Reklama

,,Piechura droga przez mękę""

Klub Maratończyka Aktywni
26/12/2010 21:46

Jeśli ktoś z Was pomyślał, że w czasie długiego okresu świąteczno-noworocznego Aktywni ,,zapadli w zimowy sen"" to grubo się pomylił. Mało tego, co niektórzy z nich wybrali całkiem oryginalne formy spędzenia wolnego czasu.

Niedzielne Spotkanie ze Sportem pomimo kilkustopniowego mrozu zgromadziło trójkę ,,zapeleńców"", którzy zdecydowali się pobiegać rekreacyjnie, pokazując jednocześnie, że jest to doskonała alternatywa na dotlenienie organizmu i oderwanie się choć na krótki czas od szklanego ekranu. Miłośnikom biegania dopisywał humor. Jak widać z Aktywnymi nawet w Święta można potruchtać. Tę zwartą grupę stanowili: Kamila Kocimska, Jan Kocimski i Krzysztof Orzechowski.

W zupełnie innym miejscu o tej samej porze zabawę w surviwal (sztuka przetrwania, dobra zabawa) rozpoczynał Rafał Milczarek, który wszystkich czytelników chciałby przygotować na pasjonującą mini opowieść z przymrużeniem oka:
Jak wiadomo mamy zimę i do tego tęgawą. Ciepłe onuce, dobrze skalibrowany kompas Garmina (uzyskałem go dzięki dobrosąsiedzkiej współpracy z Prusami słynącymi już wówczas z takiego sprzętu), puchowa ultra lekka kapota, tłusty krem z niedźwiedziego sadła na zmrożone lica i w drogę. Dodam jednocześnie, że na żadną strawę liczyć nie mogłem wszak w podgawłowskich lasach wybito ostatnie bażanty, cietrzewie i dziki.
Początek mojej 25 kilometrowej włóczęgi rozpocząłem ze szczytu zamku Książąt Mazowieckich w Sochaczewie. Niczym Filipides z pod Maratonu musiałem dostarczyć ważną wiadomość na czerpanym papierze do Chorągwi Młodzieszyńskiej. Czekała mnie długa droga i aby uniknąć wcześnie zapadających ciemności ruszyłem z impetem w dól. Stoczyłem się prawie z samego wierzchołka wzgórza rozbawiając przy tym licznie zgromadzoną dziatwę. Zyskałem dzięki temu sporo czasu i tak potrzebnej mi energii. Zaopatrzony w bukłak wody zbliżałem powoli do Puszczy Gawłowskiej, raz to przecierając szlak, a raz krzyżując swoje ślady z odznaczonymi na śniegu łapami lisów i kopytami saren. Co chwila do lotu zrywał się leśny ptak dając przy tym sygnał kompanom o zbliżającym się niebezpieczeństwie. Wiedząc, że w okolicznych lasach czekać mnie będą liczne wzniesienia do tego mocno oblodzone, przytwierdziłem do obuwia coś na wzór współczesnych ,,raków". Droga dłużyła się, a zacinający intensywnie śnieg wraz z silnym wiatrem, stanowiły dodatkowe utrudnienie. Czasu miałem mało, coś około trzech godzin, aby dotrzeć do celu z nienaruszoną depeszą. Pierwsze domostwa ujrzałem przedzierając się już z otulin leśnych. Z sosnowym woalem przechodziłem ulicą Spacerową, na której to miałem pierwszą mrożącą w żyłach krew przygodę. Z którejś drewnianej chaty wydobywać się począł nieziemski smród zwabiwszy przy okazji zwierzynę. Wpierw odparłem atak bezpańskiego psa o maści jasnej jak anioł. Chcąc chwycić gałąź i cisnąć ją w ,,bestię" wywinąłem tradycyjnego polskiego orła, śmiejąc się w duchu, że to był ostatni orzeł na tej ziemi. Próbując podnieść się z dziwnej cieczy, bo na takową upadłem, zorientowałem się smakowo, że to pobliskie szamba. Podczas kilkudniowej odwilży nieprzyjazna ciecz zamieniła się rwący potoczek. Ostatniej nocy złapał mróz … i ja również złapałem się w tę okropną pułapkę. Stan obuwia pozwalał jednak kontynuować włóczęgę. Przebiwszy się przez osadę ujrzałem wreszcie główny trakt. To słynna trasa na Młodzieszyn wiodąca przez takie ,,metropolie" jak Bibijampol, waleczną Helenkę, groźne Karwowo i mroczne podmłodzieszyńskie torfowiska. Ucieszyłem się mimo lekkiego odmrożenia prawego lica i zdałem sobie sprawę, że od celu dzieli mnie już bardzo niedużo. W tym momencie, gdy znajdowałem się na trasie jak spod ziemi wyrósł dyliżans pędzący z oszałamiającą prędkością. ,,Dobry Boże"- pomyślałem, to cud, że nie zmiażdżył mnie, i nie przejechał w pół. Pomyślałem, że limit nieszczęść mam już wyczerpany. Bezpańskie psy, pędzący niczym polski pociąg pośpieszny dyliżans i drwiąca ze mnie podzamkowa dziatwa. Teraz powinno pójść lekko jak z przysłowiowego płatka. Jednak ostatnie kilometry były istną Golgotą. Coraz mocniej zacinający wiatr, śnieg tnący twarz niczym tuzin brzytew. Masakra młodzieszyńska trwała. Wyjmując nowoczesny termos z herbatą ziołowo-jałowcową zorientowałem się, że depesza którą mam dostarczyć jest w szubienicowym stanie (za niedostarczenie jej w nienagannym stanie groziło wówczas powieszenie ubrania surviwałowca na najbliższej gałęzi), co stanowiło dla każdego ówczesnego piechura, biegacza lub joggera uraz trwający do ostatnich chwil życia jegomościa. Decyzję musiałem podjąć błyskawicznie. Dezercja. Nic innego nie przychodziło mi na myśl. Spróbuję przedrzeć się do niedalekiej Chorągwi Chodakowskiej, wiedząc jednocześnie, że aby się tam dostać muszę zaryzykować drogę przez mega niebezpieczny Szlak Pustych Butelek. Co odważniejsi nazywali go Szlakiem Ostrych Butelek ze względu na ich nieproporcjonalne kształty. Jeszcze mniej zorientowanym wyjaśniam, że trakt ten to nic innego jak kultowa trasa biegowa wzdłuż torów miejskiej ciuchci. Z duszą na ramieniu zbliżałem się do tej niebezpiecznej przeprawy. Butelki w rękach spożywających ich zawartość konsumentów potrafią osiągać tam bardzo wysoki pułap (zazwyczaj na poziomie głowy bądź serca, wiadomo...) Postanowiłem, a wręcz zdobyłem się na szybki bieg przez zasieki młodocianych chłystków, którzy nie zapomnieli poczęstować mnie opróżnionymi już butelkami po ich ,,napojach izotonicznych"". Jakoś szczęśliwie uniknąłem okaleczeń i moja dezercja nabierała coraz jaśniejszych barw. Barw szczęścia. Teraz trzeba znaleźć odpowiednią skrytkę, tak aby przetrwać w niej zimę.
Wieść rychło się rozeszła odbijając szerokim echem. Mowa oczywiście o moim dyplomatycznym błędzie polegającym na niedostarczeniu depeszy. Z czasem, gdy łowcze psy ucichły, umarł i sam problem odnalezienia mnie przez miejscowe rycerstwo. Większość myślała, że nie przetrwałem swojej włóczęgi, grzebiąc mnie myślami pod zaspami gawłowskiego śniegu. A mi się po raz kolejny udało.

Ps. Na samym końcu chciałem tylko dodać, że mimo humorystycznego charakteru tekstu, dziś naprawdę przeszedłem 25 kilometrów, rozpoczynając mam nadzieję nową sekcję Spotkań ze Sportem - ,,Z Kompasem za Pan Brat"". Dzisiejszy długi spacer był prowadzony w szybkim tempie, najczęściej po oblodzonym terenie, leśnych duktach i wzniesieniach. Stanowił jednocześnie ostatni etap przygotowań do rozpoczynającego się jutro OBOZU ZIMOWEGO Z GRZEGORZEM GAJDUSEM. Relacje i reportaż o nim wkrótce na stronie klubowej Aktywnych.
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo e-Sochaczew.pl




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Najnowsze wiadomości