Czy zawsze chciała pani zostać położną?
– Pomysł zrodził się w klasie maturalnej. Ale nie chciałam
być taką położną jakie często spotykałam podczas szkolnych praktyk i na
początku mojej pracy. Często zachowanie położnych i lekarzy w stosunku do
pacjentek wydawało mi się nieludzkie.
Zdaję sobie sprawę, że od tamtych czasów dużo się zmieniło i nadal
zmienia, kobieta rodząca coraz
rzadziej traktowana jest przedmiotowo.
Niestety są jeszcze w Polsce szpitale, gdzie kobieta rodzi leżąc płasko na
plecach. Scenariusz każdego porodu, pod dyktando personelu medycznego, wygląda
tak samo. Podczas parcia przygina się rodzącej głowę do klatki piersiowej a
zgięte nogi wciska niemal pod pachy i każe się jej przeć wbrew sile grawitacji.
Bywają też miejsca, gdzie kobieta nadal nogi ma przywiązywane do podnóżków
łóżka. O porodzie w innej pozycji; na boku, w kucki, czy takiej gdy rodząca
klęczy na kolanach, nie ma mowy. Położne i lekarze twierdzą, że nie mają wtedy
kontroli nad sytuacją. A tak naprawdę, wynika to po prostu z braku
doświadczenia i niechęci otwierania się
na inne możliwości. O porodzie do wody nawet nie ma co wspominać, dla personelu
nieobeznanego z tematem, brzmi to jak herezja. Dlatego uważam, że nadszedł czas
na zmiany.
Jak ocenia pani przygotowanie oddziału położniczego w
sochaczewskim szpitalu?
– Cieszę się, że wasz szpital chce brać udział w tych zmianach. Widziałam nowoczesny sprzęt. Sale
porodowe są piękne, duże, funkcjonalne i
przede wszystkim pojedyncze, co zapewnia komfort i intymność rodzącej.
Zainteresowało mnie pomieszczenie z napisem na drzwiach „Pokój laktacyjny”, to
rzadkość w naszych szpitalach. Niektóre kobiety krępują się przy odwiedzających karmić piersią, czy korzystać z laktatora.
Wolą pozostać w bardziej intymnych
warunkach i należy im to ułatwić. Pozostaje jeszcze przeszkolenie
personelu i zapoznanie z nowoczesnymi
technikami przyjmowania porodów wg standardów opieki okołoporodowej, to
moim zdaniem kolejny niezbędny krok w
trakcie dokonywania zmian.
O czym jest pani książka „Położna. 3550 cudów narodzin”?
Od początku miałam pomysł, by książka była
przeplatana moją biografią zawodową. Chciałam pokazać co zmieniło się w
położnictwie przez ostatnie ćwierć wieku, ale też bardzo zależało mi na
przekazaniu rzetelnej wiedzy o porodzie, nie tylko tej medycznej. Chciałam
uchwycić tą niezwykłą atmosferę panującą w trakcie jego trwania, ten koktajl
emocjonalny w którym kąpią się wszyscy uczestnicy (położna również). Mam
nadzieję, że czytelnik pozna nasz zawód z zupełnie innej strony, przez pryzmat
emocji. Liczę na to, że zainteresuje także położne i lekarzy.
Na polskim rynku nie
ma takiej pozycji. Chciałabym, żeby przeczytały ją kobiety, które
rodziły w trudnych czasach PRL-u, rodzące na przełomie wieków, kobiety w ciąży
a także te, które potomstwo mają dopiero w planach. Jestem przekonana, że sięgną
po nią także panowie, poświęciłam im w mojej książce sporo miejsca, gdyż nie
mają żadnych wzorców, są pierwszym pokoleniem mężczyzn towarzyszących przy
porodzie. Niejednokrotnie nie wiedzą jak reagować, w trakcie dynamicznie
zmieniającej się akcji porodowej. Wspólny poród nie jest modą, to szansa na umacnianie nowo
powstających więzi pomiędzy dzieckiem i rodzicami.
Które porody utkwiły pani najbardziej
w pamięci?
– Najwspanialsze są te porody, które zapisują się w pamięci
rodzącej jak wspaniała podróż prowadząca do spotkania z dzieckiem. Mam wtedy
satysfakcję, że moja praca w szkole narodzin zaowocowała. Oczywiście trudno
wymazać ze wspomnień sytuacje, które z różnych powodów były dla mnie
przełomowe, ale nie uchylę rąbka tajemnicy. Odsyłam państwa do przeczytania
mojej książki.
Jak odniesie się pani do mody na
cesarskie cięcie?
– Według mojej wiedzy i praktyki decyzja o takim rozwiązaniu
ciąży najczęściej podyktowana jest lękiem ciężarnej. Strach przed bólem
porodowym popycha kobiety do szukania dróg na skróty. Wolą poddać się operacji,
niż uwierzyć w to, że od początku istnienia ludzkości ich ciała są zaprogramowane na poród siłami natury. Szkoła
rodzenia to świetne miejsce, aby oswoić lęk,
można porozmawiać z położną i
zmierzyć się z tym, czego się boimy.
Dwa lata temu, na kongresie dla położnych "Nowoczesne praktyki w położnictwie i neonatologii" we Wrocławiu zobaczyłam wielki slajd: „Kobieta ma prawo wyboru, ale dziecko ma prawo do zdrowia.” Prof. R. Lauterbach powiedział: "Cięcie cesarskie jest tą cudowną metodą, która pozwala ratować życie i zdrowie rodzącego się dziecka. Jednakże nadużywanie tej metody porodu, niezgodnej z naturą i fizjologią człowieka, może powodować pewne komplikacje, które w sposób istotny wpływają na stan naszego zdrowia w ciągu całego życia."Z tymi słowami trudno dyskutować. Najnowsza wiedza mówi, że stres, jaki w tym momencie przeżywa dziecko, jest w stanie zmienić mu immunologię. Najwięcej silnych alergii występuje u dzieci po cięciu cesarskim! Czyli wyjście łatwe i wygodne dla matki wcale nie jest bezpieczne dla malucha.
Dzieci, które przyszły na świat drogami natury lepiej reagują na stresy, w dorosłym życiu łatwiej podejmują decyzje, są bardziej konsekwentne w działaniu, mają lepszy kontakt ze swoim ciałem, nie boją się dotyku, wchodzą bez problemu w relacje z otoczeniem. Rodzice powinni zdawać sobie sprawę, że opieka nad noworodkiem po cięciu cesarskim na życzenie, polega na odpowiedniej stymulacji dziecka, by nadrobić deficyty wynikające z braku bodźców którym dziecko podlega w trakcie porodu.
Czy zapracowane mamy nie mają czasu na rodzenie?
– Tak, to prawda. Kobiety obciążone są w dzisiejszych
czasach wieloma obowiązkami. Dom, praca, kariera, szybkie tempo życia.
Ciężarnym często trudno jest zwolnić to zabieganie, a tu nagle ktoś każe im
rodzić przez kilkanaście bolesnych godzin. Ludzie żyjący w XXI wieku są
przyzwyczajeni do tego, że każdy rodzaj bólu likwidowany jest tabletką lub
zastrzykiem. W dobie lotów kosmicznych i przeszczepów różnych organów, czasem
trudno zaakceptować bolesny poród.
Czy powróciła moda na porody w domu?
– Przez wiele lat przyjmowałam porody w domach, lecz ze
względów logistycznych, od czterech lat
tego nie robię. Przyznaję, jest wiele kobiet zdecydowanych wręcz zdeterminowanych, aby urodzić w swoim domu.
Jeśli decyzja jest gruntownie przemyślana a przyszłą mamą opiekuje się
doświadczona położna, to taki poród
zapewnia rodzącej duże poczucie bezpieczeństwa. Żałuję, że zlikwidowano tzw.
izby porodowe, które były prowadzone przez położne. Zasady kwalifikacji były
proste; zdrowa kobieta, zdrowa ciąża, zdrowe dziecko.
Niestety po ich likwidacji, cud narodzin przeniesiono do szpitali, które wszystkim kojarzą się z chorobą i cierpieniem, rodzącym także. Już od wejścia pacjentce rodzącej zakłada się historię choroby, i wprowadza się ja do zimnej, nieprzytulnej sali zabiegowej, co natychmiast działa niekorzystnie na jej podświadomość i generuje powikłania. Dlatego tak ważne są warunki w jakich przychodzą na świat nasze dzieci. Udomowienie sal porodowych to dopiero pierwszy krok w kierunku poprawienia samopoczucia naszych rodzących, jeszcze długa droga przed nami, najtrudniej zmienić ludzkie nawyki.
– Korzystając z okazji chciałam
podziękować panu Przemysławowi Gaikowi. To dzięki jego uprzejmości miałam
możliwość odwiedzić sochaczewski szpital. Usłyszałam o dalszych planach
Starostwa Powiatowego dotyczących rozwoju nie tylko oddziału ginekologiczno-położniczego,
ale także całego szpitala. Dziękuję także za możliwość rozmowy z położnymi
pełniącymi tego dnia dyżur.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze