnych kolorach!). Poznaliśmy proces suszenia, a potem wypalania naczyń glinianych. Susząca się glina wymaga odpowiednich warunków (trzeba jej doglądać niczym roślin w szklarni), zaś wypalanie może trwać nawet ponad 10 godzin! Wiemy już, w którym momencie maluje się naczynia(to nie prawda, że na końcu, po wypaleniu!) oraz jak i czym impregnuje się malowany motyw. Córka p.Konopczyńskiego przybliżyła nam też pradawne metody budowania najprostszego pieca garncarskiego „domowego” sposobu pieczenia naczyń. Z pozoru wszystko wydaje się proste, bo w ognisku też można to zrobić. Kto jednak w dzisiejszych czasach potrafi „ustawić” jego temperaturę? Hę? Temperatura nie może być ani zbyt niska, ani zbyt wysoka, a poza tym trzeba garnkom ten żar dozować. Budowa pieca również wymaga wielkiej wiedzy i umiejętności. Nie zbuduje się go ze zwykłych pustaków i nie sklei się zwykłą zaprawą. Do budowy pieca wymagane są tylko te surowce, które wytrzymają temperaturę 500 oC, bo takiej potrzebują gliniane wypieki. Ech… Długo by mówić o historii, zasadach i procesach… Przygotowani z teorii, dojrzeliśmy do części praktycznej, którą prezentował nam sam pan Jan Konopczyński. Mówi się, że „nie święci garnki lepią”, ale z pewnością do tego rzemiosła trzeba mieć anielską cierpliwość i zachowywać stoicki spokój. Pan Konopczyński jest tego wzorowym przykładem. Po mistrzu przyszła kolej na naszą pierwszą próbę przy kole garncarskim. Był to punkt kulminacyjny całej wyprawy. Ależ niesamowite emocje! Ależ przeżycie! Początkowo mieliśmy lekką tremę, ale szybko zamieniła się ona w świetną zabawę. Jeden z młodych artystów, nasz słynny Michał Łapczyński (12 lat) wspomina to wydarzenie z wypiekami na twarzy: „To jest bardzo trudna profesja, choć patrząc na pana, który ma wprawę, wydaje się, że te cuda niemal same powstają, że wystarczy trzymać glinę, obracać kołem, a od razu powstanie nie wiadomo co! My robiliśmy niby tak samo, jak pan pokazywał, ale albo nam w ogóle się nie udawało, albo wychodziły jakieś dziwolągi”. Faktycznie, nie jest to proste. Wiemy, bo próbowaliśmy przecież. Przy pracy, oprócz tego, że trzeba mieć wprawę, to trzeba być skupionym i delikatnym. Trzeba wciąż myśleć o tym, co się tworzy. Trzeba być precyzyjnym i należy uważać na każdy drobiazg, bo wystarczy jeden fałszywy albo nadgorliwy ruch i… odrywa się denko, albo powstają nieodwracalne zniekształcenia. Ileż naszych niedoszłych dzieł wylądowało w odpadach! Pierwsze „drobne” garncarskie porażki nie zniechęciły jednak ani mnie, ani dzieci. Przeciwnie – jesteśmy zachwyceni! Ja zastanawiam się nawet nad letnim kursem garncarskim. Michał też, ale to kursy dla dorosłych. Michał jest niepocieszony. Patrycja Stalpińska (l. 9) wspomina: „najbardziej podobało mi się to, jak pan pracował” – z tego, co zauważyłam, to dla wszystkich młodszych badaczy było to największym przeżyciem, zaś dla starszych doświadczenia przy kole garncarskim – „Tak szybko i sprawnie pan robił te garnuszki i dzbanuszki! Tak dużo ich było w pracowni! I jakie różne! Niektóre były malowane, a niektóre nie. Na tych malowanych zawsze był tradycyjny bolimowski motyw z ptaszkiem. Pamiętam, jak ta pani mówiła nam o tym”. Dzieci wyniosły jednak nie tylko czysto „garncarskie” wrażenia. Gdy zapytałam Michała, co najbardziej go poruszyło, odpowiedział: „Największym zaskoczeniem dla mnie było to, że poza pracownią p.Konopczyński zamienia się w szkolnego nauczyciela informatyki! Ten pan był taki sympatyczny, a uczy przedmiotu, którego nie lubię za bardzo…” Minęło już kilka dni od wycieczki, a my wciąż pozostajemy pod jej wrażeniem. Teraz czekamy, aż wysuszą się nasze pamiątkowe gliniane wyroby własne, żeby móc je potem pomalować (szkoda, że wypalenie w piecu jest niemożliwe). Ja rozmyślam, jak by tu można było wybudować piec garncarski w „ogrodach” MOK-u, zaś wspólnie z dziećmi i p.Teresą Mazippus snujemy plany następnej wyprawy do pracowni sztuk, których nie znamy… Sylwia Zgłobicka
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze