Reklama

Okupacja w Chodakowie oczami dziecka

Tygodnik Ziemia Sochaczewska
02/08/2013 16:16

 

Wracamy do wspomnień 84-letniego Ireneusza Panfila, który czasy okupacji niemieckiej na naszym terenie relacjonuje z pozycji 10-letniego dziecka. Tyle miał bowiem lat, kiedy wybuchła wojna. Nasz rozmówca od 1934 r. nieprzerwanie mieszka w Chodakowie. Mimo dostojnego wieku, Ireneusz Panfil ma doskonałą pamięć. O zdarzeniach sprzed kilkudziesięciu lat opowiada, jakby miały miejsce kilka dni temu. Zapewne młodemu chłopakowi głęboko w pamięć zapadły wojenne przeżycia.

Swoje wspomnienia postanowił opublikować na łamach Ziemi Sochaczewskiej. Pierwsza ich część została bardzo ciepło przyjęta przez naszych Czytelników, a zwłaszcza mieszkańców Chodakowa, dlatego kontynuujemy rozpoczęty w kwietniu cykl.

Reklama

 

Fabryka jak szpital

26 września 1939 r., po 24-godzinnym nalocie niemieckich samolotów oraz ataków z ziemi i powietrza na Warszawę, zostaje podpisana kapitulacja. 28 września Niemcy prowadzą całe kompanie Wojska Polskiego z Warszawy do niewoli w Fabryce Sztucznego Jedwabiu w Chodakowie. Na czele kolumny gen. Kutrzeba z szablą u boku wraz z wyższymi oficerami WP. Za kolumnami wojska jechały zielone wozy konne, a na nich ranni.

Pośród kolumny wojska szedł żołnierz z Wehrmachtu i wypisywał przepustki. Jeśli któryś z polskich żołnierzy otrzymał przepustkę, wychodził z szeregu i mógł wrócić do domu. Od jednego z tych żołnierzy dostałem na pamiątkę menażkę wojskową i manierkę.

Reklama

Olbrzymia sala stołówki fabrycznej oraz biura zakładu szybko się zapełniły rannymi żołnierzami, podoficerami i oficerami Wojska Polskiego. Z powodu braku lekarzy, lekarstw i podstawowych środków opatrunkowych, sali operacyjnej oraz niedożywienia, śmiertelność wśród rannych żołnierzy była ogromna. Do tego prowizorycznego polowego szpitala chodziłem z mamą i ciocią. To co mogliśmy uszczuplić z naszej skromnej żywności, zanosiliśmy żołnierzom. Podobnie robiło wielu mieszkańców Chodakowa.

 

Pogrzeby i rewizje

Reklama

Ranni żołnierze leżeli na podłodze, siennik przy sienniku, a czasem tylko na słomie. A potem były pogrzeby. Codziennie, a czasem dwa razy w ciągu dnia, wyjeżdżał z fabryki wóz konny. Na nim 5-6 trumien z surowych desek. Na czele krzyż i ksiądz Bogusz w czarnej sutannie. Ta ostatnia droga wiecznego spoczynku wiodła dawną ulicą Staszica, a obecnie Chodakowską. Szedłem nieraz w milczeniu za takim pogrzebem. Nad Bzurą, koło fabrycznej stacji pomp i wodociągu, gdzie przed wojną stał drewniany krzyż i znajdowały się 4 groby z I wojny światowej, kopano doły i na tym prowizorycznym cmentarzu chowano naszych żołnierzy. A gdy śmiertelność wśród chorych zaczęła wzrastać, chowano ich bez trumien.

Niemieccy żołnierze chodzą po domach i zabierają Polakom radia, miedzy innymi panu Radoszowi, który mieszkał naprzeciwko fabryki (obecnie ul. Chodakowska 29). Pochodził ze Śląska i podczas I wojny światowej został przymusowo wcielony do armii niemieckiej. Walczył we Francji pod Werdun. Podobno znał późniejszego kanclerza Niemiec Adolfa Hitlera.

Reklama

Kiedy Niemcy naszli jego dom, pokazał im odznaczenia z tamtych czasów. Żołnierze powiedzieli, że zostawią mu radio, jeśli podpisze listę przynależności niemieckiej. Ale pan Radosz odpowiedział, żeby zabrali radio, bo on jest i czuje się Polakiem i nigdy nie podpisze takiej listy. Nie bardzo spodobała im się ta odpowiedź, ale powiedzieli, że jeśli zmieni zdanie, to radio mu zwrócą.

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo e-Sochaczew.pl




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama