Wracamy do wspomnień 84-letniego Ireneusza Panfila, który czasy okupacji niemieckiej na naszym terenie relacjonuje z pozycji 10-letniego dziecka. Tyle miał bowiem lat, kiedy wybuchła wojna. Nasz rozmówca od 1934 r. nieprzerwanie mieszka w Chodakowie. Mimo dostojnego wieku, Ireneusz Panfil ma doskonałą pamięć. O zdarzeniach sprzed kilkudziesięciu lat opowiada, jakby miały miejsce kilka dni temu. Zapewne młodemu chłopakowi głęboko w pamięć zapadły wojenne przeżycia.
Swoje wspomnienia postanowił opublikować na łamach Ziemi Sochaczewskiej. Pierwsza ich część została bardzo ciepło przyjęta przez naszych Czytelników, a zwłaszcza mieszkańców Chodakowa, dlatego kontynuujemy rozpoczęty w kwietniu cykl.
Fabryka jak szpital
26 września 1939 r., po 24-godzinnym nalocie niemieckich samolotów oraz ataków z ziemi i powietrza na Warszawę, zostaje podpisana kapitulacja. 28 września Niemcy prowadzą całe kompanie Wojska Polskiego z Warszawy do niewoli w Fabryce Sztucznego Jedwabiu w Chodakowie. Na czele kolumny gen. Kutrzeba z szablą u boku wraz z wyższymi oficerami WP. Za kolumnami wojska jechały zielone wozy konne, a na nich ranni.
Pośród kolumny wojska szedł żołnierz z Wehrmachtu i wypisywał przepustki. Jeśli któryś z polskich żołnierzy otrzymał przepustkę, wychodził z szeregu i mógł wrócić do domu. Od jednego z tych żołnierzy dostałem na pamiątkę menażkę wojskową i manierkę.
Olbrzymia sala stołówki fabrycznej oraz biura zakładu szybko się zapełniły rannymi żołnierzami, podoficerami i oficerami Wojska Polskiego. Z powodu braku lekarzy, lekarstw i podstawowych środków opatrunkowych, sali operacyjnej oraz niedożywienia, śmiertelność wśród rannych żołnierzy była ogromna. Do tego prowizorycznego polowego szpitala chodziłem z mamą i ciocią. To co mogliśmy uszczuplić z naszej skromnej żywności, zanosiliśmy żołnierzom. Podobnie robiło wielu mieszkańców Chodakowa.
Pogrzeby i rewizje
Ranni żołnierze leżeli na podłodze, siennik przy sienniku, a czasem tylko na słomie. A potem były pogrzeby. Codziennie, a czasem dwa razy w ciągu dnia, wyjeżdżał z fabryki wóz konny. Na nim 5-6 trumien z surowych desek. Na czele krzyż i ksiądz Bogusz w czarnej sutannie. Ta ostatnia droga wiecznego spoczynku wiodła dawną ulicą Staszica, a obecnie Chodakowską. Szedłem nieraz w milczeniu za takim pogrzebem. Nad Bzurą, koło fabrycznej stacji pomp i wodociągu, gdzie przed wojną stał drewniany krzyż i znajdowały się 4 groby z I wojny światowej, kopano doły i na tym prowizorycznym cmentarzu chowano naszych żołnierzy. A gdy śmiertelność wśród chorych zaczęła wzrastać, chowano ich bez trumien.
Niemieccy żołnierze chodzą po domach i zabierają Polakom radia, miedzy innymi panu Radoszowi, który mieszkał naprzeciwko fabryki (obecnie ul. Chodakowska 29). Pochodził ze Śląska i podczas I wojny światowej został przymusowo wcielony do armii niemieckiej. Walczył we Francji pod Werdun. Podobno znał późniejszego kanclerza Niemiec Adolfa Hitlera.
Kiedy Niemcy naszli jego dom, pokazał im odznaczenia z tamtych czasów. Żołnierze powiedzieli, że zostawią mu radio, jeśli podpisze listę przynależności niemieckiej. Ale pan Radosz odpowiedział, żeby zabrali radio, bo on jest i czuje się Polakiem i nigdy nie podpisze takiej listy. Nie bardzo spodobała im się ta odpowiedź, ale powiedzieli, że jeśli zmieni zdanie, to radio mu zwrócą.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze