Reklama

Poddasze Świata – Nepal

Tygodnik Ziemia Sochaczewska
17/02/2009 13:15
Nasi na szerokim świecie Ten niewielki, azjatycki kraj sąsiadujący z Indiami i Tybetem, kojarzy się wszystkim głównie z Himalajami, które zajmują ponad 80 proc. ze 141 000 km2 jego powierzchni. Są to w większości góry do 6000m wysokości, główny łańcuch Himalajów Wysokich z najwyższym szczytem świata-Czomolungmą (8850m n.p.m.) oraz siedmioma innymi ośmiotysięcznikami rozciąga się na północy. Południe Nepalu to wyżyny i pagórki Teraju (Niziny Hindustańskiej), a część środkowa to dominacja Himalajów Małych o wysokości 2400-4300m n.p.m. (dla porównania Rysy mają 2499m) z wieloma dolinami, z których największa jest Dolina Katmandu. Pierwszy raz oglądamy Himalaje z okien samolotu – do tej pory wszystkie góry, jakie ,,mijaliśmy” po drodze, były gdzieś hen, w dole, te zaś są na wysokości naszych foteli - wrażenie ogromne. W zachodzącym słońcu widać potężne, majestatyczne, ośnieżone, unoszące się nad chmurami, niedostępne dla zwykłych ludzi szczyty. Lądowanie w Katmandu, lotnisko jak w Sochaczewie (chociaż nigdy na naszym nie lądowałam), 25$ za wizę wjazdową i jesteśmy w mekce alpinizmu. Każdy z nas myślał, że zdobycie Mount Everestu jest podobne do zdobycia Rysów, niektórzy że Giewontu, tymczasem wyprawa do pierwszej bazy trwa dla niewprawionych 6-12 dni! Dobrze, że to nie dla nas i od następnego dnia rozpoczynamy wędrówkę po Dolinie. Każdego dnia witamy się z naszym nepalskim przewodnikiem gromkim ,,Namaste!” ze złożeniem rąk jak do pacierza i płytkim ukłonem. Pierwsze miejsce, jakie pokazuje nam Rakeś, to Pashupatinath, położone nad rzeką Bagmati najświętsze miejsce dla wyznawców hinduizmu, dominującej religii w Nepalu, gdzie znajduje się świątynia poświęcona bogu Sziwie, opiekunowi zwierząt. Nad brzegiem Bagmati znajdują się kremacyjne ghatty (schody z platformami), według wierzeń hinduistów kremacja odbywająca się nad świętą rzeką nie jest tylko formą pochówku, ale uwalnia duszę z ciała, które jest tylko chwilowym i pełnym cierpienia miejscem jej przebywania, uwalnia od samsary, tj. cyklu powtórnych urodzin i śmierci. Ułatwia osiągnięcie moksza-wyzwolenia. Nie pali się jedynie zwłok dzieci do lat 5, kobiet w ciąży, transseksualistów-hidźra i sadhu, czyli świętych mężów. Ci ostatni to mężczyźni żyjący ściśle według zasad religii, często ze splecionymi włosami, zwanymi dzata (po polsku dredy) dążący swoim życiem do osiągnięcia moksza, czyli wiecznej szczęśliwości. To ludzie niezwykle egzotyczni z wyglądu i zadowoleni z życia. Nic nie robiący oryginałowie. My, jako niewierni, możemy przebywać na przeciwległym brzegu, nie możemy też wejść do środka świątyni. Obserwujemy płonące stosy, obok kolejne zwłoki przygotowywane są do kremacji. Układane są na schodach, ze stopami zanurzanymi w rzece. Przy stosie zbierają się ubrani na biało żałobnicy, mężczyźni mają ogolone głowy. Stos zapala syn zmarłego lub męski najbliższy krewny, np. syn brata. Gdy stos się rozpali, zostają przy nim tylko mężczyźni. Zwłoki palą się długo, około doby. Szczątki wrzuca się do rzeki. Nie wszystkie kremacje są doszczętne, biedaków nie stać nie tylko na drogie drzewo sandałowe, zwyczajowo służące do palenia zwłok, ale na jakiekolwiek drzewo. Zdarza się więc, że do rzeki trafiają nie do końca spalone szczątki. Obserwujemy dzieci kąpiące się nieopodal i grupę pielgrzymów, którzy dokonują rytualnej ablucji oraz skaczące wokół małpy. Wszystko w tej samej rzece. W Indiach dodatkowo pracują pracze… To co widzimy, jest po prostu kwintesencją życia. Rodzimy się i umieramy, a śmierć, którą widzimy, jest tak naturalna, jak to, że tam stoimy. Taka kolej rzeczy! Zwiedzamy kompleks świątynny, ale bez wchodzenia do środka. Na placyku przed wejściem wylegują się i przechadzają święte krowy, latają gołębie, maoiści zbierają podpisy pod jakąś petycją. Kraj, który przez wieki był monarchią, stał się przez kilkanaście ostatnich lat sceną krwawych zdarzeń. Od 1996 r. trwała zbrojna rebelia maoistów, zwolenników obalenia monarchii. 1 czerwca 2001 roku w pałacu królewskim miała miejsce masakra, w której zginął ówczesny król Birendra wraz z większością członków swojej najbliższej rodziny. Zabójcą był królewicz Dipendra, który rzekomo zemścił się w ten sposób za odmówienie mu przez rodziców prawa do wyboru własnej żony. Istnieją opinie, że zamach był zorganizowany przez maoistów. Brat króla – biznesmen Gyanendra – odziedziczył wówczas koronę. W 2006 roku Gyanendra oddał koronę, a na początku 2007 uchwalono konstytucję, na mocy której możliwe stały się zmiany ustrojowe. Dziś Nepal jest republiką, król został zmuszony do opuszczenia pałacu. Dawni rebelianci są znaczącą siłą polityczną. Opuszczamy Pashupatinath aleją straganów, namawiani przez ich właścicieli do zakupów, nawet jeszcze wtedy, gdy już siedzimy w autobusie. Następny obiekt to stupa Baudhnath - podobno największa na świecie, a na pewno w Nepalu. Generalnie stupa jako taka symbolizuje ciało Buddy - na szczycie pod 13-stopniowym dachem znajdują się oczy Buddy (plus dodatkowe-trzecie), które nieodmiennie kojarzą mi się z Big Brotherem - cały czas ktoś mnie obserwuje. Od szczytu powiewają nanizane na rozpięte pomiędzy domy sznurki flagi modlitewne - doskonały pomysł na nieustannie odmawianą przez wiatr modlitwę, świetny patent dla leniwych a co najważniejsze-działający, sprawdzone! Modlitwa autorki przyniosła efekt. Można jeszcze okrążyć stupę trzy razy zgodnie z ruchem wskazówek zegara, wprawiając w ruch młynki modlitewne. Wokół stupy , na placu, znajdują się sklepy, stragany, mini klasztory tybetańskie, są też potężne młynki o wysokości ponad 3 metrów. W kawiarni na dachu jednego z domów jemy pyszny deser-Black Forest, wygląda i smakuje jak tort wuzetkowy z Lukrecji, pijemy masala czaj - herbatę z mlekiem, a właściwie mleko z herbatą przyprawione kardamonem, cynamonem, anyżem i czymś jeszcze, obowiązkowo z cukrem. Smakuje wybornie, z wysokości możemy obserwować to, co się dzieje w pobliskich domach. Na jednym podwórku ktoś myje dzieci, polewając je obficie wodą z węża (tak jest na każdym kroku, tylu myjących się co w Nepalu nie widziałam chyba nigdy), na drugim przy stoliku panowie grają w karty, na dachu wylegują się kolejni. Zwyczajowo pracują tylko kobiety. Następnym zwiedzanym miastem jest Bhaktapur, pełno tu starych budowli, pagód, stup, rzeźbionych smoków, lwów, drewnianych okien, z których najsłynniejsze, Okno Pawia jest jego symbolem. W odróżnieniu od naszych przesądów w Nepalu paw jest ptakiem królewskim, zapewniającym dostatek i dobrobyt. Wszędzie masa sklepików z arcydziełami sztuki snycerskiej. Życie toczy się na ulicy. Nie ma tu ruchu kołowego, więc wyrabia się na niej gliniane garnki zastawiając nimi całe place. Tu pracuje golibroda, kobiety myją (!) dzieci, mielą ziarno, do kompletu uliczni handlarze próbują sprzedawać biżuterię. Pełne średniowiecznego uroku i gwaru miejsce. Przed świątyniami ustawiają się wierni z wotywnymi darami. Najczęściej na talerzyku z liścia umieszczone są kwiaty i świeca. Jeśli nad drzwiami świątyni zawieszone są jelita zwierzęce, to znak, że jest to świątynia poświęcona bogini Kali i że niedawno odbyła się ceremonia złożenia w ofierze zwierzęcia. Każdy hinduista powinien na zakończenie święta Durga Pudża, w dziewiątym dniu po nowiu Księżyca, złożyć ofiarę ze zwierzęcia płci męskiej, najlepiej z bawołu, ale dopuszczalne są też kozy, barany, koguty i gołębie, w zależności od zamożności kieszeni. Łeb należy do bramina, reszta idzie do kotła. Najbardziej okazałe ceremonie przebiegają z udziałem Gurkhów- legendarnego już regimentu najlepszych żołnierzy na świecie , którzy wywodzą się właśnie z Nepalu. Używa się przy tej okazji tylko dwóch rodzajów broni: potężnego miecza khora - do odcięcia łba bawołu i zakrzywionego kukri, bojowego tasaka Gurkhów. Prastary obyczaj nakazuje, by kukri wyjęte z pochwy nie zostało schowane do czasu, gdy ostrze nie zanurzy się we krwi. Kiedy więc nie ma przeciwnika, właściciel noża, by nie rozgniewać bogów, wbija go sobie w przedramię. Tego jednak nie widziałam, a zapewniam, że kukri dostępne jest na każdym kroku i u każdego handlarza. Tym, którym arabscy handlarze wydają się natrętni i nachalni do granic, pragną powiedzieć, że nepalskim nie dorastają do pięt. To jest dopiero handel! Trzeba być przygotowanym na ciąg pytań i zachęt, jeśli się nie chce kupić, trzeba bezwzględnie odpowiadać licząc na to, że tamtemu się znudzi i być przygotowanym na pojawienie się kolejnego. Ignorowanie nic nie da, chociaż raz handlarz był wyraźnie zdziwiony reakcją naszej przewodniczki, która, nagabywana coraz natarczywiej podstawianym jej pod nos czymś tam, w końcu zirytowana odparła, ,, że nawet jeśli on jej to wsadzi w oczy, to ona i tak nie kupi i żeby zauważył, że ona tu pracuje”. On odparł, że on też - ale poszedł, zwalniając miejsce dla następnego. I tak w kółko. Proszę jednak nie wyciągać pochopnych wniosków, że wszyscy Nepalczycy są tacy, bowiem to przemiły naród. Ludzie tu, mimo biedy, są bardzo serdeczni, uśmiechnięci i bardzo pomocni. Jako jedyni na świecie uprawiają też kult żywej bogini-Kumaru. Jest nią mała dziewczynka wybierana na podstawie odpowiedniego horoskopu spośród ludu Newarów w wieku lat trzech-czterech. Musi mieć określone cechy fizyczne i przejść odpowiednie próby: wybierania przedmiotów oraz próbę w świątyni, kiedy zostaje sama w ciemności pośród ściętych głów zwierząt. Nie może wtedy zapłakać ani zawołać mamo! gdyż to przekreśla jej boskość. Kumari mieszka w pałacu, nie wolno jej bosą stopą dotknąć ziemi, nie wolno jej się zranić. Kończy owe panowanie z dniem pierwszej miesiączki. Krew symbolizuje bowiem boskie światło, które, opuszczając ciało, sprawia, że traci ono boskość. Pozostaje jej tylko dożywotni szacunek, renta, które nie dają szczęścia w małżeństwie oraz… stracone dzieciństwo. Opuszczamy Dolinę Katmandu uprzednio zwiedziwszy jeszcze Patan, Katmandu ze słynnym bazarem Tamel, stupę Swayambhunath zwaną też Swiątynią Małp i udajemy się do Teraju, rozległej równiny od lat pięćdziesiątych opanowanej przez malarię i stanowiącej naturalną przeszkodę dla białych w eksploracji Nepalu. Po zrzuceniu DDT przez Amerykanów malaria przestała być problemem, miejscowi radzili sobie z nią pijąc alkohol przygotowany z ryżu. Będąc gościem w wiosce ludu Tharu zostaliśmy nimi poczęstowani. Bardzo przepraszam smakoszy, ale przypuszczam, że płyn hamulcowy jest smaczniejszy! Powinnam wiedzieć, że lekarstwo nie musi smakować, a efekty działania obu nie do porównania. Wracając do ludzi, żyją tam biednie, głównie uprawiając pola. Z racji sąsiedztwa z Parkiem Narodowym Chitwan są one systematycznie niszczone przez dzikie zwierzęta. W ramach rekompensaty lud Tharu może raz w roku, przez dwa tygodnie stycznia, zbierać trawę słoniową w rezerwacie, niestety nie mogą do jej transportu używać żadnych pojazdów. Przez cały czas ciągną więc sznury obładowanych trawą ludzi idących przez rzekę do wiosek. Używa się jej do budowy domów, wyplatania dachów itp. Ranek jest najlepszym momentem na safari na słoniach. Łatwo o spotkanie z nosorożcem, tygrysy są nie do wypatrzenia. Chociaż przeważającą religią Nepalu jest hinduizm, warto zaznaczyć, że to tutaj, w Lumbini, urodził się Budda. Miejsce to jest obowiązkowym punktem pielgrzymek buddystów z całego świata. Koniecznie trzeba okrążyć największą stupę trzy razy wokoło zgodnie z ruchem wskazówek zegara, popatrzeć na chorągiewki zapisane modlitwami, zadumać się pod drzewem Bodhi i pospacerować po ogromnym ogrodzie. Czas opuścić Nepal, miejsce wyjątkowe, pełne sympatycznych ludzi, mnichów i niesamowitych budowli, pysznego jedzenia, pierożków momo jedzonych na ulicy z talerzy z liścia, masala czaj pitej z glinianych jednorazowych doniczek (kubków?) i atmosfery, którą nie bez przyczyny wybrali przed laty hipisi. Mam nadzieję, że choć odrobinę jej przemyciłam między wierszami. Dorota Śliwicka
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo e-Sochaczew.pl




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Najnowsze wiadomości