.Podczas burzy śpi się wyśmienicie, rześkie powietrze, szybka pobudka, pakowanie i... jeszcze czekamy na Kubę i... czekamy. Wyjeżdżamy z Alytus. Rozglądamy się za sklepem bo prowiant się kończy ale dopiero na wyjeździe z miasta wstępujemy na stację paliw i wciągamy lekkie śniadanie. Gdy przeżuwam ostatni kęs kątem oka zauważyłem że tylna opona jakoś dziwnie płaska jest. No ktoś w końcu na tyle kilometrów musiał złapać gumę, a na mnie wypadło bo tylko ja miałem zapasową dętkę, łatki, klucze i pompkę(niesprawną). No właśnie. Szczęście w nieszczęściu że jest na stacji kompresor. Ustalamy, że Kuba z Krzyśkiem będą jechać swoim tempem, a ja szybko wymienię dętkę i zaraz ich dogonię. Pojechali. Nie minęło 10 min jak od strony w którą się udali nadeszła czarna chmura po której można się było tylko jednego spodziewać, zmoczyło ich konkretnie. Po zmontowaniu koła zamierzam skorzystać z kompresora, ale niestety pożytek z niego taki jak z mojej popsutej pompki, nie działa. Dopiero po paru minutach z pomocą przybywa miły pan wożący pompkę w bagażniku samochodu, yes. Wstępują we mnie nowe siły i gonię uciekinierów bo opóźnienia mam prawie godzinę. Radość z jazdy nie trwa jednak zbyt długo, nie jest mi pisane ich dogonić a zdążyć na pociąg w Trakiszkach też będzie ciężko. Tym razem raptem 5 km od startu z przedniego koła zeszło powietrze. Kleję szybką łatkę, naprawiam pompkę przy pomocy zastruganego patyka ;-) i dalej w drogę. Kuba i Krzysiek postanowili skierować się na stację kolejową w Sestokai po Litewskiej stronie i mieli tam spore kłopoty z kupnem biletów bo w kasach nie mogli sczytać kart kredytowych, dopiero miła, oj bardzo miła pani z kasy przyjęła część polskiej gotówki i sprzedała 3 bilety. Ja postanowiłem odbić z miasta Lazdijaj na polskie Trakiszki, pojawił się nowy kłopot, zębatka wykazuje dość spore zużycie i na podjazdach łańcuch przeskakuje co nie pozwalało na rozwinięcie jakiejkolwiek przyzwoitej prędkości. Do kraju wjechałem wąską nieuczęszczaną drogą, a o tym że tu właśnie jest granica informował mały przydrożny słupek z orzełkiem. Czas się dłużył, sklepu od dawna nie widziałem, nawet gdybym widział na nic by się zdał bo z gotówki byłem spłukany. Jak przygoda to przygoda, postanowiłem wstąpić do pierwszej lepszej zagrody w wiosce Sankury i poprosiłem o coś do jedzenia, chociaż kawałek chleba. Miła i zaskoczona pani podarowała pół chleba, pomidory, ogórki i coś specjalnego dla wegetarian, kilogram wędzonki własnej roboty. Full wypas. Życząc zdrowia wielce wdzięczny udałem się w dalszą drogę. Nie wiedziałem o której dokładnie będę miał pociąg bo w rejonach przygranicznych kontaktu telefonicznego od kilku godzin z chłopakami nie miałem, ale szczęście tego dnia miałem ogromne mimo pechowego początku. Na peron dojechałem w tej samej chwili gdy wjeżdżał pociąg z Sastokai, a z pierwszego wagonu machają Kuba i Krzysiek. Ale fart. Pakuję się do wagonu, całego przeznaczonego dla rowerzystów a chyba największą radość sprawiłem im nie własną osobą i tym że zdążyłem ale wędzonką. W przedziale zasłużony odpoczynek i drzemka, do stolicy docieramy o 21, na śródmieściu rozstajemy się z Kubą który nocuje w Warszawie, a w Sochaczewie czeka na nas Damian, by na placu Kościuszki wspólną fotką oficjalnie zakończyć wyprawę. Dusza Droga Frajda Przygoda Przyjaźń Bieganie ..........
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Oj, szkoda że autor tekstu się nie podpisał. :(