W ostatniej akcji protestacyjnej uczestniczyło 160 tysięcy pojazdów ciężarowych. Co spowodowało, że niespotykana dotąd liczba kierowców i przewoźników wyjechała na drogi, aby bronić swoich interesów ekonomicznych? Czy rzeczywiście, jeżeli rząd spełni ich żądania, my wszyscy odczujemy z tego korzyści? Z prezesem Zrzeszenia Międzynarodowych Przewoźników Drogowych w Polsce Janem Buczkiem rozmawia Agnieszka Poryszewska. - Dlaczego powinniśmy popierać protest przewoźników? Przecież blokowanie dróg utrudnia nam wszystkim życie. - Rzeczywiście, można tak na to patrzeć. Nie chcę używać podniosłych słów o transporcie, zwłaszcza tak oczywistych, że jest on „krwioobiegiem gospodarki”. Ważne są też inne wynikające z tego fakty: jeżeli transport zdrożeje, wzrosną ceny w sklepach i będzie to dotyczyć wszystkich artykułów. Taka perspektywa powinna przekonać każdego przeciwnika ewentualnych protestów przewoźników. Zwłaszcza w Sochaczewie, w którym transport drogowy jest potężnym pracodawcą. Z transportem związani są nie tylko kierowcy i właściciele firm, ale także mechanicy i pracownicy biurowi oraz wszyscy dostarczający nam usługi i towary. Dla nich także rysuje się niewesoła perspektywa. - Z Sochaczewem łączy pana lokalny patriotyzm? - To jest moje miasto i darzę je ogromną sympatią. Oprócz tego, że aktywnie działam na rzecz transportu, chciałbym też zrobić coś dla miasta. Z punktu widzenia firm transportowych i spedycyjnych Sochaczew ma olbrzymi potencjał: świetną lokalizację i zaplecze. Chciałbym przedstawić Radzie Miasta projekt, którego realizacja nie tylko stworzy nowe miejsca pracy, ale spowoduje też duże wpływy do budżetu miasta. Jednak na razie nie chcę zdradzać szczegółów. Zresztą teraz rozmawiamy o proteście przewoźników. - Nie wszyscy wasz protest popierają, przekonani, że wasza sytuacja ekonomiczna wcale nie jest taka zła. - Obecnie większość firm wykorzystuje rezerwy z ubiegłych lat, tnie koszty, są też zwolnienia. W roku 1989, kiedy ja sam zaczynałem tę działalność, również wielu innych przedsiębiorców podjęło wyzwanie, ale dość szybko zrezygnowali. Ci, którzy pozostali na rynku, to ludzie, którzy nadal próbują poradzić sobie w ciężkich czasach. A transport w ogóle nie jest branżą łatwą, bo nie da się przewidzieć na przykład wypadku drogowego albo awarii samochodu, nikt też nie spodziewał się tak ogromnego wzrostu ceny paliwa. - Może więc obecną sytuację przewoźników należy wytłumaczyć ryzykiem zawodowym? Nie ma przecież idealnych dziedzin gospodarki. - Problem tkwi w tym, że to polityka państwa sprawia, że nasza działalność staje się nieopłacalna. Ale czy korzystna dla polskiej gospodarki będzie sytuacja, kiedy pracę polskich przewoźników przejmą firmy ze wschodu? My nie chcemy żadnej taryfy ulgowej ani pieniędzy od państwa, czym różnimy się od wielu innych strajkujących branż. Chcemy jedynie, żeby pozwolono nam spokojnie, w przewidywalnych warunkach, prowadzić nasze firmy. Jak na razie rząd poprzez swoje działania, coraz bardziej nam to uniemożliwia. - A może powinniście działać przez związki zawodowe lub organizacje pracodawców. Wtedy rząd miałby ustawowy obowiązek was wysłuchać. - Nie widzę w Polsce żadnego związku, który byłby nas w stanie reprezentować, zwłaszcza jeśli chodzi o wszystkie kwestie merytoryczne. Poza tym ZMPD jest największym zrzeszeniem w kraju, posiadającym 50 - letnie doświadczenie, zarówno na forum międzynarodowym, jak i w kraju. Nie zamierzamy się przekształcać ani szukać luk w prawie. Mamy prawo bronić swoich racji. - Co udało się wywalczyć Zrzeszeniu poprzez protest? - Nasz postulat dotyczący zniesienia ograniczeń w wwozie paliwa do Polski można uznać za załatwiony. Natomiast projekt ustawy wprowadzającej opłaty za każdy przejechany kilometr trafił do komisji sejmowych, a my ciągle lobbujemy na rzecz swoich racji. I nie chodzi o to, że nie chcemy łożyć na infrastrukturę drogową, bo wpływy z transportu na ten cel są olbrzymie. Chcemy jednak wiedzieć, co się dzieje z naszymi pieniędzmi, a takich informacji nikt nam od lat nie przekazuje. Poza tym planowane stawki opłat za przejazd autostradami są znacznie wyższe niż gdzie indziej w Europie, a polskie autostrady to zaledwie parę odrębnych kawałków. Nie mamy też dróg alternatywnych, z których moglibyśmy korzystać, a już teraz planowane są zakazy przejazdu ciężarówek na trasach wiodących wzdłuż autostrad. Jestem zagorzałym zwolennikiem budowy dróg, bo obecny ich stan jest fatalny. Proszę sobie wyobrazić, że kiedy uczestniczyłem w spotkaniu na forum ONZ na temat transportu, usłyszałem drwiny z metod „budowania” autostrad w Polsce. - A sprawa granicy wschodniej? - Ten temat musi być załatwiony na szczeblu prezydentów lub premierów sąsiadujących krajów, ale na razie nic nie wiem o takim spotkaniu. Tymczasem kolejki nadal powodują straty przewoźników, a w konsekwencji także gospodarki krajowej. Jest wiele powodów niedrożności granic, najczęściej to skutek braku współpracy polskich służb granicznych z ukraińskimi i białoruskimi. Wspólna odprawa zdecydowanie przyspieszyłaby przekraczanie granicy. Konieczna jest poprawa organizacji pracy po obu stronach granicy, przede wszystkim jednak - zwiększenie liczby przejść granicznych. - Domagacie się obniżki ceny paliwa, powołując się m.in. na fakt, że Polska kupuje większość ropy w Rosji w ramach umów długoterminowych. - Tylko niewielką część ropy musimy kupować na innych rynkach. Stanowisko ZMPD w sprawie ceny paliwa wiąże się z tym faktem, ale równie ważne jest kształtowanie cen przez koncerny paliwowe działające w Polsce. Najlepszym rozwiązaniem byłby według nas wolny rynek paliw. Teraz konkurencja pomiędzy koncernami jest praktycznie żadna. Absurdalne jest to, że w Polsce paliwa są droższe niż w Niemczech, Austrii czy w Luksemburgu. - Jak rozumiem, wszystkie postulaty są aktualne, a protest trwa. - Oczywiście, będziemy protestować do skutku. - Kiedy możemy spodziewać się kolejnych blokad? - Na razie dajemy czas rządowi na działanie. Decyzję podejmiemy po 20 lipca. - Dziękuję za rozmowę.
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze